|
Cezary Michalski: Jak wyglądać będzie pana zdaniem lewica po wyborach?
Janusz Palikot: Generalnie rzecz biorąc, sądzę, że tylko bardzo bliska współpraca takich środowisk, jak nasz ruch i środowisko Krytyki Politycznej, może doprowadzić do tego, że wynik tych wyborów – w których tak wiele głosów wsparło ludzi i idee wyraźnie na lewo od dominującego wcześniej PO-PiS-u – nie będzie zmarnowany. Dzięki takiej współpracy może już teraz rozpocznie się w Polsce zmiana polityczna, która wyrazi i zagospodaruje zmianę społeczną, ideową, pokoleniową, jaka już się tutaj już dokonała, ale nie mogła znaleźć żadnej artykulacji w postaci partii.
Na czym ta zmiana polega?
Na coraz szerszym w młodym i średnim pokoleniu odrzuceniu zachowawczego i klerykalnego status quo. Przecież wszyscy politycy, my wszyscy, uważaliśmy, ze status quo jest tutaj nie do naruszenia, że nie ma w Polsce innego wyborcy niż konserwatywny, że nie ma tu żadnej silnej instytucji społecznej oprócz Kościoła, że żaden inny wyborca, żadne inne idee, nie dają tutaj nie tylko władzy, ale nawet podstawowej możliwości politycznego działania. W to status quo wierzyli zarówno Tusk i Kaczyński, jak też Leszek Miller.
Pan także, wydając „Ozon”, a potem idąc do PO, żeby ślubować „Tak mi dopomóż Bóg”.
Ja także, i pewnie wszyscy wierzylibyśmy dalej, gdyby nie kolejne błędy Kościoła i prawicowej polityki, gdyby nie Smoleńsk, a wreszcie, gdyby nasz ruch w tych wyborach nie spróbował tego status quo odrzucić. Ja nie twierdzę, że nasz ruch był na lewicy pierwszy, najbardziej autentyczny, najbardziej radykalny, bo to przecież nieprawda. Środowisko Krytyki Politycznej pracowało od dawna nad tym, żeby lewicową diagnozę tutaj w ogóle wyartykułować i upowszechnić. Ale sami doskonale wiecie, że bardzo długo działaliście trochę w takiej atmosferze pobłażliwego machania ręką, że „tacy jesteście ciekawi, lewicowi, ale żadnej polityki z tego nie będzie, no może za sto lat, bo Kościół, bo konserwatyzm Polaków”. Tak samo od dawna pracowały w Polsce środowiska feministyczne, formułowały diagnozy, sprawiały, że pewne hasła przestały tutaj ludzi szokować, bo zaczęli rozumieć ich sens.
Ja teraz spróbowałem przełamać to status quo na poziomie partyjnym. Korzystając w ogromnym stopniu z tego, co wy wcześniej robiliście na poziomie „pracy organicznej”, pracy intelektualnej, edukacyjnej. Ja zaryzykowałem zaproponowanie tych haseł, diagnoz, projektów – naprawdę świeckiego państwa, polityki legalizacyjnej zamiast penalizacyjnej, związków partnerskich, faktycznego równouprawnienia… – na poziomie twardej polityki, która musi przejść test wyborczy, aby się ludzie przekonali, że polityka lewicowa jest w Polsce możliwa już dzisiaj.
Gdyby przez ostatnie dwadzieścia lat jedyną lewicą tutaj było SLD, a nie „Krytyka Polityczna” czy Kongres Kobiet, to ja zupełnie nie miałbym się do czego odwołać. Bo SLD jednak zostawiło po sobie bardzo niewiele.
A może „Krytykę Polityczną” czy Kongres Kobiet w przeciwieństwie do SLD wita pan z taką otwartością, bo wie pan, że nie są to jeszcze środowiska z ambicjami partyjnymi?
Wszelkie deklaracje będą tutaj pustosłowiem. Trzeba jak najszybciej razem usiąść i ustalić kształt i program takiego wspólnego frontu. Bez jakichkolwiek obciążeń historycznych, zajmując się wyłącznie programem. Bo tu nie chodzi o podziały historyczne, ale o program, nawet w odniesieniu do SLD. Kiedy o naszym Ruchu wypowiadają się z podobną sympatią Frasyniuk i Urban, to przecież nie wspólnota historyczna ich łączy, ale wspólne oczekiwanie na to, by w tym kraju polityka mogła się toczyć także na lewo od PO-PiS-u.
