Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Życzenia na 1 maja Drukuj
Maciej Gdula   
30.04.2009
Ostatnio moją główną lekturą są roczniki statystyczne. Coś sprawia, że lektura danych rozpala dziś bardziej, niż czytanie głównych dzienników. W tabelkach i liczbach kryje się moc, którą trudno zagadać.

Ciągłe powtarzanie, że robotnicy to relikt socjalizmu i klasa skazana na wyginięcie przekonało większość, że robotnicy zniknęli, a ich miejsce zajęła elastyczna, kompetentna i ekspansywna klasa średnia. Tymczasem, jak by nie liczyć, robotnicy to wciąż od 35 do 40% wszystkich pracujących. Robotnicy, jak na dinozaury, trzymają się zatem całkiem nieźle.

Jeśli już oficjalne czynniki przypominają sobie o robotnikach to po to, abyśmy dowiedzieli się, jak bardzo ich żądania i przywileje obciążają nam budżet i jak bardzo niesprawiedliwy jest świat, w którym górnicy mogą liczyć na wysokie emerytury (np. pierwsze strony „Gazety Wyborczej” z 31 marca lub 22 kwietnia tego roku). Można by pomyśleć, że transformacja nam się nie udaje, bo za dużo pod siebie zagarniają monterzy, spawacze, tkaczki i oczywiście górnicy.

Prawda jest jednak taka, że transformacja oznaczała ciągły spadek dochodów robotników w relacji do płac reprezentantów handlowych, kierowników, speców od marketingu i controllingu zasobów ludzkich. Jeszcze w 1986 w przemyśle wynagrodzenie robotników stanowiło 92% wynagrodzenia na stanowiskach nierobotniczych. W 1998 już tylko 63%, a w 2007 52%. Jeśli transformacja opiera się na czyichś barkach, to na pewno nie są to barki controllerów zasobów ludzkich.

Nie pozostaje nic innego jak życzyć gniewnego 1 maja.
Komentarze
Dodaj nowy
Sopor   |30.04.2009 08:19:37
Nigdy nie sądziłem, że podczas pisania tekstu zabraknie mi tych głupich
dziecinnych emoticonów, ale lektura pana tekstu powoduje u mnie chęć
umieszczenia zamiast komentarza jakiegoś żółtego ludzika z wytrzeszczonymi
oczami bijącego się młotkiem po głowie.

Jako raj utracony klasy robotniczej
podaje pan PRL roku 1986?! Młodszym czytelnikom wypada wyjaśnić, że zarobki
frajerów, którzy zamiast do łopaty szli na studia, były specjalnie zaniżane
przez władzę w celu dowartościowania klasy robotniczej. Doprowadzało to do
zabawnych ale i smutnych sytuacji, w których pan inżynier po politechnice
zarabiał mniej niż podlegający mu kopacz rowów. Mam rozumieć, że był to według
pana stan idealny, gdzie jajogłowy nie kuł w oczy robotników swoim
bogactwem?

Oczywiście w czasach wolnego rynku okazało się, że ci którzy
zdobyli wiedzę i wykształcenie są na rynku pracy warci więcej niż ludzie
pracujący rękami. Suche liczby nie oddają całej prawdy i dziś robotnik
stoczniowy nie tylko nie dostaje 52% informatyka, ale znacznie mniej. Pytanie
tylko czy to źle? Czy kraj stracił na tym, że pojawiły się inne możliwości pracy
niż w hucie czy kopalni?

Kolejna sprawa to siła nabywcza pensji w roku 1986 a
2007. Ciekawe czy robotnik mógł kupić sobie więcej za 92% wynagrodzenia na
stanowiskach nierobotniczych w 1986 czy za 52% w roku 2007? A przypominam, że
wtedy za luksus uchodziło posiadanie pary jeansów.

Przypomniał mi się
fragment książki Artura Domosławskiego "Gorączka Latynoamerykańska", w
której to autor przytoczył rozmowę z uciekinierem z Chile, który trafił do PRL.
Pierwsze rozczarowanie krajem robotników przeżył on już po zapaleniu pierwszego
papierosa. Biedny lewicowiec nie mógł palić tych trocin jakie w Polsce Ludowej
nazywano (zapewne dla żartu) tytoniem i przypomniał sobie, że robotnicy w
kapitalistycznym Chile palili Marlboro.

Czy w czytanych przez pana rocznikach
statystycznych podają ile paczek Marlboro mógł za swoją pensję kupić robotnik w
1986 roku? Osobiście nie wiem, ale z tamtych czasów pamiętam, że wśród
dzieciaków modne było zbieranie pustych puszek od piwa i opakowań po
papierosach. Coś co dziś uznawane jest za zwykły śmieć było wówczas traktowane
jak drogocenny artefakt z lepszego świata. No ale przynajmniej były to czasy gdy
głąb po podstawówce nie przeżywał stresów widząc jak kujon, którego męczył w
szkole, jeździ drogim samochodem i stawia sobie dom, bo wówczas obaj mieszkali
na tej samej śmierdzącej jakiegoś blokowiska.

I na koniec drobna uwaga na
temat komentowanych przez pana artykułów prasowych. Tak się składa, że czytałem
przynajmniej niektóre z nich i nie mają one takiego charakteru, jaki stara się
pan im imputować. Wątpliwości budzą nie tyle robotnicze pensje i emerytury, co
fakt iż składać muszą się na nie pozostali obywatele. Gdy jakaś "silna
branża" lub związek zawodowy wywalcza przywileje dla swoich członków, to
odbywa się to kosztem nie tylko osób pobierających "wynagrodzenia na
stanowiskach, nierobotniczych", ale również tych, którzy wykonują tę samą
lub równie ciężką pracę w innych miejscach niż państwowe molochy. Nie widzę
powodu, dla którego brukarz czy robotnik budowlany ma się dokładać do pensji,
odprawy czy emerytury górnika i stoczniowca.

