Najnowszy numer KP
30 tom w serii idee
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Jak nie zostałam zaangażowaną dziennikarką TVN-u |
|
|
Magdalena Błędowska
|
|
18.03.2010 |
Przepis na dokument w TVN-nie wydaje się dość prosty. Po pierwsze, trzeba się zająć ważnymi sprawami politycznymi i społecznymi, na przykład wojną w Iraku, służbą zdrowia albo pijaństwem. Najlepiej zająć się wszystkimi ważnymi sprawami naraz, to daje pożądane wrażenie głębi i całościowego oglądu rzeczywistości. Po drugie, trzeba umieć zadawać politykom celne pytania, w rodzaju: „czy kiedykolwiek pan świadomie skłamał?”. Albo: „czy można powiedzieć, że wszystkim rządzi kasa?”. Po trzecie, trzeba mieć zmysł dramaturgii: jeśli mamy kilku bohaterów w naszej historii, to zamiast słuchać każdego z osobna, lepiej ich bezpośrednio ze sobą skonfrontować. Im bardziej jeden czuje się skrzywdzony przez drugiego, tym konfrontacja będzie efektowniejsza. A jeśli do tego któryś z nich jest postacią publiczną, to sukces gwarantowany. Pamiętamy przy tym cały czas o ruchu na scenie, nie stoimy, biegamy z kamerą po sejmowych korytarzach, niczym Janda po Woronicza w Człowieku z marmuru. Dobrze zahaczyć o windę lub ubikację, politycy lubią tam się chować. Po czwarte wreszcie, trzeba wiedzieć, jak to wszystko nowocześnie nakręcić: kamera z ręki, dynamiczny montaż, przebitki obrazów i zlepki dźwięków. Fajerwerki.
Wszystko to wie Tomasz Sekielski, a ponieważ jest zaangażowanym dziennikarzem TVN-u, zrobił zgodnie z powyższymi regułami dokument pod tytułem Władcy marionetek. Wiem to teraz również ja, a jednak z wielu powodów jakoś nie mam ochoty zostać zaangażowaną dziennikarką TVN-u, choć to pewnie intratne. Bo mimo że wszystko tu gra i błyszczy, całość wypada równie przekonująco jak zdrowotne kampanie McDonalda.
Gdzie szukać przyczyn tej dokumentalnej klęski? Można się jej dopatrywać we wszechwładnym rynku, który knebluje usta dziennikarzom i sprawia, że niezależnie od politycznych opcji i wyznawanych wartości nigdy się na niego nie zamachną. I czy wielbią PiS, czy PO, podświadomie wiedzą, jaka jest najwyższa instancja, jakich tematów lepiej nie ruszać oraz jakich chwytów użyć, żeby przyciągnąć publiczność i wypełnić blok reklamowy w przerwach. Z pewnością jest to jakaś prawda. Można też rozwinąć opowieść o wyalienowanej klasie politycznej, która używa dziennikarzy do swoich celów i się ich nie boi, więc kontrolna funkcja czwartej władzy jest czysto iluzoryczna, a jej opisy rzeczywistości zmanipulowane. I to też będzie jakaś prawda.
W zasadzie można porażkę Sekielskiego rozpatrywać w takich kategoriach, a jego samego postrzegać jako bezradną marionetkę. W jego filmie uderza jednak przede wszystkim skomasowanie klisz i chwytów, które chyba nie było konieczne nawet na gruncie panującego postpolitycznego i medialnego status quo. Powstaje więc pytanie, czy niektóre dziennikarskie marionetki same sobie nie zakładają dodatkowych sznurków.
Najbardziej rzuca się w oczy podział na możną elitę i „zwykłych ludzi”, który we Władcach marionetek został doprowadzony do absurdu. Przewijający się przez ekran politycy z praktycznie wszystkich parlamentarnych opcji występują nieodmiennie z etykietką „polityk”, bez wskazania nazwy partii czy funkcji w rządzie. Wszyscy pozostali bohaterowie natomiast zostali opatrzeni plakietką „obywatel”. Pojawiają się też u Sekielskiego nieliczni przedstawiciele dwóch innych tajemniczych grup społecznych: „urzędnicy” (jak Andrzej Urbański i Kazimierz Olejnik) i „kreatorzy wizerunku” (jak Łaszyn czy Tymochowicz).
