|
Być może był to najlepszy rok od trzech dziesięcioleci, kiedy w światowej polityce zapanował neoliberalizm. Zdarzyło się chyba coś, co odciśnie się głęboko na bliskiej i dalekiej przyszłości. Nie mam zamiaru ścigać się na oryginalność, chodzi mi o zwycięstwo Obamy w wyborach prezydenckich w USA.
Łatwo nam o sceptycyzm w stosunku do Obamy. A to, że za mało radykalny, a to, że zbyt skoncentrowany na piarze, albo, że często zmienia zdanie. Wyszkoleni w podejrzliwości o wiele łatwiej nam wymienić dziesięć argumentów przeciw niż dwa argumenty za.
Obama nie tylko wygrał wybory, ale uruchomił logikę polityczną, która napawa nadzieją. Jego kampania organizowała progresywne roszczenia wielu grup i łączyła je w jeden front. Szerokie poparcie dla Obamy wyrażające się w dolarach zebranych na kampanię i liczbie wolontariuszy brało się z realnego entuzjazmu. Wyzwalało go poczucie, że buduje się kolejny rozdział historii, w której kolejne etapy wyznaczały samoorganizacjia robotników, walka kobiet o równouprawnienie, walka z rasizmem, czy działania ruchu pokojowego. W ten sposób różni ludzie odnajdowali się w jednym obozie i zyskiwali poczucie, że razem stać ich na zmianę zastanego stanu rzeczy.
Obama przywrócił dawno zapomniane i nieco wstydliwe pojęcia. Jednym z nich jest postęp. To nie ten sam postęp, który zakładał wiarę w żelazny bieg dziejów. Dziś trzeba go rozumieć mniej naiwnie. Zamiast żyć w słodkim przeświadczeniu, że rzeczy w konieczny sposób zmierzają w dobrym kierunku, musimy wspólnie brać odpowiedzialność za budowę warunków, w których ludzie mogą być wolni.
Pozostaje mieć nadzieję, że po 20 stycznia będzie tylko lepiej.
Od przyszłego tygodnia co czwartek nowy felieton Macieja Gduli.
Na podobny temat
|
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...
"Jak poszczuję kogoś psem, nie ch...
Ale wierzę, że ruskie służby nie obcy...