|
Rok temu, przy okazji jesiennych wyborów samorządowych, pisałem w tym miejscu, że uczestniczenie w nich wydaje się pustym i zbędnym gestem. Politycy i media posługując się wynikami sondaży już przed wyborami odtrąbili zwycięzców, więc sam akt głosowania przekształcił się w dęty rytuał. Nasze głosy tak naprawdę nie były nikomu potrzebne, państwo bawili się doskonale we własnym gronie. Lekceważenie wyborców wydało mi się nawet bardziej ostentacyjne niż za czasów PRL-u, kiedy to przynajmniej zabiegano o stworzenie pozorów wyborczej powagi. Tym razem informacji o tym, gdzie znajduje się lokal wyborczy, w ogóle nie rozklejono, a listy kandydatów trzeba było sobie wydrukować z internetu. Oczywiście, głosowanie odbywało się w tej samej osiedlowej szkole co zwykle, więc owczym pędem podążano tam, gdzie na deklaracje poparcia oczekiwali przed laty tow. Wiesław, tow. Gierek, gen. Jaruzelski i kolejni przywódcy III i IV RP. A my po raz kolejny mogliśmy się poczuć ziarnkami miałkiego piasku w trybach demokratycznej maszynki.
Felieton wywołał pewne zainteresowanie kilku rozgłośni radiowych, jako ekscentrycznie niezgodny z poprawnie politycznymi nawoływaniami do obywatelskiej aktywności. Udzieliłem kilku równie ekscentrycznych wypowiedzi i temat się wyczerpał na kilkanaście miesięcy. Dziś, niecały tydzień przed kolejnymi wyborami zdania nie zmieniłem – udział w nich wydaje mi się nadal bezsensowny. Tym razem jednak być może z nieco innego powodu. O ile przed rokiem karty wydawały się rozdane, o tyle teraz widać wyraźną niepewność głównych konkurentów. Obie siły straszą sobą wzajemnie, walcząc o przechylenie koniuszka wagi na swoją stronę. Ale mnie się już nie chce bać i walczyć o mniejsze zło. Dużo bardziej irytuje, że w przedwyborczych zalotach nie pojawiają się żadne nowe idee polityczne, społeczne i gospodarcze. Tymczasem nie da się już sprawować rządów tymi samymi metodami, co dotąd.
Symbolicznie wyraża to zegar Balcerowicza, który tyka na budynku warszawskiej Cepelii. Myślenie promuje zaiste cepeliowskie, podczas gdy płomienie wybuchają co chwilę w innym miejscu i jasne jest, że polityka prowadzona przez ostatnie dekady wzięła w łeb. Nie mam zielonego pojęcia, jakie jest wyjście z sytuacji, ale na pewno nie jest nim eskalowanie fobii i kontynuowanie obsesji. Powszechny dochód stały? Radykalna zmiana myślenia o długu publicznym? Wyższe podatki? Polityka egalitaryzmu? Czort wie! Czytam o rozmaitych ideach i chciałbym, żeby ci, którzy wdzięczą się do mnie przed wyborami, mówili językiem dowodzącym odwagi i niosącym nadzieję. Tego jednak nie słychać, więc głosowanie tak naprawdę jest aktem petryfikacji gasnącego systemu. I dlatego uważam, że głosować nie ma sensu.
Ale przecież głosować będę. Bo chcę ocalić kilka projektów, które wydają się ważne. Bo darzę sympatią i zaufaniem pewne osoby, które w wyborach startują i wydaje się, że mają szanse wejść do parlamentu. Ale za każdym razem są to powody wyłącznie partykularne. Wiarę w system straciłem, jego wizja wypaliła się. Wspieram go tylko dlatego, że sam jestem jego częścią.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...