Są w SLD ludzie, którzy pana zdaniem lewicy przynoszą więcej wstydu niż szacunku?
Nie będę wymieniał nazwisk, żeby to się nie stało pretekstem do jakichś rozgrywek wewnętrznych w tamtym środowisku, utrudniając jakimś ludziom przetrwanie, a pomagając takim, którym wcale nie chciałbym pomóc. To jest środowisko suwerenne i ono musi samo dokonać wyboru, zdecydować o swoim przyszłym kształcie. Ja tylko mówię, że gdybym w ciemno zaprosił cały dawny aparat SLD-owski do mojego ruchu…
Niezależnie od tego, czy oni by przyjęli pańską propozycję czy nie…
…to przede wszystkim zdradziłbym moich ludzi i mój elektorat, który politykę prowadzoną przez dawne SLD, kiedy np. było u władzy, odrzucił, bo ją przestał uznawać za lewicową. Jest kilka osób, które w latach 2001 – 2004 próbowały rządzić w taki sposób, że ich dokonania są teraz dla lewicy raczej obciążeniem niż atutem.
A może to były czasy bezwarunkowego panowania politycznego status quo, kiedy rządził Miller, a pan był na prawicy?
Zatem nie z historii się rozliczajmy, ale z tego, czy mamy potencjał, żeby ze status quo dzisiaj skutecznie walczyć. Jeśli dziś paru dyżurnym „historycznym przywódcom lewicy” nie przeszkadza to, że wisi krzyż w Sejmie, i oni się dystansują od postulatu przywrócenia świeckości tego kluczowego dla państwa miejsca, mnie to jednak dziwi. I jeśli ruch mający 40 posłów podejmuje ryzyko, żeby postulat świeckości państwa przedstawić, to historyczni liderzy lewicy powinni z tego raczej skorzystać, a nie się wobec tego dystansować. Sami nie chcieli podejmować ryzyka, nawet kiedy mieli 40 procent poparcia i kiedy rządzili.
Tym bardziej, że my nie chcemy się populistycznie szarpać, nie chcemy wspinać się pod osłoną nocy na drabinę, tak jak ci, którzy krzyż w polskim sejmie kiedyś zawiesili. My przedstawimy propozycję uchwały przypominającej o konieczności przestrzegania w Polsce konstytucji. Jeśli ją parlament odrzuci, pójdziemy do Trybunału Konstytucyjnego, a później do Strasburga.
Poparcie takich działań to nie jest kwestia dobrej woli polityków, którzy się nazywają „lewicowymi”, ale ich psi obowiązek. Bo konsekwencją bierności w tej sprawie jest brak w Polsce świeckiej przestrzeni publicznej. Tymczasem argumentacja jest taka, że ten krzyż tam wisi od kilkunastu lat, to niech już wisi. Czy to jest argumentacja człowieka lewicy?
Wśród ludzi używających takiej argumentacji jest sam Kwaśniewski, Borowski…
Nie chciałbym tego komentować. To są dla mnie ważne i ciekawe dla lewicy postacie. Ja nie chcę ich recenzować. Tylko jeszcze raz powtórzę, czas na postawienie postulatu państwa świeckiego w Polsce już nadszedł, my to udowodniliśmy swoim wynikiem wyborczym.
A Leszek Miller? Nie jest pana entuzjastą, ale zapytany wprost odpowiedział enigmatycznie, że być może SLD i Ruch Palikota będą „patrzyły w jednym kierunku”. To wyraz zrozumienia potrzeby szerszej lewicowej formuły, czy też przyczajenie się albo wyraz rezygnacji?
To jest człowiek najbardziej elastyczny i sprawny, ale również symbol największego odejścia od lewicowych ideałów w praktyce rządzenia. To jego rząd wprowadził zasadę dotowania katechetów przez państwo. Mazowiecki wprowadził religię do szkół, ale w 2003 roku to pani minister Łybacka wprowadziła dodatkowo zasadę utrzymywania katechetów z budżetu państwa. To była już zupełna kapitulacja państwa wobec Kościoła, która sprawiła, że Kościół uznał szkołę państwową za instytucję całkowicie przez siebie podbitą.
Miller to także zachowania szowinistyczne i ja wiem, że Kongres Kobiet go nie zaakceptuje. Są w Kongresie osoby, które uważają go po prostu za tradycyjnego męskiego szowinistę.