No to kończę, bo strasznie się
rozpisałem, a mogło wyrazić to samo prostym emoticonem&
blaise   |30.04.2009 16:39:47
"Biedny lewicowiec nie mógł palić tych trocin jakie w Polsce Ludowej
nazywano (zapewne dla żartu) tytoniem i przypomniał sobie, że robotnicy w
kapitalistycznym Chile palili Marlboro."
To czemu uciekł (czy może został
wyproszony)? Może nie podobały mu się nowoczesne narzędzia tortur. Ech, ci
lewacy.
"były to czasy gdy głąb po podstawówce nie przeżywał stresów widząc
jak kujon, którego męczył w szkole, jeździ drogim samochodem i stawia sobie
dom,"
A to dobre, sprawdź jakimi samochodami jeżdżą klasowe kujony z
biednych rodzin.
Ględzenie, że naród składa się na emerytury dla robotników
sugeruje, że gdyby im je obciąć to wzrosną emerytury najbiedniejszych emerytów.
Jeżeli tak to mógłbym się na to zgodzić, ale podejrzewam, że chodzi tylko o
obcięcie kosztów. Co jest niezbędne, od kiedy obniżono podatki tak pracowitym
ludziom jak np. Jan Krzysztof Bielecki.. żeby się nie zniechęcali do pracy.
Z
Gazety Wyborczej wiem, że większość górników pobiera emerytury w przedziale
1,6-2,6 tys. To nie oni mają za wysokie emerytury, to reszta emerytów jest
grabiona. Także dzięki systemowi emerytalnemu rodem Chile, tak lubianego przez
Ciebie.
kot   |02.05.2009 03:06:28
________________________________________
To koniecznie trzeba
przeczytać!
Geoff Mulgan*:
Kryzys może radykalnie zmienić naturę
wolnorynkowej gospodarki
Amerykański system bankowy czekają straty wysokości
ponad trzech bilionów dolarów. Japonia jest w głębokiej recesji. Chiny zmierzają
w stronę zerowego wzrostu. Niektórzy wciąż mają nadzieję, że szybka operacja
chirurgiczna pozwoli powrócić do stanu sprzed kryzysu, ale więcej osób sądzi, że
dotarliśmy do jednego z tych rzadkich punktów zwrotnych, po których nic nie jest
już takie samo.
"Wszystko, co stałe, rozpływa się"
Ale kiedy jeden
sen się skończy, jakie przyjdą po nim? Czy kapitalizm przystosuje się do nowych
warunków? A może powinniśmy znowu postawić jedno z wielkich pytań, które przez
prawie dwa stulecia ożywiało życie polityczne: co może zastąpić kapitalizm?

Zaledwie kilka lat temu pytanie to odrzucono w kąt, uznając je za mniej więcej
tak samo sensowne, jak pytanie o to, co może zastąpić elektryczność. Globalne
rynki wciągnęły Chiny i Indie w swoją orbitę i zwycięstwo kapitalizmu wydawało
się całkowite. Jego jedynymi przeciwnikami były obdarte armie oblegające szczyty
G8 oraz tkwiący w mrokach średniowiecza islam. Mówiono, że korporacje
międzynarodowe zarządzają imperiami większymi od znacznej części państw, a
według niektórych zyskały sobie lojalność mas swoimi markami.
A przecież
podstawowa lekcja płynąca z dziejów kapitalizmu głosi, że nic nie trwa wiecznie
- "wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu", jak to ujął Marks.
Oprócz licznych sił napędzających kapitalizm istnieje równie wiele takich, które
działają na niego destrukcyjnie.
W eseju tym przyglądam się kwestii, jak może
wyglądać kapitalizm po wyjściu z dołka. Nie przewiduję ani jego odrodzenia, ani
upadku, lecz proponuję analogię z innymi systemami, które kiedyś sprawiały
wrażenie tak samo niezmiennych. W pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku
wydawało się, że europejskie monarchie odparły ataki rewolucyjnych pretendentów,
których marzenia legły pogrzebane w błocie Waterloo. Monarchowie i imperatorzy
rządzili światem i wykazywali się niezwykłymi zdolnościami adaptacyjnymi.
Podobnie jak dzisiejsi piewcy kapitalizmu ich zwolennicy mogli przekonująco
dowodzić, że ustrój monarchiczny jest zakorzeniony w naturze. Wtedy naturalna
była hierarchia, a dzisiaj indywidualna chęć posiadania. Wtedy nie powiódł się
eksperyment z demokracją masową. Dzisiaj w tym samym świetle postrzegany jest
socjalizm: jako oparty na dobrych intencjach eksperyment, który zakończył się
porażką, ponieważ był sprzeczny z ludzką naturą.
Innym ciekawym punktem
odniesienia dla rozważań o przyszłości kapitalizmu jest los armii. Dzieli nas
zaledwie kilka pokoleń od społeczeństw, w których wojsko lokowało się na samej
górze drabiny prestiżu i szacunku społecznego. Wojna była częścią naturalnego
ładu, nieuniknionym sposobem rozstrzygania sporów. A jednak w większości krajów
świata wojsko zostało oswojone i ucywilizowane, z okrutnego pana stało się
zawodowym sługą.
Nie sugeruję, że kapitalizm zniknie, tak jak nie zniknęła
wojna. Złożone, wzajemnie ze sobą powiązane gospodarki rynkowe nadal będą
generowały gigantyczne nadwyżki z pomocą nieprzerwanego dopływu nowej wiedzy
naukowej. Ale tak jak monarchia zeszła na dalszy plan, tak kapitalizm nie będzie
miał już tak dominującej pozycji w społeczeństwie i kulturze jak dzisiaj. Innymi
słowy, kapitalizm może stać się sługą, a nie panem, a obecny kryzys przyspieszy
te zmiany. Dawne recesje były brutalne, ale przenosiły również rozmaite idee z
marginesu na środek kartki, przyspieszając ich przechodzenie przez trzy etapy,
które według Schopenhauera muszą pokonać wszystkie nowe prawdy: najpierw
wyśmiewane, potem gwałtownie zwalczane, a na koniec traktowane jako oczywiste.

