|
Długoletnia korespondentka niemieckiej prasy w Warszawie Renate Marsch mawiała, że Polska wydaje się zrozumiała jedynie w trakcie pierwszych 4 dni pobytu lub po 10 latach. Zdaje się, że bon mot ten jest parafrazą myśli innego autora dotyczącej jeszcze innego kraju, mnie wszak dodaje otuchy, gdy podczas krótkiego zagranicznego wypadu doznaję iluminacji i czuję się wszechwiedzący. Ostatnio olśniło mnie w zeszłym tygodniu na kijowskim Chreszczatyku, w miejscu, gdzie demonstrują naprzeciwko siebie obrońcy Julii Tymoszenko oraz zwolennicy Partii Regionów prezydenta Wiktora Janukowycza. To najwyraźniej na jego zlecenie księżniczka pomarańczowej rewolucji siedzi w areszcie. Był to akurat mój trzeci dzień szwendania się po stolicy Ukrainy, więc najwłaściwszy moment, by pojąć wszystko.
Miałem w pamięci niedawny błyskotliwy tekst Oleksija Radynskiego, który na tych łamach wylał kubeł zimnej wody na rozpalone głowy zachodnich entuzjastów pomarańczowych przemian. Po kilku latach jest już jasne, że tamte wydarzenia były jedynie symulakrą zmian, że na wielkich emocjach międzynarodowej i ukraińskiej opinii publicznej skorzystała jedynie kolejna grupa oligarchów. A największym osiągnięciem Julii Tymoszenko jest to, że po 10 latach znowu dała się spektakularnie aresztować. Ton Oleksija bardzo mi odpowiada, bo zawsze z zażenowaniem patrzę na zachodnie ingerencje i interpretacje sytuacji na terenach postradzieckich.
I z takim też podejściem przyglądałem się na Chreszczatyku namiocikom (dokładnie w stylu tych z Krakowskiego Przedmieścia), w których sympatyczni ludzie rozmaitych pokoleń demonstrowali swoje poparcie dla Tymoszenko. Reprezentowali regiony i partie, ukraińskich parlamentarzystów i związki zawodowe, zbierając podpisy na listach solidarności. A za główny argument służyły im zdjęcia Julii w koronie złotych warkoczy z bukietem pszenicznych kłosów. I śpiewane wspólnie narodowe dumki. Słabo słyszalne, bo zagłuszane przez potężne nagłośnienie sąsiedniego, rządowego obozu niebieskich. Z głośników dobiegał tubalny bas, łudząco przypominający Jurija Lewitana, słynnego radzieckiego spikera radiowego okresu Wojny Ojczyźnianej. W powolnym, skandowanym tempie wzywał do pociągnięcia do odpowiedzialności obywatelkę Tymoszenko, zapowiadał, że to już kres przyzwolenia na korupcję. Co kilkanaście zaś minut ryczał: Julia do dziury! Julia do dziury!
O ile między namiotami i stoiskami pomarańczowych można było swobodnie krążyć, wdając się w dyskusję z demonstrantami, to oddzielony milicyjnymi zaporami obóz niebieskich przypominał twierdzę. Na jego teren prowadziły dwa starannie pilnowane wejścia, przez które nie wpuszczano nikogo postronnego. Przez otaczającą niebieskich półprzezroczystą siatkę można było dostrzec sylwetki nielicznych osób ze szturmówkami w dłoniach, nie dawało się jednak rozpoznać ich twarzy.
Odgłosy monstrualnego politycznego performansu słychać w całym mieście od wczesnego ranka. Budzisz się z nimi, a potem wieczorem nie możesz zasnąć. Ten żarzący się od dawna rytualny konflikt między dwiema ukraińskimi siłami politycznymi poprzez huk, prowokowanie do prymitywnych, emocjonalnych reakcji zdaje się wypełniać całą przestrzeń. Ale to pozór. Ulica żyje po swojemu. Chodnikami przemieszczają się tłumy ludzi, jezdnie grzęzną w monstrualnych korkach, restauracyjne ogródki pełne są gości, a na witrynie kilkupiętrowej księgarni, znajdującej się w miejscu, gdzie trwa demonstracja, wywieszono ogromny napis: ,,Jesteśmy otwarci’’. Akademia Mohylańska walczy o przeżycie z powodu ogromnych cięć dotacji rządowych, a w Teatrze Młodych trwają występy teatrów z Polski. Spór między pomarańczowymi i niebieskimi to jakiś uliczny folklor, nie wyrażający problemów i nie zaprzątający uwagi mieszkańców Kijowa.
Opisuję Chreszczatyk, ale piszę o Polsce. Kolejne jesienne idy między ciągle identycznymi siłami politycznymi nie rozwiązują żadnych istotnych problemów. I rzecz w tym, że niczego rozwiązać nie mogą. System, w którym żyjemy, przeżywa pożar w burdelu i nikt nie wie, co ratować. Ale sposobu nie znajdziemy na jego peryferiach. Bo przecież nie są nimi ani Pamiątki Pierwszej Komunii Świętej, ani równo obcięte paznokcie, ani zaświadczenia o moralności, którymi epatują nasi politycy. I Polska, i Ukraina będą tylko wcielać w życie rozwiązania wypracowane w centrum. Na razie pozostają nam więc namioty i radosne podchody.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...