|
Już kiedyś mówiłem na konferencji poświęconej relacjom polsko-rosyjskim, że na trudny ich charakter wpływa fakt niezwykłego podobieństwa między naszymi narodami. W końcu przez prawie półtora stulecia, gdy w Europie kształtowały się nowoczesne nacjonalizmy, stanowiliśmy wspólny organizm państwowy. Babcia moich starych francuskich przyjaciół na wieść o tym, że jadą do Warszawy, przestrzegała ich przed wyprawą do Rosji. Zachodnia nonszalancja? Trochę tak, ale sporo też dawnych przyzwyczajeń, bo przecież jeszcze jej rodzice traktowali miasto nad Wisłą jako bramę do imperium Romanowów. Tory kolejowe o rozstawie zachodnioeuropejskim kończyły się po lewej stronie rzeki, którą trzeba było pokonać, by na praskim brzegu wsiąść już do przystosowanych do szerokich szyn wagonów rosyjskich. Warszawa pełna była prawosławnych cerkwi, stałym zjawiskiem na klatkach służbowych śródmiejskich kamienic były dymiące tulskie samowary, które stawiano tam, by złapały cug i dobrze się rozpaliły. Irena Byrska, wspaniała reżyserka teatralna i pedagog, która była rówieśniczką XX wieku, opowiadała, że paszport imperium zapewniał jej rodzicom podczas wyjazdów do zachodnich kurortów poczucie bezpieczeństwa i powszechny respekt. A określanie Polaków mianem Rosjan było w pełni uzasadnione, bo w języku rosyjskim „Rosijanin” to obywatel państwa rosyjskiego, w przeciwieństwie do „Russkogo”, czyli przedstawiciela narodu rosyjskiego. Polacy czyli Rosjanie, Rosjanie czyli Polacy. Trudno o tym nie myśleć, gdy przyglądamy się nieustającemu pokerowi cieni między naszymi krajami. Premier Władimir Putin udaje się na Białoruś, by w chwili kryzysu gospodarczego zaoferować jej monstrualne pieniądze w zamian za wykupienie akcji ważnych przedsiębiorstw państwowych. Gdyby podobna pomoc pojawiła się w Mińsku ze strony zachodniej, byłby to przejaw tak cenionych w Warszawie inwestycji zagranicznych. Transakcja Putina przedstawiana jest jednak w polskich mediach jako kolejny dowód rosyjskiego imperializmu, a uległa postawa Łukaszenki obnaża jego brak troski o białoruski majątek narodowy. Tenże sam Łukaszenka, idąc śladem dyscyplinowania mediów w Rosji, aresztuje korespondenta polskiej prasy i oskarża o znieważenie urzędu prezydenta. Kilka dni później do mieszkania 25-letniego chłopaka w małym mieście na polskiej prowincji wchodzą funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by zablokować stronę internetową, na której wyśmiewa się Prezydenta RP. Kto tu psuje standardy życia publicznego, kto się na kim wzoruje? Ulubieńcem polskich mediów jest Michaił Chodorkowski, rosyjski biznesmen skazany na wiele lat łagru za zaległości podatkowe. Paskudna sprawa. Ale czy mniej paskudnie wygląda osadzenie w celi za przestępstwa gospodarcze Aleksandra Gawronika, któremu więzienny psycholog doradza popełnienie samobójstwa? Nie wierzycie? Ja też nie mogłem uwierzyć, gdy słyszałem to w telewizyjnym wywiadzie Gawronika z Jolantą Pieńkowską.
Z podobnych faktów można układać zupełnie różne narracje. Oczywiście, to są fakty podobne, a nie identyczne. Polskiego rządu nie stać na interwencję kapitałową na Białorusi. Polski internauta nie został aresztowany, w jego obronie stanęli ważni politycy. W naszym systemie penitencjarnym nie funkcjonują łagry, a skala interesów Chodorkowskiego i Gawronika jest zupełnie nieporównywalna. Tym niemniej performatywne używanie gadżetów demokracji i praworządności jest czymś, co nas łączy. Nas – Rossijan.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...