Twórcza autodestrukcja?
Aby zrozumieć, czym może stać się kapitalizm, musimy
najpierw zrozumieć, czym jest teraz. A to nie takie proste. Kapitalizm obejmuje
gospodarkę rynkową, lecz wiele tradycyjnych gospodarek rynkowych nie ma
kapitalistycznego charakteru. Obejmuje handel, lecz handel również jest
wcześniejszy od kapitalizmu. Obejmuje kapitał, ale egipscy faraonowie i
faszystowscy dyktatorzy też dysponowali nadwyżkami. Chyba najlepiej opisał
kapitalizm francuski historyk Fernand Braudel, mówiąc, że jest to seria warstw
zbudowanych na codziennej gospodarce - gospodarce cebuli i drewna, hydrauliki i
gotowania. Warstwy te, lokalne, regionalne, krajowe i globalne, charakteryzują
się coraz większą abstrakcyjnością. Na samej górze siedzi sfera finansowa,
wszędzie szukająca zysku, niezwiązana z żadnym konkretnym miejscem i branżą.
Kapitalizm stał się "izmem", kiedy energiczny świat bankowo-kupiecki
Genui, Wenecji, Londynu i Brugii połączył się z nowatorskim sektorem
produkcyjnym, by stworzyć świat, w którym dominującą pozycję zajmowali
posiadacze abstrakcyjnego kapitału, wypierając wielu innych pretendentów do
prymatu, od wojowników i uczonych po urzędników i rzemieślników.
Po drodze do
dzisiejszych funduszy hedgingowych i derywatów istniały również bardziej
zakorzenione wersje kapitalizmu, np. bliskie sojusze z państwem (40 proc.
inwestycji w Krzemowej Dolinie pochodziło od państwa), dominacja wielkich
kombinatów przemysłowych (np. w Korei) i dziwne hybrydy merkantylistycznego
kapitalizmu komunistycznego z Chin oraz zarządzanego przez potentatów biznesu
kapitalizmu z Azji Południowo-Wschodniej. Były dzikie wolne rynki - takie jak
amerykański w XIX wieku - i mocno "uspołecznione", jak szwajcarski w XX
wieku.
Ale jak przewidział Karol Marks, kapitalizm jest ekspansywny:
XIX-wieczni kapitaliści z jednakowym upodobaniem kupowali polityków, zbiory
sztuki, krajobrazy i uniwersytety. Dzisiejszy kapitalizm równie dobrze jak z
programami komputerowymi i podróżami w kosmos czuje się ze sponsoringiem
korporacyjnym, diamentowymi czaszkami Damiena Hirsta i starymi mistrzami. Jego
metody rozlały się na opiekę zdrowotną, urbanistykę i działalność charytatywną
(chociaż filantrokapitalizm, idea, że bogaci zbawią świat, może nie przetrwać
kryzysu). Wszystko można zamienić w towar do kupienia i sprzedania - od seksu po
sztukę i religię - a kapitalizm wykazuje się pod tym względem ogromną
pomysłowością. Nawet zmiany klimatyczne niosą ze sobą potencjał zysku dla
kapitalizmu: podatnicy finansują nowe obszary programów badawczo-rozwojowych, a
rządy sponsorują rynki emisji dwutlenku węgla, które dają maklerom i inwestorom
kolejny sposób na bogacenie się.
Kapitalizm ma skomplikowane stosunki z
polityką: czasem jest przez nią ograniczany i oswajany, a czasem chce ją
zdominować. Zarówno partia konserwatywna, jak i liberalna w Wielkiej Brytanii
bierze pieniądze od funduszy hedgingowych. Laburzyści są wspomagani przez
finansistów z City i proszą bankierów, by ci przewodniczyli komisjom tak
odległym tematycznie od zakresu ich kompetencji jak publiczna służba zdrowia i
reforma systemu zabezpieczeń społecznych. Burmistrz Londynu Boris Johnson oddał
sprawy zatrudnienia w ręce człowieka, który kierował funduszem hedgingowym. Ten
sam schemat można dostrzec w USA, gdzie obie partie mają liczne powiązania z
Wall Street, m.in. dlatego tak trudno im było wymyślić reakcję na kryzys, który
całkowicie podważył ich założenia ideowe.
Ekspansywny i kreatywny charakter
kapitalizmu skłaniał do przyjęcia założenia, że ten system jeszcze bardziej się
rozrośnie i jeszcze silniej splecie z polityką i kulturą. W okresie, kiedy
siedmiolatki werbowano do sprzedaży lalek Barbie koleżankom w zamian za
prowizję, ten pogląd wydawał się wiarygodny. Stosując najróżniejsze środki, od
narkotyków psychodelicznych po gry komputerowe i sporty ekstremalne, kapitalizm
zdawał się docierać do najgłębszych ludzkich pragnień - tak jak dawniej
potrafiła to zrobić tylko religia.
Zarazem jednak wciąż dawał powody, by
sądzić, że może doprowadzić się do autodestrukcji. Pokolenie temu amerykański
socjolog Daniel Bell pisał o "kulturowych sprzecznościach kapitalizmu",
dowodząc, że kapitalizm niszczy tradycyjne normy, na których się opiera -
pracowitość, gotowość do przekazywania majątku w spadku dzieciom i unikania
nadmiernego hedonizmu. Dobrym przykładem tego zjawiska była Japonia w latach 90.
- zabawowo nastawione do życia nastolatki odrzucały etos pracy swoich rodziców,
który legł u podstaw cudu gospodarczego.
Wielka adaptacja
Niektórzy za piętę
achillesową kapitalizmu uważają demografię. Kapitalistyczny materializm odbiera
ludziom bodźce do posiadania dzieci, do rezygnacji z części dochodów i
przyjemności na rzecz kieratu życia rodzinnego. Stąd ostry spadek stopy urodzeń
w Europie i wśród białych Amerykanów. Demograficzna nierównowaga może kiedyś
zagrozić umowie międzypokoleniowej, na której opiera się każde społeczeństwo,
ponieważ rosnąca grupa ludzi starych będzie coraz więcej żądała od kurczącej się
młodszej grupy pracowników. Załamanie się stopy oszczędności - która w 2007 roku
oscylowała wokół zera, a powinna być bliższa 30 proc., żeby pokonać problemy
związane ze starzeniem się społeczeństwa - jest dobitnym sygnałem tego, że
kapitalizm utracił zdolność do zabezpieczenia własnej przyszłości.
Inni
krytycy zwracają uwagę na negatywne skutki uboczne sukcesów kapitalizmu. Wzrost
wydajności pracy w sektorze produkcyjnym powoduje, że spada jego udział w PKB, w
związku z czym gospodarki są bardziej zależne od usług, a tutaj trudniej o
ekspansję. Podobną słabość można zaobserwować w przypadku konsumpcji.
Zaspokoiwszy potrzeby materialne ludzi, kapitalizm może być zagrożony, jeśli
ludzie stracą zainteresowanie ciężką pracą i zarabianiem pieniędzy, wybierając
duchowość spod znaku New Age, przerwę w karierze w wieku średnim i trzydniowe
weekendy. Jedyną reakcją kapitalizmu jest zwiększanie inwestycji w tworzenie
nowych potrzeb nakręcanych obawami związanymi ze statusem społecznym, urodą i
masą ciała - przewrotne zjawisko, które może sprawić, że społeczeństwa
rozwinięte będą bardziej zaburzone psychicznie od biedniejszych.
Jeśli po
kryzysie czeka nas kolejna wielka adaptacja, to o jej kształcie przesądzą trzy
czynniki: ekologia, globalizacja i demografia. Szczegółowe prognozowanie tych
procesów nie ma sensu. Możliwości niekorzystnych jak zawsze jest równie wiele
jak korzystnych, od odrodzenia się militaryzmu i autarkii po stygmatyzowanie
mniejszości i wzrost tempa degradacji środowiska. Nowe technologie - szybki
internet, alternatywne źródła energii, niskoemisyjne fabryki, programy
komputerowe open source czy medycyna genetyczna - mają jednak pewną cechę
wspólną: wszystkie mogą sprawić, że kapitalizm w większym stopniu stanie się
sługą, a nie panem, w sferze finansów, pracy, życia codziennego i polityki.

