|
Czy widzieliście już osiedle domków dla walniętych krasnali, które powstało w hali głównej Dworca Centralnego w Warszawie? Mylił sie ten kto myślał, że remont najważniejszej stacji kolejowej w Polsce jest zaprojektowany i nadzorowany przez ludzi o zrównoważonej psychice i poprawnym guście. Kilka tygodni temu wybuchł skandal, bo okazało się, że kolejowe naczalstwo ma również ambicje artystyczne i zażyczyło sobie na odnowionej właśnie ścianie peronu czwartego awangardowego malowidła. Ze światem murali jestem związany niemal rodzinnie i kibicuję tej dziedzinie sztuki już prawie 20 lat. Ale na pokrywanie fakturowych ścian kolorowymi bohomazami nie mogę przystać. Jest to dowód kompletnego niezrozumienia relacji łączących malarstwo monumentalne z architekturą. To też próba sprowadzenia muralisty do funkcji malarza pokojowego.
Szczęśliwie głosy krytykujące ten pomysł zabrzmiały donośnie i zarząd dworca chyba się wycofał z głupkowatej decyzji. Teraz jednak, gdy halę główną zaanektowało obozowisko smerfów tak łatwo nie będzie. Pokrzywione wielościany z chromowanych rur i szkła zdemontować się już nie dadzą. Przez najbliższych kilkanaście lat będziemy zmuszeni do slalomów między upiornymi konstrukcjami, które niszczą ideę i proporcje przestrzennej hali, zaprojektowanej przez Arseniusza Romanowicza. Bo dziś wielka, jednorodna przestrzeń budzi popłoch. Wszystko musi się opłacać, więc monumentalna, klasycznie piękna hala, jest dla projektanta i jego zleceniodawcy nie do zaakceptowania. Trzeba ją podzielić na małe boksy, baraczki i butiki, skomercjalizować i zadusić. W ten sposób zniszczono między innymi stuletni dworzec główny w Gdańsku, zamieniając go jeszcze w latach 90. w tandetne, kafelkowe centrum handlowe. W podobnym kierunku idzie też przemiana dworca w Katowicach. Bazarowe myślenie rządzi, a podstawową zasadą kompozycyjną jest prymitywne, sklepikarskie horror vacui.
Współcześni architekci, ich inwestorzy i apologeci z wielką łatwością kwestionują architekturę minionej epoki i przy każdej nadarzającej się okazji postulują wyburzanie „reliktów PRL-u”. Dworzec Centralny, jedną z najwspanialszych polskich konstrukcji drugiej połowy XX wieku, udało się wybronić. Wystarczyło po 35 latach zaniedbań wziąć się za solidne sprzątanie, a odsłoniła się nowoczesna architektura, urzekająca bogactwem struktur. Przyjrzyjcie się monumentalnym filarom hali głównej, lanym z betonu w drewniane szalunki. Tak fascynującej faktury nie umie już osiągnąć żadne ze współczesnych przedsiębiorstw budowlanych. Szkoda, że przez następne lata architektura ta służyć będzie jako sceneria stołecznego festiwalu bud.
Niestety, łupem burzymurków padło już mnóstwo świetnych obiektów w całej Polsce. Na ich miejscu rozpychają się realizacje, które w większości wypadków wcielają w życie estetykę lodówek i toy-toyów. Skąd pycha, pozwalająca na przekonanie, że nowe projekty będą lepsze od tych, zrealizowanych za ancien regime‘u? Łatka „reliktu PRL-u” to mało merytoryczne uzasadnienie. Na razie niewiele jest dowodów na to, by architektura po roku 1989 przeżywała jakis szczególny rozkwit jakościowy i estetyczny. Przecież już dziś pod kilof idą nuworyszowskie, snobistyczne i ideologicznie w pełni słuszne realizacje z lat 90. Kto da głowę za obiekty dzisiaj wznoszone? Czy nie okażą się kolejną falą budownictwa jednorazowego użytku? Bo za to, że high-techowe szopy z Dworca Centralnego znikną w perspektywie kilkunastu lat, mogę postawić nie tylko własny łysy łeb, ale i obie dłonie.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...