|
Michał Zadara pisze, że „neoliberalizm” się zużył. Słowo powtarzane tysiąc razy jest brzytwą, ale powtarzane milion razy staje się tępym nożem. Coś w tym jest, ale nie żegnałbym się z neoliberalizmem tak łatwo, nie tylko dlatego, że nawet tępym nożem wciąż można zrobić komuś krzywdę.
Starzeniem słów w polityce rządzą trochę inne prawa niż w innych sferach. Weźmy słowo „kultowe”: zużyło się od powtarzania i ze względu na to, że posługiwanie się nim przestało być wyróżniające w grach o społeczną dystynkcję. Demokratyzacja oznacza tu dewaluację (prawdę mówiąc, będąc lewicowcem, powinno się chyba używać takich zdewaluowanych słów?). Gdyby jednak samo powtarzanie zużywało słowa i wyrażenia polityczne, nikt już nie mówiłby o postawach roszczeniowych, uelastycznianiu rynku pracy, postkomunistach albo dostosowywaniu edukacji do wymogów rynku pracy.
Nie znaczy to, że nie ma w polityce słów zdewaluowanych. Weźmy na przykład słowo „układ”. Straciło moc, ponieważ ci, którzy go używali, nie zdołali zrealizować oczekiwań ludzi mówiących o układzie wtedy, gdy chcieli wyrazić gniew z powodu deptania ich godności, zablokowanych ścieżek karier, nierówności społecznych i oczywiście korupcji. Z tego samego powodu zużyła się też „IV RP” czy „druga Irlandia”.
„Neoliberalizm” jest innym typem politycznego słowa. Nie wyraża nadziei i nie organizuje marzeń. Ma za zadanie ometkować tych, którzy uchodzili w polityce i sferze publicznej za bezstronnych ekspertów, rzeczników zdrowego rozsądku i ekonomistów. Chodzi o to, żeby wypowiadane przez nich zdania nie były traktowane jako neutralny opis rzeczywistości albo techniczny projekt zmian. Gdy ktoś mówi: prywatne jest zawsze lepsze niż państwowe, to wypowiada swoje poglądy, a nie opisuje rzeczywistość. Leszek Balcerowicz czy Witold Gadomski są neoliberałami. To, że dziś wreszcie można ich tak nazywać, jest wielkim osiągnięciem, bo przez lata uchodzili po prostu za ekonomistów. Jeśli pozbawimy się „neoliberalizmu” i zaczniemy używać innych pojęć proponowanych przez Zadarę (wolnorynkowy, prywatyzacyjny, leseferystyczny, antypaństwowy, skorumpowany, chicagowski, głupi, idiotyczny, krótkowzroczny), krytyka nie stanie się od tego mocniejsza.
„Neoliberalne” są oczywiście nie tylko osoby, ale i projekty zmian. W tym sensie na przykład sporo zapisów ustaw zdrowotnych ma neoliberalny charakter (prywatyzacja, deregulacja, uelastycznienie zatrudnienia). Problem z neoliberalizmem jako pojęciem pojawia się, gdy używamy go jako nazwy całego porządku społecznego, w jakim żyjemy. W tym sensie Tusk byłby głową neoliberalizmu, Rostowski rękami, Kaczyński nogami (jako fasadowa, kulturalistyczna opozycja, podzielająca założenia polityki gospodarczej), poszczególne instytucje pełniły jawne bądź ukryte neoliberalne funkcje itd. Tak używany „neoliberalizm” może blokować myślenie. Nie zauważymy wtedy na przykład, że Tusk realizuje coś na kształt prawicowej trzeciej drogi – nie straszyć ludzi trudnymi reformami, zmiany wprowadzać małymi krokami, czasem rzucić jakiś ochłap grupom opiniotwórczym (nauczyciele), uwzględniać częściowo postulaty ruchów społecznych (kwoty dla kobiet) i zachowywać pozory dbania o wspólne dobro (orliki). Ta polityka czerpie swą skuteczność z dystansowania się od doktryny neoliberalnej. Nie dostrzegając tego, nie jesteśmy w stanie odkryć, jakie emocje i marzenia kierują ludźmi wybierającymi Tuska, gotowymi powierzyć mu rządzenie na kolejne lata.
Nie używajmy „neoliberalizmu”, żeby zwalniać się od myślenia, ale gdy po imieniu nazwać trzeba neoliberalne pomysły, odmieniajmy go przez wszystkie przypadki.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...