|
Ja dzisiaj nie na temat. Od kilku tygodni pisanie na temat oznacza krzyż i Tomka. Co do krzyża to z powodu wakacji, wyjazdów i zwykłego lenistwa po raz pierwszy obejrzałem go z bliska dopiero kilka dni temu. I doszło do mnie, że na ten temat nie mam nic do napisania, bo niczego nie rozumiem. Zapory antyterrrorystyczne, policjanci w pełnym rynsztunku, patrole sprawdzające pojazdy i legitymujące przechodniów – podobne zabezpieczenia widziałem w Belgradzie wokół ambasady USA podczas nalotów NATO. Roman tak samo opisywał swoje wrażenia z granicy między Izraelem a Autonomią Palestyńską. Jakoś nie umiem zrozumieć, by skala napięcia na Krakowskim Przedmieściu była porównywalna. Zamiast bojowników Hamasu na krzesełkach turystycznych siedzi kilkoro starszych ludzi, spoglądających tęsknie w kierunku rachitycznego krzyżyka. Ale ponieważ nie rozumiem tej medialnej inscenizacji, to rzeczywiście spróbuję pisać na inny temat. Tym tematem nie będzie też zatruty muchomorem sromotnikowym Tomek, bo w tym wypadku również nie rozumiem. Jestem pełen współczucia dla jego cierpienia, ale nie rozumiem. Czy w naszym kraju służba zdrowia przechodzi na terapię symboliczną i medialną? Wybiera się szczególnie interesujący przypadek, a następnie leczy się go pod okiem kamer i za pośrednictwem facebooka? Czy uznano, że dzięki temu wszyscy potrzebujący pomocy lekarskiej poczują poprawę swojego stanu zdrowia? Nie rozumiem. Tym bardziej, że dostałem skierowanie na USG żył i w publicznym szpitalu wyznaczono mi termin na marzec 2011 roku. Ja pewnie dożyję do tego badania, ale już ledwo stojący przede mną mocno starszy pan ma szanse nieco mniejsze. Nie mówiąc już o gorszej niż moja sytuacji finansowej, uniemożliwiającej mu wykonanie tego badania w komercyjnym gabinecie.
Skoro nie rozumiem obu głównych tematów dzisiejszej polskiej publicystyki zajmę się niebezpieczeństwem używania zdań podrzędnie złożonych. Sam ostatnio tego doświadczyłem. I jak widzę, niepomny na tę lekcję, zdania takie nadal buduję. Otóż przed trzema tygodniami napisałem dla „Gazety Stołecznej” felieton o zamykanym właśnie klubie Utopia, który przez ostatnich dziewięć lat był prawdziwym pępuszkiem warszawskich nocy. Zwróciłem uwagę, że nad Utopią, jako nad pierwszym klubem gejowskim w Polsce, powiewał dumnie tęczowy sztandar. Było to małe nadużycie, bo wielokolorowa flaga jest symbolem ruchu spółdzielczego, a od spółdzielców właśnie wynajęto lokal na męsko-męskie rozrywki. Fakt jednak faktem, że Utopia, jako pierwsze miejsce tego typu, nie ukrywała swej przynależności branżowej, działając z otwartą przyłbicą w samym centrum miasta. Zestawienie w zdaniu podrzędnie złożonym nazwy Utopia oraz ,,pierwszy klub gejowski, nad którym powiewał…” sprowokowało kogoś z redakcji internetowego wydania Gazeta.pl do sformułowania efektownego tytułu: ,,Zamykają Utopię, pierwszy klub gejowski w Polsce”. Niby zestaw słów ten sam, ale sens już całkowicie odmienny. No i zaczęło się. Zarobiłem kilkanaście maili, mnóstwo esemesów i niemało szyderczych prychnięć w twarz, że wiśniówka przeorała mi mózg i nic już nie pamiętam. No cóż, ze zdaniami podrzędnie złożonymi igrać nie należy.
Przy okazji napominania starego durnia o przeszłości ruchu gejowskiego w Polsce ujawniła się ciekawa postawa. Część polemistów nie dostrzegła żadnej wartości w otwarciu Utopii na miasto i szerszą publiczność. ,,Tam nas nie szanowano” – napisał dobitnie jeden z korespondentów. Nie podzielam tej opinii, ale warto ją przeanalizować i zrozumieć. Utopia była pierwszym klubem gejowskim w Polsce epoki postemancypacyjnej, epoki naznaczonej hasłem ,,Niech nas zobaczą!”. Proponowała zabawę w gronie szerszym niż tylko branżowa orkiestra. I to u części środowiska przyzwyczajonego do sekretnych rozrywek na pikietach i w darkroomach budziło popłoch. Przecież ukrywanie tożsamości seksualnej było i jest zasadą ich społecznego funkcjonowania. Tymczasem Utopia nie tworzyła azylu, nie dawała poczucia bezpiecznej anonimowości. Można było tutaj znaleźć się na fotografii ze znanym politykiem czy artystą, ale można też było zostać nie wpuszczonym z powodów zupełnie nieoczekiwanych. Poczucie gejowskiej solidarności zastąpione zostało hierarchią queerową: by dobrze się tu bawić, trzeba było być efektownym, zwracającym na siebie uwagę. Odchodzenie od tradycyjnych formuł klubów gejowskich będzie postępowało nadal. W Skandynawii takie miejsca praktycznie nie istnieją, nikt nie musi ukrywać swojej orientacji seksualnej w wyspecjalizowanym lokalu. Szukasz facetów, z którymi chcesz dobrze się bawić, nawiązać ciekawą znajomość – idziesz tam, gdzie gromadzą się wszyscy i nikt nie ma prawa wypomnieć ci twych preferencji. Najwyżej grzecznie powie, że ma inny pomysł na życie i seks. Podoba mi się pisać nie na temat. Zamiast o krzyżu, zamiast o Tomku zastanawiać się nad samopoczuciem polskich gejów i niebezpieczeństwem zdań podrzędnie złożonych. To przynajmniej rozumiem. Sensu medialnych sztuczek przed Pałacem Prezydenckim i medycyny facebookowej już nie.
Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
Kulturalna czy kulturowa? ;-)
Niestety nie mogę się zgodzić z przed...