„Obywatele” to osoby skrzywdzone albo oszukane przez „polityków”, którym w niecnych zagrywkach pomagają „kreatorzy wizerunku”. Funkcja „urzędników” pozostaje trochę nieodgadniona: Olejnik szkodzi „obywatelom” jak inni „politycy”, ale o Urbańskim wiadomo tylko tyle, że zapowiadał debatę Kaczyński – Tusk w 2007. Może będzie to już robił przez całą wieczność. Sekielski, jak się nietrudno domyślić, jako zaangażowany dziennikarz TVN-u dzielnie wspiera „obywateli”, umożliwiając im spotkanie z „politykami”, podczas którego mogą powiedzieć, co im leży na wątrobie, wprawiając „polityków” w konsternację.
Sekielski wybrał na niektórych „obywateli” postacie znane opinii publicznej, jak oskarżony o szpiegostwo Marcin Tylicki czy piekarz Waldemar Gronowski, który oddawał chleb do charytatywnych stołówek, nie księgując tego jako sprzedaży i nie odprowadzając podatku, za co został obłożony przez fiskus karą. W przypadku innych osób uparcie nazywanych „obywatelami” łatwo domyślić się ich zawodu czy pełnionych funkcji – Sekielski wkracza na przykład z kamerą na zebranie pielęgniarek ze Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Skarżysku-Kamiennej. Pomimo tego wszyscy ci ludzie pozostają w filmie dość anonimowi, ledwo zarysowani. A przecież ich historii i tego, czego oczekują od „polityków”, nie można tak naprawdę zrozumieć, nie znając ich pozycji społecznej, zawodu, statusu majątkowego etc. Odarci z wszelkich detali i sprowadzeni do jednej cechy po prostu nic nie znaczą.
Cała ta gonitwa po Polsce za „zwykłymi ludźmi” okazuje się jednak zupełnie niepotrzebna, jeśli popatrzeć, jaki użytek z tych spotkań robi Sekielski. W Skarżysku-Kamiennej szuka „pani Ewy”, na którą powołał się Tusk w debacie z Kaczyńskim, podając żałośnie niskie zarobki pielęgniarek. Sekielskiego pochłania wyłącznie problem, czy pani Ewa istnieje, czy nie. Pomysł, żeby przyłapać polityków na „kłamstwie” w sprawie obiecywanych od zawsze podwyżek dla pielęgniarek i całej sfery budżetowej jakoś nie przychodzi mu do głowy. Podobnie rzecz się ma w przypadku Gronowskiego: głównym problemem jest to, czy Palikot przekazał obiecaną kwotę na poczet spłaty długu, czy nie. Jako kontrapunkt pojawia się historia umorzenia długów Porozumienia Centrum, tak jakby podobna decyzja w sprawie Gronowskiego miała w cudowny sposób rozwiązać problem niesprawiedliwego prawa albo głodnych ubogich. Przypomnienie zamierzchłych planów Platformy dotyczących referendum w sprawie okręgów jednomandatowych, zmiany ordynacji, zniesienia immunitetu i likwidacji senatu staje się jedynie pretekstem dla Rokity do wygłoszenia spiczu o tym, jak bardzo niebezpieczne są te propozycje dla politycznej „klasy próżniaczej”. Sekielski łyka to bez mrugnięcia okiem.
Za każdym razem sugeruje się widzowi, że oto odsłaniane są przed nim jakieś kulisy wydarzeń, że poznaje jakąś prawdę o rzeczywistości, która wcześniej była zakryta. Proszę państwa, tak to wszystko wygląda „od kuchni”. Jak jednak wiadomo, prawda jest zwykle na wierzchu, trzeba tylko wiedzieć, jak popatrzeć.
Ciekawe, że najrozsądniej w filmie Sekielskiego wypada Przemysław Gosiewski. Postawiony przed metafizyczną zagadką „czy politycy kłamią”, odpowiada po namyśle: „Proszę zadać konkretne pytanie”. Dokładnie: czasami wystarczy zadać konkretne – i właściwe – pytanie. I usłyszeć dzięki temu odpowiedź, która pozwoli choć na moment wyrwać się ze świata TVN-u.
Na podobny temat
|
|
Serwis piracki
Kiedy pojawiły się pierwsze informacje o ACTA? Ile czasu rządy trzymały
porozumienie w tajemnicy? Do kiedy umowę mogą podpisać inne państwa?
|
|
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...