Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Moja siostra Piotr Szumlewicz |
|
|
Magdalena Błędowska
|
|
07.03.2010 |
Na witrynie Krytyki Politycznej ukazał się niegdyś tekst Joanny Erbel i Adama Ostolskiego zatytułowany Dlaczego jesteśmy socjalistkami. Dotyczył on bardzo konkretnego sporu Magdaleny Środy z Ewą Charkiewicz, ale był zarazem manifestem wyrażającym pewne ideały i postulaty dotyczące strategii ruchu feministycznego i zawieranych sojuszów. Zapamiętałam ten artykuł do dzisiaj nie tylko dlatego, że był to jeden z pierwszych tekstów, jakie przeczytałam na witrynie KP (znając wcześniej tylko pismo); uderzyła mnie klarowność i zbieżność tego stanowiska z moim „byciem” w feminizmie. Świetnie wyrażał to już sam tytuł: ja bowiem też jestem socjalistką, w najgłębszym sensie tego nierozerwalnego połączenia postulatów równościowych, wolnościowych i feministycznych.
Z tej też perspektywy czytam dzisiejsze komentarze Michała Sutowskiego i Kingi Dunin, którzy spierają się m.in. o historię polskiego feminizmu i jego związki z lewicą. W wielu punktach trzeba przyznać Kindze Dunin rację: rzeczywiście, feministyczny punkt widzenia i doświadczenia są wciąż nierzadko albo prześlepiane, albo rezerwowane dla określonych sfer i tematów, które się rytualnie odbębnia. Panie o paniach. Panowie o wszystkim, bo się znają. I zgadzam się, że mechanizmy te działają też niestety w organizacjach lewicowych. Nie sposób również przecenić pracy, jaką wykonały polskie feministki w ciągu ostatniego dwudziestolecia, wprowadzając prokobiece postulaty do mainstreamu. Walcząc na ulicy i na uniwersytecie. Jeżeli w polskiej mentalności dokonały się jakieś zmiany – a dokonały się – to jest to właśnie ich dzieło, a nie politycznej, parlamentarnej i pozaparlamentarnej, lewicy, której głos w tych sprawach był bardzo słaby.
Tyle o sprawach bezspornych. Tekst Kingi budzi jednak również wiele moich wątpliwości. I to w kwestiach zasadniczych. W jakim sensie na przykład równość płci jest wartością samoistną, o którą trzeba walczyć? Powracamy tu do klasycznego problemu postawionego przez bell hooks: jakim właściwie mężczyznom w naszych zhierarchizowanym i kapitalistycznym społeczeństwie miałybyśmy dzięki takiej izolowanej feministycznej walce dorównać? Chcemy być jak młodszy magazynier w Tesco, prowincjonalny urzędnik czy menedżer z międzynarodowej korporacji? Bez przypominania, że u źródeł problemu leży tu zasadnicza nierówność, która wyraża się również w postaci nierówności płci, zawsze będziemy skazane na prowadzenie walki nie w imię „kobiet”, a jedynie pewnych ich grup o określonych interesach.
Czy Henryka Bochniarz jest siostrą, która będzie walczyć ze mną ramię w ramię z tak rozumianą nierównością? Nie sądzę. Prowadzona przez nią organizacja jest ostentacyjnie antyrównościowa. Co istotniejsze w tym kontekście, jej postulaty z ostatnich lat – dotyczące uelastyczniania prawa pracy, skracania urlopów macierzyńskich, zmniejszania zasiłków, ograniczenia roli związków zawodowych, komercjalizacji edukacji, służby zdrowia i usług opiekuńczych – uderzają najmocniej właśnie kobiety. Ponieważ to one statystycznie mniej zarabiają, na dłużej i częściej wypadają z rynku pracy, częściej pobierają zasiłki i stanowią większość zatrudnionych w niedoinwestowanej i wciąż osłabianej sferze budżetowej. Są to także postulaty obecnej partii rządzącej – to uwaga dla wszystkich namawiających PO do „kadencji reform”. Mówimy tutaj o konkretnych posunięciach w polityce gospodarczej i społecznej, które będą mieć realny wpływ na życie tysięcy kobiet i których nie zrekompensują żadne zmiany kulturowe, choć są one również ważne. W tym sensie moją siostrą we wspólnej feministycznej sprawie nie jest Henryka Bochniarz (pod iloma lewicowymi postulatami dzisiejszej Manify by się podpisała?). Jest nią raczej wspomniany w tytule Piotr Szumlewicz, który te właśnie antykobiece skutki z pozoru neutralnych i „modernizacyjnych” politycznych posunięć w swojej publicystyce (np. w analizie raportu Polska 2030) pokazuje.
Czy oznacza to, że lewica powinna była zbojkotować Kongres Kobiet? Nie. Czy oznacza to, że powinna zignorować walkę o parytety dla konserwatystek, katoliczek, przeciwniczek aborcji i neoliberałek? Nie. Czy poprzemy ideę parytetu w biznesie, gdzie, jak słusznie zauważa Kinga Dunin, przeniosła się dzisiaj prawdziwa władza? Możliwe, że tak. Moja socjalistyczna perspektywa w żaden sposób takich posunięć nie wyklucza. W końcu, jak pisała socjalistka Róża Luksemburg, „wolność tylko dla zwolenników rządu, tylko dla członków partii – choćby nawet byli nie wiadomo jak liczni – nie jest wolnością”.
Czy oznacza to jednak, że każde działanie „tu i teraz” firmowane przez kobiety jest z zasady dobre, bo prokobiece? Czy należy na przykład – jeśli już fantazjujemy – wesprzeć kandydaturę Henryki Bochniarz na prezydentkę, do czego „feminizm po prostu” już gdzieniegdzie nawołuje? Niekoniecznie. Alternatywa, którą sugeruje Kinga Dunin: lepiej zrobić teraz cokolwiek, niż czekać z założonymi rękami na przyszłą rewolucję, jest alternatywą fałszywą. Bo pewne ruchy wykonane teraz mogą sprawić, że żadna rewolucja – moja feministyczna, równościowa i wolnościowa rewolucja – nigdy nie nastąpi.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 08.03.2010 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...