Oczywiście, jeśli dochodzi do ukonstytuowania się kongresu szerokiej lewicy i poszczególne środowiska lojalnie ze sobą współpracują, budują koalicję, wówczas nie do mnie, ale do całego kongresu lewicy należy wskazywanie polityków, także z SLD, którzy mieliby w takiej instutucji współdziałać czy ją reprezentować. Ale jeśli SLD do takiej współpracy w ramach szerokiego kongresu lewicy nie będzie zdolne, to wtedy Leszek Miller na pewno nie będzie wśród tych „historycznych liderów”, których my byśmy do nas zapraszali, bo nasz elektorat uważa go raczej za kogoś, kto ideały lewicy w okresie swoich rządów rozmył – żeby nie użyć sformułowania jeszcze ostrzejszego.
Ryszard Kalisz?
Nie ma problemu. Nie spotyka się z żadnym oporem ze strony naszych wyborców.
Ale to on może mieć zastrzeżenia do pana, a po tym, co o sobie przeczytał w pańskiej książce. Nawet ostro te zastrzeżenia wyraża.
To są rzeczy nieistotne, do przebolenia zarówno przeze mnie, jak i przez niego. Liczą się idee, poglądy, a tu nie ma żadnej przeszkody – on byłby przez nasz elektorat bez problemu zaakceptowany.
Skoro mówimy o wiarygodności rozmaitych polityków w oczach centrolewicowego elektoratu, pozostaje podstawowe pytanie o pańską wiarygodność. Pańskie poglądy są dla lewicy interesujące w wymiarze obyczajowym, kulturowym, ale dlaczego mieliby uznać za lewicowe pana propozycje podatku liniowego czy dalszego outsorcingowania rozmaitych funkcji państwa? Michał Sutowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nie bez racji nazwał pana „lewicowcem o jednej nodze”.
Zacznijmy od spraw podatkowych, bo to się jakoś nie przebija. Lewicowość to progresja podatkowa, a nie podatek całkowicie liniowy czy wręcz degresja, jak to już czasami się zdarza. My przedstawiliśmy projekt zwolnienia z podatku dochodowego od osób fizycznych ludzi zarabiających do 2500 złotych miesięcznie. Nie powinno być dla lewicy problemem, że dla bogatszych proponujemy jedną stawkę podatkową 18 proc., bo poprzez zwolnienie biedniejszych, słabszych, realizujemy zasadę redystrybucji. Przy dochodach miesięcznych rzędu 2000 złotych, taka osoba po zwolnieniu z podatku dochodowego zatrzymuje ok. 380 złotych.
Po drugie, mamy cały pakiet propozycji z obszaru polityki społecznej. Mówi się o naszych propozycjach wprowadzenia polityki legalizacji, zamiast polityki penalizacyjnej – w różnych obszarach. Ale my mamy także gotowy projekt ustawy o eksmisji i nowelizację prawa bankowego, gdzie chcemy wprowadzenia zasady „ostatniej koszuli” czy „dachu nad głową”, to znaczy takiego minimum, którego nie można człowieka pozbawić, nawet w przypadku jego bankructwa. A bankructwo – niemożność spłacania długów, kredytów, czynszu za mieszkanie – najczęściej dotyka nie bogaczy, ale ludzi tracących pracę. Nie można kogoś licytować do końca, nie można kogoś pozbawiać praw zupełnie podstawowych, jak prawo do mieszkania czy do przeżycia, jak prawo do kształcenia dzieci. Tu proponujemy rozwiązanie lewicowe, oparte na dojrzałych rozwiązaniach socjaldemokratycznych.
Zatem bankructwo tylko do ostatniej koszuli i dachu nad głową. A rola państwa i polityki w gospodarce i życiu społecznym?
Można używać hasła etatyzm jako hasła właśnie, a można się zastanawiać, w jaki sposób naprawdę odbudować siłę państwa i użyć jej efektywnie. Opowiem o naszym projekcie na przykładzie Agencji Rynku Rolnego. W Polce, po siedmiu latach naszej obecności w UE, wciąż nie powstają grupy producenckie, mimo że Unia płaci 100 procent kosztów zorganizowania i zarządzania taką grupą. Chłopi nie chcą pracować razem, boją się utraty własności. To wynika oczywiście z doświadczeń historycznych, ale ten strach przed autentyczną spółdzielczością tutaj się mści.
