|
W ostatnim spektaklu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego Położnice szpitala św. Zofii, zrealizowanym w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, jednej z par bohaterów przydarza się nieszczęście: ich pierworodny okazuje się ciemnoskóry. W zgryźliwej i ironicznej, jak zwykle, narracji Demirskiego zdarzenie to urasta do rangi tragedii, przekreślającej plany życiowe młodego małżeństwa. Materiał do przedstawienia Strzępka i Demirski zbierali w upiornym warszawskim szpitalu, gdzie przyszedł na świat ich synek. Nie dopytałem, czy sami byli świadkami zdarzenia z kolorowym dzieciakiem, wiem wszak skądinąd, że to jedna z urban legends krążących po polskich porodówkach: płowowłosa dziewczyna przynosząca mężowi niemowlaka o ciemnej karnacji. Mało powiedzieć – urban legend, czarny noworodek to prawdziwy upiór, burzący spokój polskich rodzin. I to od dziesięcioleci, o czym można się przekonać dzięki wyborowi reportaży z ostatniej dekady PRL-u, zatytułowanemu Mulat w pegeerze. Książkę wydała Krytyka Polityczna, a teksty do niej odszukał Krzysztof Tomasik. Jeden z nich opowiada właśnie historię z końca lat 70., gdy małżeństwu pracowników prowincjonalnego pegeeru (Państwowego Gospodarstwa Rolnego) urodził się mulat.
Cudowny tom. Wpuszczając czytelnika na mętne wody i w duszący klimat ostatnich lat PRL-u, skutecznie gasi nostalgię za tamtymi czasami. A jednocześnie nie pozwala zachłysnąć się euforią zmian, które nastąpiły po roku 1989 roku. Bo zjawiska i problemy, opisywane przez reportażystów minionej epoki, mają swoją kontynuację w naszej współczesności. Lęk przed czarnym bękartem to tylko jeden z demonów, straszących w polskich domach na przełomie XX i XXI wieku. Inna kreatura, budząca popłoch rodaków to baba-chłop, stworzenie piekielne, wykraczające poza stereotypowy porządek płciowy. Kiedyś taką rolę odgrywały kobiety z brodami, pokazywane w objazdowych panoptikach. W czasach współczesnych mediów przeniesione zostały na łamy gazet, a ich losy ubrane zostały w dyskurs medykalizujący. Czy reportaż wielkiej Wandy Falkowskiej z roku 1983 o kobiecie uwięzionej w ciele mężczyzny i walczącej z polską służbą zdrowia o zmianę płci to pierwszy przejaw tego typu poetyki? Nie wiem. Na pewno mający jednak wiernych kontynuatorów w dzisiejszej publicystyce. W Mulacie w pegeerze znajdziemy więcej takich wątków. Czyż nie brzmi znajomo historia dzieciaka, zakatowanego przez sadystyczną macochę, wyznawczynię wychowania, opartego na surowych, katolickich wartościach? A relacja dziennikarki, która zatrudniła się, jako opiekunka Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej i przebadała pokłady skrajnej polskiej biedy? A opowieść o niemowlakach podmienionych na izbie porodowej? A raport o polskiej pruderii i obyczajowym zakłamaniu, oparty na doświadczeniach ruchu naturystycznego? A degradacja społeczna mieszkańców wsi, którzy od kilkudziesięciu lat nieustannie skarżą się na trudności z założeniem rodziny? I jeszcze prostytuujące się uczennice, studentki i młode absolwentki szkół wyższych, gromadzące w ten sposób posag na dorosłe życie. I oczywiście mit emigracji, zapewniającej za wielką wodą, za górami, za lasami pozory lepszego życia. Jeżeli w Mulacie w pegeerze zmienić sztafaż, opisujący zaopatrzenie sklepów, to właściwie można by nie zorientować się, że teksty te powstały 30 lat temu. Odnosi się wrażenie, jakby przejście od jednego do drugiego systemu gospodarczego i politycznego, w niewielkim stopniu odmieniło nasz pejzaż społeczny. W jednym z dawnych reportaży pojawia się postać zażywnej i energicznej sąsiadki, która dokumenty urzędowe podpisuje krzyżykiem. Ile takich pań i panów pozostało do dzisiaj? Ile się wtórnie zdealfabetyzowało?
Mulata w pegeerze czytałem równolegle ze znalezioną na makulaturze książką Rzeczpospolita na progu lat osiemdziesiątych. To wydany w 1981 zbiór rozpraw i opinii Mieczysława F. Rakowskiego, podsumowujących dekadę rządów Edwarda Gierka. Wziąłem się za to z czystego zamiłowania do perwersji, by poznać punkt widzenia peerelowskiego reformatora, ograniczonego wymogami ówczesnej poprawności politycznej. Gdy przebrnąć przez partyjne lansady, pojawia się tam teza, że klęska polityki gospodarczej lat 70. była klęską forsownego programu modernizacyjnego. Ogromne kredyty zagraniczne, pełne rozmachu inwestycje w przemysł dóbr konsumpcyjnych, transfer nowoczesnych technologii zderzyły się z zapuszczoną polską infrastrukturą, brakiem dróg, dewastacją kolei, nieufnością i konserwatyzmem. Do tego w reformatorskim zapale zlikwidowano tzw. przemysł terenowy, czyli małe, lokalne zakłady, których produkcję przejąć miały wielkie gospodarcze zjednoczenia. Ale przejąć nie zdołały – bo drogi, bo kolej, bo infrastruktura – co sprawiło, że runął cały system zaopatrzenia, który do połowy lat 70. działał jeszcze całkiem sprawnie.
Rakowski pisząc Rzeczpospolitą na progu lat osiemdziesiątych nie znał przyszłych konsekwencji takiego rozwoju sytuacji. My je poznaliśmy. Klęska gospodarcza doprowadziła do klęski całego projektu politycznego. Czy fatalistyczną figurą upadających kolejnych zrywów modernizacyjnych nasi potomkowie opisywać będą losy tej części świata w XX i XXI wieku? Lektura Mulata w pegeerze prowadzi do pesymistycznych wniosków.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...