Dobrym punktem wyjścia do dyskusji jest kapitał. Do osobliwości współczesnej
gospodarki należy to, że systemy alokacji kapitału w dużym stopniu oddzieliły
się od realnej gospodarki. Większość finansowania nowej wiedzy pochodzi od
rządów, nie rynków, a większość finansowania dużych firm wytwarzających towary,
technologie i usługi pochodzi ze źródeł własnych, nie z giełdy. Z kolei na
rynkach finansowych dominuje kapitał finansowy, który spekuluje i zabezpiecza
się za pomocą coraz bardziej nieprzejrzystych instrumentów.
Jeszcze przed
kryzysem pojawiło się wiele kontrtendencji, które chciały przywrócić kapitałowi
rolę sługi realnej gospodarki i wymusić większą przejrzystość. Miały one
uzasadnienie praktyczne (im większa rozłączność między ceną aktywów finansowych
i ich realną wartością, tym większe ryzyko rynkowe) i moralne (im większa
rozłączność, tym trudniej jest rynkom zachowywać się w sposób moralnie
odpowiedzialny). Z licznych tego typu inicjatyw można wymienić próby zwiększenia
odpowiedzialności funduszy emerytalnych za społeczne i ekologiczne konsekwencje
ich działań, postulat, by giełdy monitorowały transparentność i rzetelność
inwestorów, plany delegalizacji rajów podatkowych, rozrost sektora inwestycji
społecznych (posiadającego jedną dziesiątą zainwestowanych aktywów w USA) i
ekspansję kapitału inwestycyjnego, który gotów jest włożyć środki w ryzykowne
nowe idee i technologie. Słyszymy również argumenty za finansowaniem
mieszkalnictwa, infrastruktury i wynalazczości przez banki państwowe, za
podatkiem Tobina oraz za podwyższeniem podatku od zysków kapitałowych dla
inwestycji krótkoterminowych. Kiedy rządowi Wielkiej Brytanii znudzi się
zarządzanie znacjonalizowanymi bankami, może dojdzie do wniosku, że będą sobie
lepiej radziły jako spółki wzajemne niż spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Innym intrygującym wątkiem tej opowieści jest wzrost ilości kapitału w rękach
organizacji zaufania publicznego i fundacji, które mają teraz dylemat, czy
wykorzystać swoje niemałe aktywa (50 miliardów funtów w Wielkiej Brytanii) nie
tylko do wypłacania dywidend, ale również do realizacji swoich wartości. Dylemat
ten w sposób szczególnie bolesny dotknął Billa Gatesa, kiedy krytycy zwrócili
uwagę, że gigantyczne aktywa jego fundacji często są inwestowane w sposób
sprzeczny z jej statutowymi celami.
Praca, konsumpcja, produkcja
Zrewidowana
może zostać nawet koncepcja pieniądza. Przywileje, które towarzyszą zdolności do
kreowania pieniądza, w przyszłości mogą być powiązane z większymi obowiązkami.
Niewykluczone również, że pogłębi się entuzjazm dla alternatywnych, bardziej
zakorzenionych społecznie walut, takich jak lokalne waluty w Niemczech lub banki
czasu.
Drugim obszarem, na którym można dostrzec wyraźne oznaki zmian, jest
konsumpcja. W krajach o wysokim poziomie zadłużenia (m.in. w USA i Wielkiej
Brytanii) będzie jej po prostu mniej, bo straci na rzecz oszczędzania. Wiele
posunięć antyrecesyjnych, takich jak obniżka VAT i pakiety stymulacyjne, zmierza
w kierunku przeciwnym do tego, który jest potrzebny na dłuższą metę, ale już
teraz zaznaczają się silne tendencje społeczne na rzecz ograniczenia ekscesów
masowego konsumpcjonizmu: ruch Slow Food, ruch na rzecz dobrowolnej prostoty czy
liczne kampanie walki z otyłością pokazują, że konsumpcjonizm jest w coraz
większym stopniu postrzegany jako czarny charakter, a nie nieszkodliwy birbant.
Burmistrz Sao Paolo Gilberto Kassab w 2006 roku zdelegalizował billboardy. Szef
brytyjskich konserwatystów David Cameron potępia demoralizowanie małych dzieci
przez toksyczny kapitalizm, jak również bierze pod uwagę wprowadzenie osobistych
kont emisji dwutlenku węgla, aby poskromić wysokoemisyjny styl życia. Trendy te
wzmacnia przesunięcie akcentów z towarów i usług na "gospodarkę
opiekuńczą", opartą na osobistych relacjach i opiece (od żłobków i terapii
po cotygodniowe dostawy organicznej żywności). Pomocne są tutaj technologie
sieciowe. Na obrzeżach rynku powstaje powiększająca się subkultura klubów, w
których konsumenci wykupują producentów (jeden z brytyjskich przykładów to
Ebbsfleet United, klub piłkarski będący obecnie własnością około 20 tysięcy
kibiców, którzy zorganizowali się za pomocą internetu).
Procesom tym
towarzyszą zmiany w sposobie produkcji: kapitalizm odchodzi od niszczenia natury
w stronę czegoś bliższego harmonii z nią. W niemieckich fabrykach BMW można
zobaczyć nowy model kapitalizmu, który próbuje wykorzystać wszystkie odpady
produkcyjne. Te nowe systemy wskazują inny ideał produkcji, który będzie
lansowany podczas Expo w Szanghaju w 2010 roku: najszybciej rozwijająca się
gospodarka świata przedstawi niskowęglową wizję kapitalizmu diametralnie różną
od wersji uprawianej przez Państwo Środka przez ostatnie dwie dekady.
Również
wiedza rozdziela się między modele kapitalistyczne i kooperacyjne alternatywy.
Dziesięć lat temu polityka przemysłowa każdego rządu premiowała tworzenie i
ochronę własności intelektualnej. Uniwersytety zmuszano do komercjalizacji ich
pomysłów, argumentując, że bez bodźców finansowych nie będzie postępu w
biotechnologii czy następnej generacji sztucznej inteligencji. A jednak
rozwinęły się również inne modele. Znaczna część oprogramowania używanego w
internecie należy do kategorii open source. Model creative commons zyskuje na
znaczeniu w kulturze jako alternatywa dla tradycyjnego copyrightu, a Wikipedia
nieoczekiwanie stała się symbolem postkapitalizmu.
Trzeci obszar, w którym
powinniśmy szukać zmian, to świat pracy. Doświadczenia związane z pracą są
ogromnie zróżnicowane, gdy chodzi o płacę, satysfakcję zawodową i władzę. W
niektórych sektorach kryzys doda impetu starej koncepcji, zgodnie z którą
pracownicy powinni zatrudniać kapitał, a nie na odwrót. Świetnie rozwijają się
spółdzielnie takie jak grupa Mondragon (ze 100 tys. pracowników, których liczba
podwaja się co dekadę) czy firmy będące własnością pracowników takie jak John
Lewis. Również w innych sektorach można zaobserwować, że coraz więcej ludzi
chce, by praca była zarówno środkiem, jak i celem, źródłem nie tylko zarobków,
ale również satysfakcji. Decydująca jest tu jednak kwestia, czy kapitalizm zdoła
zawrzeć nowy kompromis z rodziną. System ten jest coraz bardziej wciągany w
życie rodzinne i wiele spośród obszarów o największym potencjale wzrostu
zatrudnienia znajduje się na peryferiach rodziny, czyli w dziedzinie zdrowia i
opieki. Ale pojawiają się również oznaki napięcia między pracą i rodziną,
ponieważ wzrastający odsetek pracowników, zwłaszcza kobiet, musi jednocześnie
opiekować się małymi dziećmi i starymi rodzicami. Z licznych badań wynika, że
rodzina odgrywa podstawową rolę w pielęgnowaniu postaw i umiejętności przyszłych
obywateli, ale wciąż jesteśmy daleko od stworzenia nowej architektury praw i
elastycznych przepisów dotyczących funkcji rodziny w gospodarce rynkowej.

