|
W coraz odważniejszej kontestacji reżimu neoliberalnego zwykle zwraca się uwagę na kwestie związane z dominacją wielkiego kapitału, rozwarstwieniem ekonomicznym, wykluczeniem społecznym. Rzadko zauważamy, w jak wielkim stopniu neoliberalna przemoc codzienna organizuje też nasze życie i wyobrażenia o świecie. Zdroworozsądkowe i naturalistyczne schematy myślowe o tym, że bogaty powinien mieć więcej wpływów niż ubogi, że silniejszy powinien górować nad słabszym są w powszechnym użyciu każdego dnia. Często w najbardziej nieoczekiwanych momentach i miejscach.
Uświadomiłem to sobie, gdy niedawno zostałem jurorem na przeglądzie teatrów niezawodowych w jednym z niedużych polskich miast. Każdy, kto jako dorosły uprawia teatr profesjonalnie albo po prostu – pasjonuje się nim, w młodości otarł się o grupy teatralne, działające w szkołach i domach kultury. To tam rodziły się nasze pasje, tam zarażaliśmy się miłością do efektu scenicznego, inspirowani przez rozgorączkowanych, rozidealizowanych instruktorów i nauczycieli. Pozornie tak jest nadal, tyle że do niegdysiejszego ruchu amatorskiego, zwanego dzisiaj niezależnym, zaczęli przenikać artyści z dyplomami wyższych szkół artystycznych.
Początkowo, jeszcze w latach 90., byłem entuzjastą tej tendencji, gdyż wydawało się, że jest to sposób na uwolnienie teatrów młodzieżowych ze szkolarskiego getta, dowartościowanie ich poprzez zrównanie ze zjawiskami głównego nurtu. Specjalnością i sensacją ostatniej dekady XX wieku były festiwale, które łączyły w jednym programie teatry uchodzące dotąd za amatorskie z zespołami zawodowymi. Był to wyraz wolności i przełamania środowiskowych uprzedzeń. Artyści profesjonalni wchodzili do nurtu nieprofesjonalnego z impetem tym większym im trudniej było im osiągnąć sukces w działalności zawodowej. Obniżki dotacji dla instytucji publicznych, redukcje etatów, kryzys pozycji społecznej twórców sprawiały, że rodzące się jak grzyby po deszczu festiwale teatrów niezależnych stały się bezpieczną niszą do uprawiania sztuki.
Dziś widzę drugą stronę tego zjawiska. Zawodowcy konkurujący z amatorami, uprawiającymi sztukę z porywu serca, siłą rzeczy dominują ich swoimi umiejętnościami scenicznymi. Dawny podział według linii zawodowiec-amator miał tak naprawdę wymiar afirmatywny, bo dawał szanse tym, którzy dzisiaj zostali jej pozbawieni. Jak bowiem porównać i sprawiedliwie ocenić spektakl, który powstał w gminnym ośrodku kultury z premierą, przygotowaną przez wieloletnich rutyniarzy? Używany dzisiaj żelazny argument, że tryumfować powinna wartość artystyczna, ma właśnie charakter retorycznej przemocy codziennej. A niby dlaczego? Czy w przypadku przedstawienia, przygotowanego siłami amatorskimi jakość artystyczna musi być wartością nadrzędną? Zresztą, czy dyplomowani twórcy również mają obowiązek tworzenia arcydzieł? Może zamiast abstrakcyjnej i totalitarnej z ducha ,,wysokiej jakości artystycznej’’ ważniejsze są kryteria partycypacyjne, adekwatniej wyrażające sytuację społeczną, w której dzieło zaistniało. Zaraz, zaraz, w ogóle jakie dzieło? Czy ktokolwiek potrafi jeszcze uwierzyć w DZIEŁO? Czy komukolwiek jest ono dzisiaj potrzebne?
Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...