|
Wybieraliśmy się tam z Rafałem. Cieszyliśmy się, że w relacjach polsko-rosyjskich następują zmiany zasadnicze, że będzie to miało swój namacalny wymiar. Że tak często rozbrzmiewające w polskich dziejach zawołanie Gloria victis! nabiera prawdziwie uniwersalnego wymiaru. Zadzwoniłem przejęty do Piotra z Petersburga i Griszki z Moskwy, że nie jest znowu tak źle i że tym razem ja ich zapraszam do Warszawy na wódkę i tradycyjne prawosławne pominanie przy grobach.
Potem nadszedł wielki upał, psia gwiazda, niedzielna nuda, tata miał imieniny, a córka Rafała chciała nad wodę, a nie na zakurzone podwarszawskie pola. I nasz zamiar wyprawy do Ossowa rozszedł się po kościach. Wieczorem nad Warszawą rozpętała się burza, strzelały pioruny, niebo przecinały błyskawice, a ja nie mogłem uwierzyć w to, co czytam w necie. Przygotowany właśnie do odsłonięcia krzyż nad mogiłą 22 radzieckich żołnierzy, poległych w trakcie Bitwy Warszawskiej, został sprofanowany i uroczystości zostały odwołane. Nie miałem odwagi zadzwonić do Piotra z Petersburga i Griszki z Moskwy. Nie zadzwoniłem też do Rafała, który pewnie szczęśliwy z wyprawy z Kasią wracał umorusany do domu. Zostałem sam z poczuciem wstydu, zażenowania i narastającego wkurwienia.
Najpierw na siebie, że uległem własnej słabości i do Ossowa nie pojechałem. Może gdybym tam był wszystko potoczyłoby się inaczej? Może zabrakło tam kogoś, kto umiałby rozsądnie porozmawiać z grupką protestujących? Zaraz potem zacząłem źle myśleć o politykach, którzy wybrali 15 sierpnia na datę odsłonięcia krzyża. To rzeczywiście nie mogło się udać akurat wczoraj w najbliższym sąsiedztwie pola Bitwy Warszawskiej, gdzie tysiące oszołomów przy aplauzie mediów, kleru i polityków ryczało: Bolszewika goń, goń, goń… To jednak wkurwienie bezproduktywne, bo brak umiejętności przewidywania konsekwencji własnych decyzji to nie wyjątek lecz norma u naszej klasy rządzącej.
I wtedy pomyślałem, że ten felieton poświęcę nie jednemu ,,nadąsanemu złemu starcowi”, jak w sposób natchniony określił Jarosława Kaczyńskiego Rafał Ziemkiewicz, lecz wszystkim nadąsanym złym starcom, którzy swoimi fobiami i słabościami zatruwają życie mojego kraju. To nacjonalistyczna gerontokracja, dogorywająca wspomnieniami niegdysiejszych ciągłych klęsk i rzadkich zwycięstw, która z satysfakcją spluwa do wody, którą pić musimy wszyscy. ,,Pomysł uczczenia w ten sposób i w tym dniu żołnierzy, którzy nieśli na swych bagnetach zbrodniczą ideologię, dążąc do narzucenia jej Polsce (…) nie ma nic wspólnego z tradycyjnym szacunkiem dla zmarłych” – brzmiał komunikat Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. I już miałem rozwinąć kilka efektownych zdań o pokoleniowym konflikcie, o starczej zapiekłości i niezrozumieniu świata, gdy na facebooku wpadłem na profil ,,Nie dla pomnika bolszewickiej zarazy”. Zarejestrowało się na nim ponad tysiąc fanów i jak można się domyślić nie są to emeryci ze starego portfela, choć w nienawiści i chamstwie wcale im nie ustępują. Cytowanie publikowanych tam postów przekracza moją wytrzymałość, chcecie znajdźcie je sobie sami. Zrozumiecie wtedy głęboki symboliczny sens zakończenia wczorajszej defilady na Placu Piłsudskiego, kiedy spikerka zaapelowała do publiczności: - Pożegnajmy teraz serdecznie schodzące z placu poczty sztandarowe harcerzy i organizacji kombatanckich. Harcerze i kombatanci. Kombatanci i harcerze. Oto ponadpokoleniowa wspólnota nienawiści.
I dlatego cieszę się, że ukształtował mnie zupełnie inny czas. Że od przyjaciół Krzysztofa Kamila Baczyńskiego z polonistyki tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, uczestników Powstania Warszawskiego, zdążyłem się nauczyć zdrowego dystansu do patriotycznych zrywów. Że rozbrzmiewający wczoraj na Placu Piłsudskiego marsz Szara piechota budzi we mnie skojarzenia wyłącznie z genialnym spektaklem Tadeusza Kantora Wielopole, Wielopole… I na żołnierzy defilujących w jego rytm nie umiem patrzeć inaczej niż na trzęsące się, sine, trupie manekiny z dawno przebrzmiałej epoki.
Niepokoi mnie za to mój tata. Podczas imieninowej kolacji, suto podlewanej wiśniówką, zaczął wspominać, że w rodzinie nigdy o tym nie mówiono, ale ojciec jakiejś tam naszej kuzynki zginął w Katyniu… Tato, nie, nie, tylko nie to!
Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...