Uelastycznianie kapitalizmu
Wiele ze wspomnianych tu zmian zmusza państwa do
rozważenia problemu uspołecznienia nowych rodzajów ryzyka. Poprzednie dwie
wielkie adaptacje - z końca XIX i połowy XX wieku - dotyczyły ryzyka: państwa
wzięły na siebie zadanie ochrony ludzi przed niebezpieczeństwem popadnięcia w
nędzę w związku ze starością, chorobą i brakiem pracy. Chiny zamierzają gonić
pod tym względem Zachód. Jeśli partia komunistyczna chce zachować wiarygodność i
uniknąć gwałtownych reakcji przeciwko ekscesom kapitalizmu, musi stworzyć
sprawny system zabezpieczeń społecznych i publiczną służbę zdrowia. Gdzie
indziej polem bitwy będzie opieka. Problem starzenia się ludności teoretycznie
można rozwiązać w ten sposób, że wszyscy będą się ubezpieczać. Można nawet
uzależnić wysokość składki od wyników testów DNA i stylu życia. Doświadczenie
sugeruje jednak, że w dziedzinie opieki nad ludźmi starymi trudno jest tak
zaprojektować rynek ubezpieczeniowy, by funkcjonował on w sposób zarazem
efektywny i etycznie możliwy do przyjęcia. Dla większości odległość między
potrzebami i ofertą powiększa się, ponieważ rośnie średnia długowieczność, a
niepełnosprawność staje się normą. Niewykluczone, że następne pokolenie znacząco
rozbuduje system opieki zapewnianej przez państwo, ponieważ coraz więcej
zniedołężniałych osób nie będzie miało dzieci ani małżonków, którzy by się nimi
zajmowali. System ten będzie się opierał na dostępności znacznie bardziej
precyzyjnych informacji o indywidualnych predyspozycjach i skuteczności metod
leczenia. Będzie współpracował z sektorem prywatnym, ale raczej nie będzie
kapitalistyczny.
Państwa mogą również głębiej wkroczyć do sektora usług
finansowych. Na razie sektor ten wyjątkowo powoli dostosowuje swoje produkty do
dzisiejszych potrzeb, takich jak możliwość zawieszenia spłaty kredytu
hipotecznego po utracie pracy. Tymczasem niektóre państwa (np. Dania i Singapur)
stworzyły osobiste konta budżetowe dla obywateli i nietrudno sobie wyobrazić, że
część z nich będzie oferowała takie usługi jak pożyczki na czas zmiany
kwalifikacji, urlopu rodzicielskiego czy braku zatrudnienia - pożyczki spłacane
za pośrednictwem systemu podatkowego przez 20 - 30 lat przy znacznie niższych od
bankowych kosztach transakcyjnych.
Osobiste konta socjalne i zdrowotne,
osobiste limity emisji dwutlenku węgla - takie mogą być elementy nowej
architektury zreformowanego państwa, rozpraszającej ryzyko, a jednocześnie
personalizującej usługi, łączącej nowe uprawnienia ze zobowiązaniami do
oszczędzania, płacenia za usługi zdrowotne i edukacyjne czy dzielenia się
kosztami wynikającymi z większej elastyczności w pracy.
Poprzednie wielkie
adaptacje dotyczyły państwa, które obecna recesja zmusza do odgrywania znacznie
aktywniejszej roli. Ale niektóre z najważniejszych gwarancji bezpieczeństwa leżą
poza bezpośrednim zasięgiem państwa. W USA odsetek ludzi, którzy mówią, że nie
mają z kim porozmawiać o ważnych kwestiach, w ciągu 20 lat wzrósł z 10 do 25
procent. Współczesne nauki biologiczne i społeczne potwierdziły, w jak dużym
stopniu jesteśmy istotami społecznymi - zależnymi od innych, jeśli chodzi o
szczęście, szacunek do siebie, poczucie własnej wartości, a nawet życie. Nie ma
immanentnej sprzeczności między kapitalizmem i wspólnotą, ale doświadczenie
pokazało nam, że więzi między nimi nie tworzą się automatycznie: trzeba je
pielęgnować, a społeczeństwa, które inwestują znaczne środki w przekonywanie
ludzi, że indywidualna konsumpcja jest najlepszą drogą do szczęścia, płacą za to
wysoką cenę.
Przekonanie, że nasze relacje społeczne są równie ważne jak
zarobki, może zmienić sposób myślenia o polityce. W pierwszym okresie
spowolnienia większa uwaga skupi się na przygnębiającym spadku PKB, ale później
PKB zacznie być postrzegany jako mniej istotny niż inne mierniki sukcesu
społeczeństwa. W ubiegłym roku OBWE zmobilizowała całą paletę noblistów do
sformułowania zaleceń, co powinno przyjść "po PKB". Prezydent Sarkozy
ogłosił gotowość do wdrożenia części ich pomysłów, a Obama z pewnością życzy
sobie, by mierniki sukcesu uwzględniały poprawę zdrowia, ilość zieleni w
miastach i poziom wykształcenia, a nie tylko wskaźnik wydatków ludności.
Poza
PKB lokuje się także bardziej pluralistyczna koncepcja zarządzania
przedsiębiorstwami. Od lat normą jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością,
ale obecny kryzys przypomniał nam, że inne formy mogą być odporniejsze na
wstrząsy. Niesprywatyzowane banki spółdzielcze radzą sobie lepiej niż
sprywatyzowane. Fundacje generalnie lepiej znoszą recesje niż konwencjonalne
biznesy i 55 tysięcy brytyjskich przedsiębiorstw społecznych może szybciej
stanąć na nogi niż firmy bez społecznej misji. Konserwatyści analizują pomysły,
które mają wzmocnić towarzystwa wzajemnego kredytu, społeczne fundusze
żywnościowe, spółdzielnie żywnościowe i energetyczne - w ramach poszukiwania
wizji gospodarczej, która zastąpiłaby wizję z lat 80., opartą na prywatyzacji
przedsiębiorstw użyteczności publicznej.
Nowa przestrzeń polityczna
Kryzys
kapitalizmu ma oczywiście charakter globalny i uwydatnia ograniczenia
ogólnoświatowych instytucji powstałych pół stulecia temu. Chiny, a po nich Indie
i Brazylia, mają szansę zostać ważnymi graczami we wzmocnionym MFW i Banku
Światowym. G20 wypiera G8 jako liczący się klub, a w kuluarach czekają
potencjalne nowe instytucje, które kontrolowałyby emisję dwutlenku węgla czy
zarządzały rozmaitymi zagadnieniami od migracji po regulację biotechnologii. Są
także e-parlamenty czy platformy umożliwiające prowadzenie globalnych kampanii,
takie jak gazeta internetowa "Awaaz".
Nikt nie wie, które z tych
możliwości zostaną urzeczywistnione, ale teoretycznie liczba kierunków rozwoju
systemów społecznych jest nieskończona. Historia sugeruje jednak, że w
kluczowych momentach ewolucja działa bardzo selektywnie. Tylko kilka modeli,
które przystają do dominujących technologii, wartości i struktur władzy, ma
szansę przetrwać.
W pierwszej fazie kryzysu o pomoc państwa najskuteczniej
zabiegały duże, kiepsko funkcjonujące, ale mające dobre koneksje branże z
poprzedniej ery kapitalizmu. Teraz jednak dyskusja skupia się bardziej na tym,
jak zadbać o przyszłość (vide infrastruktura dla samochodów elektrycznych w San
Francisco czy gigantyczny koreański program ekologicznych miejsc pracy), a nie
jak naprawić błędy przeszłości. Nie wiadomo, czy politycy będą w stanie
sformułować wizję "kapitalizmu sługi", lepiej dopasowaną do XXI wieku.
David Cameron podejmuje takie próby - chociaż musi to być trudne dla potomka
rodu maklerów giełdowych. Obama ma doskonałe zadatki na autora nowej wizji, ale
otoczył się zwolennikami systemu, który teraz sypie się na naszych oczach.

