|
Maciej Gdula
|
|
18.02.2009 |
W poniedziałkowej „Rzeczpospolitej” Lech Kaczyński wyciągnął dłoń w stronę Platformy: „Nowa sytuacja wymaga nowych metod ratowania gospodarki i jest to też nowa sytuacja polityczna. Od podmiotów na scenie politycznej można i trzeba wymagać, by na wiele spraw zaczęto patrzeć inaczej niż dotąd. Niezwykle istotne jest obniżenie temperatury sporu politycznego. I to nie jest nawet sprawa zmiany jakości mojej współpracy z rządem, a być może nawet w ogóle nowej formuły rządzenia”. Jeszcze w poniedziałek myśl, że jest to rodzaj marketingowej zagrywki służącej PiS-owi do zdobycia centrowych wyborców była dla mnie wystarczająca. Wszystko mieściło się w realiach nawrotu polityki normalności, którą muszą w końcu uznać nawet jej niedawni wrogowie. Pewnie myślałbym tak dalej gdyby nie wtorek.
W „Dzienniku” artykuł o tym jak banki namawiały swoich długoletnich klientów na transakcje na opcjach walutowych. Firma pana Tadeusza winna jest bankom 10 mln, pana Andrzeja 20 mln. Rano pojawił się na uczelni mój dawno nie widziany magistrant mówiąc, że na serio zabiera się do pisania pracy, bo właśnie stracił pracę. Na zajęciach wyliczyliśmy jak wyglądają koszty obsługi kredytów dla osób, które zadłużyły się we frankach w połowie 2008 roku i na jego obsługę wydawały 70% swoich dochodów (banki stwarzały taką możliwość). Wyszło nam, że we wtorek musiały na jedną ratę wydać 117% swoich dochodów. Wieczorem dowiedziałem się, że mojemu wujkowi firma nie płaci od grudnia. Jeszcze w poniedziałek kryzys miał dopiero nadejść. No i przyszedł we wtorek.
Od wtorku myślenie w kategoriach sztuczek marketingowych byłoby zbyt dużą naiwnością. Zbliżenie między PiS i PO nie jest już chyba wyłącznie grą o poparcie w sondażach, ale przygotowywaniem gruntu na sytuację gwałtownych protestów społecznych. Przypominają się słowa, jakie w 1919 roku Joseph Tumulty skierował do Woodrow Wilsona: „Jako Demokrata byłbym zmartwiony widząc Republikanów odzyskujących władzę. Jednak nie byłoby to tak przygnębiające jak widok ruchu, który bez przerwy, dzień po dniu, rośnie na naszych oczach i jeśli nie zostanie zatrzymany, gotów jest zaatakować wszystko to, co jest nam drogie. W obecnym czasie przemysłowych i społecznych niepokojów obie partie cieszą się u zwykłych ludzi złą sławą…”. Być może nadchodzi czas nieprzejmowania się słupkami i „poszukiwania nowych formuł rządzenia”. Już nie popularność, ale poczucie odpowiedzialności za „wszystko to, co jest nam drogie” będzie decydowało o kształcie polityki. Na razie wolę nie myśleć o chwili, gdy poczucie odpowiedzialności zrówna się ze skalą kryzysu.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 21.02.2009 )
|
kiedyś chciałem kupić bilet kolejowy ...
gdyby mężczyzni słuchali instynktów ...