|
W ostatnią sobotę atmosfera na Opaczewskiej panowała szczególna. Łukasz, mój młody przyjaciel, od 4 lat uczący się i pracujący w Kopenhadze, już w piątek wieczorem wrócił wcześniej z imprezy. Chciał się porządnie wyspać przed Paradą Równości, w której po raz pierwszy uczestniczył przed 5 laty, gdy Lech Kaczyński, jako Prezydent Warszawy, nie wydał zgody na jej organizację. To było jego pierwsze doświadczenie polityczne, koło głowy latały mu wtedy kamienie rzucane przez chłopców z nacjonalistycznych organizacji. Wpłynęło to zasadniczo na jego sposób oglądu świata. W sobotę zerwał się skoro świt, sprawdził w necie prognozę pogody, potem długo siedział w łazience robiąc to, co młodzi geje lubią najbardziej, a czego ja nie rozumiem kompletnie, bo przecież nie byłem nigdy młodym gejem. Wmasowywał w siebie dziesiątki kremów, pomad, toników i olejków, których działanie jest dla mnie całkowicie abstrakcyjne. Ale nie protestuję, już się do tego przyzwyczaiłem, że podczas jego wizyt półeczka na kosmetyki nie mieści wszystkich buteleczek, tubek i sprejów. Gdy po kilku kwadransach wyszedł spod prysznica młodzieńczy blask bił od niego nie mniejszy niż przed wejściem, ale minę miał rzeczywiście uroczystą. Dokładnie wyprasował oficjalną koszulkę swej gejowskiej organizacji studenckiej z Kopenhagi. Zadzwonił do mamy, by się nie niepokoiła, że na Paradzie będzie się zachowywał rozsądnie, że będzie unikał zadym, a na głowę założy kapelusz przeciwsłoneczny. Mama przekazała pozdrowienia dla mnie i po raz kolejny żałowała, że nie może być tego dnia w Warszawie. Podziękowałem za miłe słowa i zabrałem się za przygotowywanie śniadania, bo Łukasz stwierdził, że akurat tego wyjątkowego dnia musimy zjeść je wspólnie. Kroiłem mozzarellę i pomidory, on obdzwaniał znajomych ustalając, gdzie się spotkają. Pomny doświadczeń z poprzednich lat wiedziałem, że nie ma co dołączać do Parady punktualnie, on – musiał tam być przed czasem, bo emocje po prostu go rozpierały. Pomknął na plac Bankowy już o wpół do pierwszej zostawiając na stole niewypity kubek kawy. I wtedy nastąpiło déjà vu… Słoneczny poranek sprzed trzydziestu kilku lat, mój ojciec prasujący koszulę, dzwoniący do znajomych i ustalający, gdzie się spotkają. W telewizji komunikaty o tym, że do rozpoczęcia pierwszomajowego pochodu zostały już tylko dwie godziny i ja przebierany, jak na rozpoczęcie roku szkolnego. A potem atmosfera świątecznego pikniku na placu Grzybowskim, szukanie kolumny, w której idą pracownicy Politechniki Warszawskiej, szturmówki i kwiaty… Wiem, że nie wypada się chwalić takimi wspomnieniami, ale klimat radosnego, masowego święta był dla 10-letniego dziecka absolutnie magiczny. Podobnie, jak wigilijne poranki, gdy z tatą i siostrą ubieraliśmy choinkę i nie mogliśmy się doczekać, kiedy już pójdziemy do babci na wieczerzę, podczas której pojawi się św. Mikołaj. Dzisiaj takich emocji właściwie już nie przeżywam. Boże Narodzenie i Wielkanoc zamieniły się w upiorny konsumpcyjny ceremoniał, w którym wygasło wszelkie sacrum. Demonstracje pierwszomajowe zmarniały, patriotyczne święta nie są w stanie wytworzyć żadnego poczucia wyjątkowości. I oto pojawia się ono znienacka właśnie przy okazji Parady Równości, podczas której dokonuje się klasyczny rytuał przemiany. Ci, których tradycjonalistyczne społeczeństwo spycha na margines, do nocnych klubów, toalet dworcowych, ciemnych parków, pod kołdrę i do przychodni chorób zakaźnych, wychodzą w środku dnia, w pełnym słońcu na główne ulice miasta. Z robactwa przemieniają się w pełnoprawnych, radosnych obywateli. Ten moment jest naprawdę ekscytujący i zrozumiałem to lepiej dzięki postawie Łukasza. To autentyczna transcendencja, której brakuje w zdesakralizowanych i skomercjalizowanych świętach patriotycznych i kościelnych. Dlatego proponuję, żebyśmy przejęli na nasze potrzeby związek frazeologiczny Wesołych Świąt. Przy okazji święta Parady Równości odzyska swoją pierwotną siłę. Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...