Skutek jest taki, że otwiera się duża przestrzeń polityczna. Na razie
wypełniają ją gniew, strach i dezorientacja, ale później może pojawi się tam
nowa wizja kapitalizmu, oparta na wartościach społecznych i ekologicznych.
Demokracje już wielokrotnie oswajały, modyfikowały i ratowały kapitalizm.
Zapobiegały sprzedaży ludzi, głosów, urzędów publicznych, pracy dzieci i
ludzkich narządów. Narzucały prawa obywatelskie i reguły, a jednocześnie
pompowały środki w niezbędną systemowi wiedzę naukową i kwalifikacje ludzi.
Dzięki temu połączeniu konfliktu i współpracy w minionym stuleciu świat osiągnął
niebywały postęp.
Aby odkryć, co nas dalej czeka, powinniśmy spojrzeć do góry.
Sylwetki miast na tle nieba są najprostszym wskaźnikiem tego, jakie wartości
wyznaje społeczeństwo i co robi ze swoimi nadwyżkami produkcyjnymi. Kilka
stuleci temu największymi budynkami w miastach świata były forty, kościoły i
świątynie, potem pałace, w XIX wieku budynki użyteczności publicznej, dworce
kolejowe i muzea, a pod koniec XX wieku - banki. Ta sytuacja raczej nie utrzyma
się długo, ale co przyćmi gmachy banków. Pałace rozrywki i stadiony sportowe,
uniwersytety i galerie sztuki, wieże wodne i wiszące ogrody, a może imperia
biotechnologiczne? Musimy na powrót obudzić w sobie wyobraźnię, by zobaczyć, co
nas czeka, kiedy burza minie.
Geoff Mulgan
Š 2009 Procpect Magazine
przeł.
Tomasz Bieroń
________________________________________
*Geoff Mulgan,
brytyjski analityk polityczny i publicysta, z wykształcenia ekspert w zakresie
systemów telekomunikacyjnych. Obecnie jest szefem Young Foundation, organizacji
zajmującej się m.in. projektami reform opieki zdrowotnej i ubezpieczeń
społecznych. Był jednym z doradców Tonyego Blaira oraz szefem lewicowego think
tanku Demos (1993 - 1998). Wykłada gościnnie w londyńskim University College
oraz w London School of Economics. Opublikował m.in. książki "Communication
and Control" (1991), "Politics in an Antipolitical Age" (1994) oraz
"Good and Bad Power" (2006).
"Europa" nr 265, 02.05.2009
Roger  - nawzajem!   |02.05.2009 04:35:21
Nie pozostaje nic innego jak życzyć gniewnego 1 maja.
nefermor   |07.05.2009 03:43:04
@ Sopor

to o jajogłowych rozbijających się drogimi samochodami, jest
niezłe…
Rozumiem że dziś, gdy wreszcie mamy upragniony świat w którym można
się do woli truć Malborasami zamiast Popularnymi, każdy kto wybrał się na studia
na których wykazywał się dobrymi ocenami (które to są absolutnie wymierną formą
odzwierciedlającą zdobytą wiedzę i umiejętności) ma dom i samochód… o pracy
nie wspominając.

Nawet nie chce mi się opisywać sytuacji moich bliskich
znajomych, którzy oboje po dobrych studiach, gnieżdżą się w kawalerce i
zastanawiają sie nad podjęciem kredytu na kilkadziesiąt lat aby kupić mieszkanie
spółdzielcze, co niestety trochę uniemożliwi im zafundowanie sobie potomka, o
ile któreś z nich nie dostanie podwyżki…

meh

enyłej, wizja społeczeństwa
w którym robotnik i inżynier czy inny magister zarabiają po równo jakoś mnie
kompletnie nie przeraża. W końcu na studia nie idzie się po kasę, jest mnóstwo
innych, mniej wymiernych choć równie ważnych profitów jakie się zyskuje na
uniwersytecie.
Thome  - Statystyka.   |02.06.2009 06:16:59
"Prawda jest jednak taka, że transformacja oznaczała ciągły spadek dochodów
robotników w relacji do płac reprezentantów handlowych, kierowników, speców od
marketingu i controllingu zasobów ludzkich."

Kluczowe jest słowo
"w relacji". Spróbujmy więc tak:

"Prawda jest jednak taka, że
transformacja oznaczała ciągły wzrost dochodów reprezentantów handlowych,
kierowników, speców od marketingu i controllingu zasobów ludzkich w relacji do
zarobków robotników"

Jak to się można bawić……


@blaise

"Także dzięki systemowi emerytalnemu rodem Chile, tak
lubianego przez Ciebie."