Agencja Rynku Rolnego może tę sytuację zmienić poprzez budowanie przetwórni i chłodni, które obsługiwałyby grupy producenckie, pomagały się im organizować. To wciągnęłoby polskich plantatorów, rolników we wspólne składowanie i przerabianie tego, co wyprodukują, i pokazało, że to zwiększa ich zyski. W konińskiem produkuje się więcej pomidorów niż w całych Niemczech, Polska jest potęgą w producji owoców miękkich, malin, truskawek. Zamiast sprzedawać to wszystko od razu po zbiorze, a to, czego się szybko nie sprzeda, marnować, zamiast być całkowicie zależnym od cenowego dyktatu z zewnątrz, grupy producenckie, mając podstawową infrastrukturę przetwórczą i magazynową – zbudowaną właśnie dzięki działaniu Agencji Rynku Rolnego, dzięki punktowemu działaniu państwa – mogłyby negocjować ceny, zwiększać zyski, ale przede wszystim zmienić strukturę polskiej wsi, odbudować tam kapitał społeczny. A po jakimś czasie Agencja Rynku Rolnego mogłaby odsprzedawać te przetwórnie i chłodnie grupom producenckiem. I w ten sposób na polskiej wsi powstałaby zupełnie nowa mentalność, akceptująca współpracę.
To jest wielki program, który ma charakter przemysłowo-społeczny.
Budowa autentycznej spółdzielczości?
To samo z Agencją Rozwoju Przemysłu. Pojedyncza kopalnia czy zakład energetyczny nie wejdzie sam w technologię gazyfikacji węgla, która obniża emisję CO2, a jednocześnie nie wymusza likwidacji w Polsce górnictwa. Albo budowanie elektrowni w oparciu o biomasę. Ktoś musi z takim projektem pierwszy ruszyć. I tu jest rola państwa – w punktowej, ale skutecznej alokacji środków prowadzącej do realnych zmian w funkcjonowaniu całego polskiego przemysłu i energetyki. To nie jest czekanie na „modernizację” robioną w Polsce przez globalne korporacje, bo globalne korporacje modernizację tego kraju mają gdzieś. Tu ryzyko zmiany musi podjąć agencja państwowa, która będzie miała do tego środki i będzie do tego zobowiązana. To jest przecież model socjaldemokratyczny. To nie będzie etatyzm jako hasło, jakieś ruiny niewydolnego państwa pokrywające jak największy obszar, a w tych ruinach i tak wolna amerykanka, silniejsi zjadają słabszych.
Nam chodzi o skupienie sił całego państwa i całej polityki w paru miejscach, z których na gospodarkę można naprawdę oddziaływać poprzez impuls do alokacji środków w kierunku proekologicznym, prozatrudnieniowym, prospołecznym. Trzeba ileś osób zakontraktować do pewnej technologii, trzeba przejść całą tę drogę ryzykownego inwestowania – tego nie zrobi prywatny biznes, ale może to zrobić państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu.
Poza tym jest nasz program budowy mieszkań czynszowych, polegający na tym, że likwidujemy powiaty, urzędy wojewódzkie, zmniejszamy liczbę radnych w sejmikach, a z tych pieniędzy tworzymy fundusz mieszkaniowy, który w ramach ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym przymuszałby gminy do budowania, ze wsparciem funduszu, mieszkań pod wynajem przy regulowanym czynszu.
To znowu nie jest jakiś kosmiczny eksperyment, bo takie projekty zostały zrealizowane wszędzie w zachodniej Europie, gdzie rządziła socjaldemokracja albo nawet centryści o społecznej wrażliwości. Państwo na ściśle zdefiniowanych warunkach dodaje pieniądze do przedsięwzięć prywatnych, deweloperskich, ale za to ma później prawo do regulowania rynku wynajmu tych mieszkań. To daje możliwość zbudowania dodatkowo 50 – 60 tys. mieszkań rocznie, czyli w ciągu jednej kadencji parlamentu można zbudować dodatkowo ok. 200 tys. mieszkań. To już jest dużo, bo w Polsce brakuje półtora miliona mieszkań, żeby było wystarczające pokrycie i większa elastyczność rynku pracy. A buduje się około 130 tys. własnościowych mieszkań rocznie. Więc normalnie w ciągu czterech lat powstaje 500 tys. mieszkań na drodze obecnego status quo i gdybyśmy do tego dołożyli jeszcze 200 tys. mieszkań, to dzięki temu programowi w czasie jednej kadencji parlamentu o połowę zmniejszylibyśmy deficyt mieszkań w Polsce. Deficyt zabijający przede wszystkim młode pokolenie, paraliżujący jego życiowy start.
