|
Nie dałbym głowy, że Europa zaczyna się na polskiej granicy, ale na pewno – na niej umiera. Ta myśl nie odstępuje mnie od lat podczas podróży na Ukrainę. Po raz pierwszy nie wytrzymałem równo dziesięć lat temu przy przekraczaniu kolejowej stacji granicznej w Przemyślu. W felietonie dla „Gazety Wyborczej” opisałem traktowanie ukraińskich podróżnych, jak bydła, agresywne pokrzykiwania urzędników, zwracanie się do wszystkich na ty, chamski sposób sprawdzania dokumentów przy jednoczesnym uprzedzająco miłym stosunku do pasażerów z Polski. Na reakcję nie czekałem długo. Do swego gabinetu zaprosił mnie Zbigniew Bujak, ówczesny prezes Głównego Urzędu Ceł. Podczas miłej rozmowy przyznał, że problem istnieje, ale wysoki urząd podejmuje działania naprawcze, że nie wszystko da się zmienić od ręki, że lata zaniedbań, że należy wykazać się cierpliwością, że transformacja, że obiektywne przyczyny… Od tamtego czasu na Ukrainę jeździłem wielokrotnie. Świat się zmieniał, Polska weszła do Unii Europejskiej, na Ukrainie rozkwitła i zwiędła Pomarańczowa Rewolucja, a Polacy na wyścigi zaczęli licytować się, kto jest większym ukrainofilem. Czas świetności zaczęły przeżywać kierunki rutenistyczne na polskich uczelniach, a warszawscy politycy udział w wydarzeniach w Kijowie uznali za niezbędny element swojego wizerunku publicznego. A jak sytuacja na przejściach granicznych między naszymi krajami? Jak śpiewał kabaret Elita ,,…wszystko, wszystko gra. Panuje spokój oraz ład!”, czyli – jak dawniej. Tyle że do dotychczasowych problemów doszedł następny – wizy schengenowskie, które skutecznie pokazały kto tu jest górą. My, obywatele Najjaśniejszej Unii Europejskiej, na Ukrainę jeździmy sobie jak pany, jedynie za okazaniem paszportu ze złotymi eurogwiazdkami. Ukraińcy o prawo posprzątania naszych mieszkań i zaopiekowania się naszymi chorymi muszą ubiegać się z odpowiednio schylonymi karkami w długich kolejkach przed konsulatami. A konsulaty, jak wiadomo, nie są w stanie zmienić się od ręki, bo lata zaniedbań, potrzeba cierpliwości i obiektywne przyczyny…
Myślałem o tym w ostatni piątek podczas lotu do Kijowa. Tłuściutki boeing LOT-u, zapraszający pasażerów – co na Okęciu jest zawsze wyróżnieniem – za pośrednictwem rękawa, stewardesy z przyklejonymi profesjonalnymi uśmiechami, kanapki w szeleszczących foliach z serem lub szynką, nagranie w języku ukraińskim witające pasażerów… Luz blues, Francja elegancja, Wersal jakiś… Ale tylko przez chwilę, bo już za chwilę okazało się, że panie stewardesy z lecącymi z nami Ukraińcami umieją się porozumiewać wyłącznie w oksfordzkiej angielszczyźnie. A wszelkie próby przekonania ich, że nie jest to język sprzyjający komunikacji między Słowianami, uznają za niesubordynację i upoważnienie do podnoszenia głosu. Porządek przecież musi być. Kładę więc uszy po sobie, nie chcę skończyć jak Rokita w Monachium. Nawet wtedy, gdy stewardesy nakłaniają do rzeczy kompletnie bezsensownej, czyli wypełniania kart przekroczenia granicy, które od dłuższego czasu przy wjeździe do Ukrainy nie są już wymagane. O czym to świadczy? O tym, że osoby odpowiedzialne za loty do Kijowa kompletnie nie interesują się krajem, do którego wożą pasażerów.
Oczywiście, dziewczyny z LOT-u wykonują ciężką i odpowiedzialną pracę, mogły mieć gorszy dzień, a być może dowiedziały się właśnie, że do grafika dyżurów z powodu optymalizacji kosztów dołożono im kilka dodatkowych podróży. Co nie zmienia faktu, że komunikat, który Polska wysyła do Ukraińców i obywateli innych krajów postradzieckich, jest fatalny. Deklarujemy gotowość do współpracy, egzaltujemy się rolą kulturtragaerow i budowniczych mostów między Wschodem a Zachodem, ale w bezpośrednich relacjach nieustannie okazujemy wyższość i nonszalancję. Nie bez znaczenia jest również fak, że to właśnie Warszawa zgodziła się być siedzibą Fronteksu, czyli agencji UE ds. ochrony granic i przeciwdziałania nielegalnej emigracji. To z naszej stolicy koordynowane są paramilitarne akcje we Włoszech i Hiszpanii skierowane przeciwko przybyszom z Afryki i Bałkanów, to u nas zarządza się restrykcyjną akcją antyimigracyjną Unii Europejskiej. Duch Samosierry nieustannie wisi nad Polską.
Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...