Polski system emerytalny nie jest tak na 100%
"rodem" z Chile, choć ma kluczowe elementy tamtejszego. Jak to z
państwowymi molochami bywa, "w trosce o emerytury" zapomniano tego
systemu uwolnić. Tak więc powielamy grzech chilijski wprowadzając limity
inwestycyjne (rynki zagraniczne oraz instrumenty pochodne), co skutkuje
zapchaniem płytkiej GPW. I grozi załamaniem w warunkach pogorszenia koniunktury.
Nie wspominając o zyskowności, kiedy wyjście z papieru oznacza znaczący spadek.
h.caulfield   |03.06.2009 17:02:10
@ Thome
nie wiem czy zbierasz już na emeryture, ale gdyby nasi
"grzeszni" politycy nie popelnili tego chilijskiego bledu nakladania
limitow, i pazerni zarzadzajacy funduszami mogli je lokowac zagranica i w
pochodne to tego co uzbierales na OFE przez ostatnie x lat byloby tyle co kot
naplakal.
Thome  - Limit limitów.   |06.06.2009 14:44:42
@h.caulfield

"pazerni zarzadzajacy funduszami mogli je lokowac
zagranica i w pochodne"

Pazerność w ich przypadku byłaby pozytywna. Ale
oni nie muszą być pazerni. Mają zapewnione minimalne opłaty, dostępu do rynku
strzegą państwowe regulacje i spokojnie mogą kopiować portfele
"konkurentów"…


"to tego co uzbierales na OFE przez
ostatnie x lat byloby tyle co kot naplakal"

Dziś, dzięki kagańcowi
państwa, wyniki OFE zapewniają wysokie emerytury. Fakt.
blaise   |06.06.2009 17:51:21
"Tak więc powielamy grzech chilijski wprowadzając limity inwestycyjne (rynki
zagraniczne oraz instrumenty pochodne)"
To na rynkach zagranicznych nie
można stracić? Takie odporne są na załamania.. A instrumenty pochodne to żyła
złota jest.. dla wszystkich. Fakt!
Thome  - Fakt.   |07.06.2009 07:10:55
"To na rynkach zagranicznych nie można stracić?

Można.

"Takie
odporne są na załamania."

Różnie.

"A instrumenty pochodne to
żyła złota jest.. dla wszystkich."

Dla niektórych w celach
spekulacyjnych tak (i chwała im) - dla wielu nie (też chwała za nieustanny
proces wyceny).
Jako zabezpieczenie dla np. OFE- byłyby świetnym narzędziem
(wyeliminowanie tej możliwości jest nieodpowiedzialnością ustawodawcy).


"Fakt!"

Fakt.
blaise   |07.06.2009 17:09:18
"Jako zabezpieczenie dla np. OFE- byłyby świetnym narzędziem"
Jako
zabezpieczenie tak, ale każdy kij ma dwa końce, o czym się wiele firm
przekonało. Nie ma żadnej pewności, że OFE będą ich odpowiedzialnie używać a to
są jednak pieniądze emerytów. Będziesz im potem tłumaczył że to "proces
wyceny" ?
Thome  - Kij i dwa końce.   |08.06.2009 15:26:08
"Jako zabezpieczenie tak, ale każdy kij ma dwa końce, o czym się wiele firm
przekonało"

Tak, przekonało się, ponieważ zaczęło (wbrew profilowi
samych spółek i często poza kontrolą właściciela, ale nie zawsze) zajmować
pozycje w kontraktach w celach wyłącznie spekulacyjnych. Gdyby nie
"patriotyczni koledzy z rządu i sejmu" nikt by o tych "biednych
firmach" nie usłyszał, jak i o wielu innych spekulantach, którzy utopili
WŁASNE pieniądze.

"Nie ma żadnej pewności, że OFE będą ich
odpowiedzialnie używać a to są jednak pieniądze emerytów"

To prawda!
Nie ma żadnej pewności, że w ogóle coś wystąpi lub nie. Nie ma nic stałego,
szczególnie w odniesieniu do wyników inwestycyjnych podmiotów typu OFE/fundusze
inwestycyjne. Życie jest ze swej natury spekulacją. Dotykamy więc problemu
dobrowolności. Idźmy dalej - jak to się ma do przymusu ubezpieczeń w takim
razie?
ZUS jest natomiast odpowiedzialny. Nie inwestuje w żadne instrumenty
(poza kadrami). Czy jest wydolny/rentowny?
blaise   |08.06.2009 16:12:40
Jeśli ktoś utopił własne pieniądze.. ale jak mówiłem, tu chodzi o pieniądze
emerytów.
"ZUS jest natomiast odpowiedzialny. Nie inwestuje w żadne
instrumenty (poza kadrami). Czy jest wydolny/rentowny?"
Różnie, zależy jak
na to spojrzeć..
"Od początku 2000 do końca 2008 roku stopa zwrotu w
przypadku najlepszego OFE Generali wyniosła 28,6 procent. W tym samym czasie
kapitał zgromadzony w zusowskim pierwszym filarze wzrósł o 39,6 procent.
Wszystko to nie tylko przez spadki na giełdach, ale również przez prowizje
pobierane przez OFE. Gdyby nie one stopa zwrotu byłaby wyższa o prawie 10
punktów procentowych." (źródło: money.pl)
Więc ZUS okazał się w tym
wypadku bardziej rentowny niż OFE no i bierze niższe prowizje. Trzeba też
zauważyć, że OFE jeśli coś ostatnio zarobiły to głównie dzięki.. rządowym
obligacjom. Nie jestem więc pewien czy należy znosić limity. Co do dobrowolności
to nie było możliwości wyboru czy chce się pozostać w ZUSie czy przejść do OFE.
Thome   |08.06.2009 16:25:25
@blaise

Odnosząc się do wątpliwości (słusznych, bo zarządzający OFE
dzięki parasolowi państwa często nie postępowali racjonalnie) związanych ze
stosowaniem derywatów do hedgingu - nie byłoby problemem zapisanie ustawowe, że
tylko takie ich użycie jest dopuszczalne.

"W tym samym czasie kapitał
zgromadzony w zusowskim pierwszym filarze wzrósł o 39,6 procent"

Tak.
Ten kapitał "wzrasta", ale ten "wzrost" nie ma charakteru zwrotu
z inwestycji. System zusowski (tzw. solidaryzm) jest wyłącznie pompą ssąco -
tłoczącą, która zawsze się zatrze, ponieważ jest transferem, a nie odkładaniem
pieniędzy przez zainteresowanych.


"Trzeba też zauważyć, że OFE jeśli
coś ostatnio zarobiły to głównie dzięki.. rządowym obligacjom."


