|
W branży teatralnej krąży stare powiedzonko „Sezon w Łodzi nie zaszkodzi”, wyrażające przekonanie, że w karierze aktora czy reżysera epizod łódzki nie jest jakąś specjalną plamą. Ja spędziłem ostatnio kilka dni w Pradze i w chwili rozpaczy ułożyłem podobną częstochowską rymowankę: „Tydzień w Pradze - nie poradzę”.
Ściągnęło mnie tam Praskie Quadriennale, międzynarodowy festiwal scenografii teatralnej, organizowany od prawie półwiecza. W swoim czasie była to największa impreza teatralna Europy po naszej stronie żelaznej kurtyny. Oglądaliśmy osiągnięcia technologiczne bogatych krajów Zachodu, zachwycaliśmy się niedostępnymi u nas materiałami, urządzeniami. Dziś ich blichtr mocno przygasł, a i sama koncepcja PQ odwołuje się do anachronicznej epoki wielkich mistrzów. W nowym teatrze nie sposób wypreparować pracy scenografa z całości spektaklu ani odłączyć jej od poszukiwań reżysera, dramaturga czy aktorów. Dlatego też PQ mimo prób reanimacji ugrzęzło w bardzo prowincjonalnej estetyce i staroświeckiej wizji teatru.
Ale nie o teatrze ma to być tekst, lecz o Pradze, do której na przestrzeni ostatnich 30 lat straciłem całkowicie sentyment. Pierwszy wypad nad Wełtawę to był rok 1983, rok mojej matury. Razem z grupą maturzystów oraz starszych absolwentów pod auspicjami naszego Liceum im. Batorego zorganizowaliśmy kilkudniową wycieczkę. Ciekawe, że w tej grupie była aż czwórka, która później związała się zawodowo z teatrem: Dorota Kołodyńska, Jarosław Kilian, Piotr Cieplak i ja. To były czasy, gdy po Malej Stranie snuł się jeszcze Bohumil Hrabal, a na murach pojawiały się napisy sprayem „Pro Walesa Lech ne je Czech?”. Piotr Cieplak, starszy od nas i poważny student wiedzy o teatrze, urwał się od grupy i, jak głosił chyr, odwiedził samego Vaclava Havla. Potem wracałem do Pragi jeszcze kilkanaście razy, ale tak gdzieś od połowy lat 90. jeżdżę z coraz mniejszą ochotą. Przerobienie całego miasta w komercyjny produkt turystyczny odebrało mu czar. A gdy zabrakło czaru doskwierać zaczęły rozmaite niefajne zjawiska.
Ogromna ilość barokowych praskich kościołów może budzić zachwyt. Ale może też wywoływać kafkowskie lęki i duchotę. Dość szybko przypominasz sobie, że budowle te to warownie reżimu, tryumfującego nad pokonanymi husytami i innymi ruchami protestanckimi. One nie miały być schronieniem dla duszy, miały po wsze czasy sławić potęgę Watykanu. Dziś w ich cieniu plącze się ogromny i wielojęzyczny tłum przybyszy z całego świata, przyjmowanych z nieukrywaną niechęcią i opryskliwością. Na dworcu głównym w zeszłym tygodniu wpadła na mnie roztrzęsiona starsza Japonka, która podeszła do okienka informacji turystycznej. Dosłownie wymiótł ją stamtąd wrzask informatorki, że nie ma siły i czasu na ciągłe udzielanie tych samych porad. W takich chwilach zadajesz sobie pytanie, czy naprawdę masz ochotę uczestniczyć w tym całym cyrku?
Przytłoczony szukasz ukojenia w przesławnych praskich gospodach. Piwo świetne, ale od pewnego czasu coraz mniej wyjątkowe, skoro już dziś cały świat produkuje piwa rzemieślnicze i w różnorodnych stylach. A gdy nadchodzi chwila złożenia zamówienia na jedzenie, zaczyna cię ogarniać przerażenie. Co za grzechy mają na sumieniu mieszkańcy tego miasta, skoro jadają cienkie plastry salcesonu skąpane w samym occie i garnirowane krążkami cebuli? Za co cierpią pochłaniając polędwicę uduszoną brutalnie w błocie zaprawianym śmietaną lub gulasz piwny z kawałkami zapychającej buły? Kto każe im udawać, że pieczoną golonką da się obskoczyć każdy obiad i kolację? Taka dieta musi się odciskać na duszy. Zrozumiałem to przed kilkoma laty, gdy w jakimś dziennikarsko-artystycznym towarzystwie, miałem nieszczęście zająknąć się na temat Romów. Wywołało to dosłownie furię eleganckich pań i panów, jeszcze przed chwilą pogodnych i po hrabalowsku uroczych. Zaczęli kląć i krzyczeć, że jako Polak nie mam prawa ich pouczać, bo nie doświadczam na co dzień sąsiedztwa czarnuchów. To był chyba moment przełomowy, w którym zrozumiałem, że niewielką mam radość z kontaktowania się z tym krajem. Oczywiście, antysemityzm i rasizm pulsują podskórnie w całym polskim dyskursie. Ale też nie ma dla nich miejsca w wypowiedziach publicznych czy nawet towarzyskich. Moi czescy gospodarze nie mieli najmniejszych zahamowań tego typu. By ochłonąć, sięgnąłem po gruszkówkę znanej firmy R. Jelinek. Cudowna. Ale, ale, czy tutejszej rzeczywistości nie należy aby czytać właśnie przez Elfriede Jelinek, Thomasa Bernhardta i innych autorów z sąsiedniej i bratniej Austrii?
Po powrocie sięgnąłem po „Zrób sobie raj” Mariusza Szczygła. Spryciarz ubezpieczył się na takie felietony, pisząc że odkąd ujawnił swoją bezwarunkową miłość do Czech, wysłuchiwać musi nieustannych reklamacji od malkontentów, którym ciągle coś się tam nie podoba. Mnie rzeczywiście podoba się średnio. Ale biorę ze sobą Hrabala, biorę Samotaři Davida Ondricka oraz ukochanego utopenca i wracam na własne podwórko czytać Szczygła. Wolę jego wyśnione Czechy niż te, których doświadczam w rzeczywistości.
Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...