Strzał w dziesiątkę! Więc ile jeszcze razy przeczytamy, że upłynnianie deficytu
ma "dobroczynne" działanie i że sam deficyt jest ok? Rząd emituje dług,
który finansuje podatnik poprzez OFE i który w końcu płaci odsetki za ten cyrk?


"Nie jestem więc pewien czy należy znosić limity"

Jeśli w
ogóle coś usprawniać w tym systemie, to dopuścić do dywersyfikacji. Ryzyko się
rozłoży. Alternatywą jest zapchanie GPW poprzez ciągłe pompowanie przymusowych
składek w mało płynne walory. Jest to daleko bardziej ryzykowne niż choćby
znaczące zwiększenie limitów. W Chile zadziałało.

"Więc ZUS okazał się
w tym wypadku bardziej rentowny niż OFE no i bierze niższe prowizje"


ZUS bierze wysoką prowizję. Jakieś 33% naszej pensji.
blaise   |08.06.2009 18:10:48
"ZUS bierze wysoką prowizję. Jakieś 33% naszej pensji."
Nieprawda. OFE
(z wyjątkiem Alianza) biorą sobie 7% tego co im ZUS przekazuje, to są przecież
ich zyski, zyski prywatnych funduszy, wypłaca się z nich dywidendy, to jest ich
urobek. Te 33% o których piszesz nie idzie na konto ZUSu - zawiera się w nich to
co m.in wpłaca się do OFE, funduszu świadczeń gwarantowanych, przekazuje na
ubezpieczenie zdrowotne itp. itd. To jednak pewna manipulacja z twojej strony.
Utrzymanie ZUS kosztuje 3% składki.
Pisałeś, ze kapitał zgromadzony przez ZUS
nie ma charakteru zwrotu z inwestycji i troszkę się minąłeś z prawdą. Istnieje
coś takiego jak Fundusz Rezerwy Demograficznej - to zakład zarządzany przez ZUS,
inwestuje on częśc środków, by zdobyć pieniądze na wypadek niekorzystnych
tendencji demograficznych (miałby zasilić FUS, gdy ten będzie w potrzebie), w
2008 osiągnął lepsze wyniki niż OFE. Nie jest więc prawdą, że ZUS niczego nie
inwestuje.
blaise   |08.06.2009 18:15:36
przepraszam FRS to nie "zakład" tylko.. fundusz, uzyłem niewłaściwego
słowa.
Thome   |10.06.2009 02:18:27
"OFE (z wyjątkiem Alianza) biorą sobie 7% tego co im ZUS przekazuje, to są
przecież ich zyski, zyski prywatnych funduszy, wypłaca się z nich dywidendy, to
jest ich urobek"

Myślę, że zarządzający chytrze się uśmiechają,
czytając Twoje słowa:))) To dopiero sprytna manipulacja - pod pozorem jak
najbardziej słusznego uznania praw do zysku ukryć przymusowe "dojenie"
ubezpieczonych. Przymus tego systemu jest gwarancją zysków kartelu. Nie ma to
nic wspólnego z "urobkiem". Choć ma to jedną zaletę - poprzez pensje i
dywidendy pieniądze te idą do prywatnej kieszeni. Zawsze to lepsze niż
urzędnicze marnotrawstwo. Marna to jednak pociecha dla obciążonych kosztami
pracy nie-menadżerów….

"To jednak pewna manipulacja z twojej
strony."

Manipulacja nie. Faktycznie jednak, odliczmy sumy idące na
system "zdrowszy", tj. OFE (co nie znaczy, że zdrowy).

Co do FRD,
to idzie do niego ułamek tego, co na FUS. Końcowa jakość inwestycji jest
proporcjonalna do wielkości tych środków.

"Utrzymanie ZUS kosztuje 3%
składki"

:)))) Mhmmm…..doliczmy jeszcze….a co tam…choćby odsetki
od spłacanych zobowiązań, żeby pokryć dziury w FUS. I dotacje budżetowe. I
odsetki od obligacji, żeby te dotacje były… I podatki, które trzeba ściągnąć,
żeby dofinansować "tani" ZUS…..
blaise   |10.06.2009 17:20:23
"To dopiero sprytna manipulacja - pod pozorem jak najbardziej słusznego
uznania praw do zysku ukryć przymusowe
dojenie ubezpieczonych."

Kiedy ja napisałem, że uznaję zyski OFE za słuszne i uprawnione?! Nigdy, bo nie uznaję. W komentarzu nr 2 pod tekstem gduli napisałem wręcz
wyraźnie, że moim zdaniem "emeryci są grabieni" przez
ten system. Mógłbym równie dobrze napisać o zyskach mafii z haraczy..
nie znaczy to, że uznaję je słuszne. Obaj wiemy że wysokie prowizje OFE
są zgodne z obowiązującymi ustawami, choć są zrabowane emerytom i.. co
z tego? Dla mnie ofe to prywatne molochy finansowe, które w ogóle
nie powinny istnieć, ale tobie się podobają bo są prywatne. Twoja
broszka, każdy lubi co innego. 

"Co do FRD, to idzie do niego ułamek
tego, co na FUS. Końcowa jakość inwestycji jest proporcjonalna do
wielkości tych środków." 

Co nie zmienia faktu, że kłamałeś pisząc,
że ZUS niczego nie inwestuje, a może o istnieniu FRD dowiedziałeś się
przed chwilą.

:)))) Mhmmm&..doliczmy jeszcze&.a co tam&choćby
odsetki od spłacanych zobowiązań, żeby pokryć dziury w FUS. I dotacje
budżetowe. I odsetki od obligacji, żeby te dotacje były& I podatki, które
trzeba ściągnąć, żeby dofinansować tani ZUS&..

Pisałem o tylko i
wyłącznie o składkach odprowadzanych przez pracowników i
dlatego powyższa litania nie ma sensu. Bo oczywiste jest, że nie ma
systemu odpornego na demografię i że czasem trzeba do niego dopłacić. Ja
nie mam nic przeciwko podatkom jeżeli są społecznie sprawiedliwe i
przeciwko deficytowi budżetowemu jeśli jest konieczny.
Podsumowując:
skłamałeś  kilka razy w swoim poprzednim poście: o moim stosunku do
zysków OFE, o inwestowaniu środków przez ZUS, o prowizjach pobieranych
przez ZUS.. (dla Ciebie to co ZUS wpłaca do OFE należy liczyć jako
prowizje ZUS-u, ciekawe).
blaise   |10.06.2009 18:39:58
Ja napisałem, ze 3% idzie na utrzymanie ZUS czyli kadrę, administrację, pensje
dla pracowników. Ale "dziura w FUS" to juz zupełnie co innego..
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.05.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.85037 Seconds