Jakie pan przedstawi dowody, że postulat uwolnienia znacznej części podatników od płacenia podatku dochodowego w ogóle, a resztę obciążający podatkiem liniowym na poziomie 18 proc. to nie jest klasyczny populistyczny chwyt z poziomu „mniej danin, mniej haraczy na państwo”? Pokolenie JK-M (ukształtowane przez Janusza Korwina-Mikke) będzie zachwycone, bo oni podatków nie lubią. Ale Amerykanie też byli zachwyceni reaganomiką, dopóki państwo nie zaczęło bankrutować.
Daliśmy to wszystko do wyliczenia Fundacji Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza. I ona uznała to za jedyny program racjonalny, który daje realne oszczędności dla skarbu państwa.
Pozytywna ocena fundacji Balcerowicza nie jest argumentem, który akurat lewicę mógłby przekonać.
Ja przywołałem Balcerowicza, żeby odpowiedzieć na pana wątpliwość dotyczącą realizmu naszych wyliczeń. Skoro nawet oni, ci straszni monetaryści (śmiech), uważają, że przy naszych lewicowych postulatach redystrybucyjnych to się sumuje, że to nie są wyliczenia „populistyczne”, wzięte z sufitu, to przecież nie można nam akurat tego zarzucać. A ja już mówiłem, że nie mając jakiejś antybalcerowiczowskiej obsesji, nie rekomendowałbym jednak Balcerowicza do rządu, nie robiłbym ministrem finansów ani jego, ani Rostowskiego, ale np. Hausnera. Kogoś, kto o finansach państwa myśli z punktu widzenia nie tylko ich bilansowania, ale przede wszystkim z punktu widzenia zapewnienie państwu możliwości działania w obszarze społecznym i gospodarczym. Proponowana przez nas realna reforma wydatków publicznych daje realistycznie licząc ok. 87 miliardów złotych oszczędności, które my w całości przeznaczamy na osłonę najuboższych i na zapewnienie państwu paru efektywnych narzędzi oddziaływania na gospodarkę.
Tylko czy mniej zarabiający zdążą przeżyć do czasu przyjścia pomocy społecznej, po tym jak w ramach liniowego podatku, VAT na żywność wzrośnie z 5% do 18%?
Naszą odpowiedzią będzie podniesienie płacy minimalnej w wymiarze wystarczającym do pełnego wyrównania podwyższonych kosztów utrzymania. Do tego dochodzi wspomniane już przeze mnie zwolnienie najniżej zarabiających z podatku dochodowego, a wreszcie reforma systemu zasiłków społecznych sprawiająca, że pieniądze będą wydawane na rozwiązanie konkretnego problemu, a nie na utrzymanie w ruchu mechanizmu, który często marnuje pieniądze, a wcale nie pomaga.
To znaczy?
Na przykład, jeśli dzisiaj rodzice niepełnosprawnego dziecka znajdują pracę, to są karani zmniejszeniem zasiłku na to dziecko. My chcemy związać pieniądze z potrzebami, a nie z mechanizmem. Dla niepełnosprawnego dziecka wymagającego opieki zasiłek powinien być stały, a to, czy zostanie wydany przez jednego z rodziców, czy rodzice pójdą do pracy, a za pieniądze z zasiłku zatrudnią kogoś do opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem, to już powinno być ich suwerennym wyborem.
Nie sądzę, że wspierający pana drobni biznesmeni entuzjastycznie zareagują na hasło podniesienia płacy minimalnej.
A jednak zaakceptowali ten punkt w naszym programie. Ja nie mówię takich rzeczy jako Janusz Palikot, ale jako lider całego ruchu. Ja nie twierdzę, że nasz program jest „ideowo czysty” czy całkowicie już skończony i „spointowany”. Ale właśnie dlatego nasze wejście do parlamentu to nie koniec, tylko początek pracy, do której powinny się włączyć najważniejsze lewicowe środowiska, a pozycja „Krytyki Politycznej” jest tutaj kluczowa. Inaczej wszytko zmarnujemy i cała władza w tym kraju i polityczna inicjatywa pozostanie w rękach prawicy.
Odpowiadając na pańskie pytania, nawet jeśli nie wszystko pana przekonuje, chcę tylko jeszcze raz zadeklarować i udowodnić, że logika tego wszystkiego jest socjaldemokratyczna, a nie populistyczna czy „neoliberalna”. To nie są oszczędności uzyskiwane poprzez cięcia w polityce społecznej, przeciwnie, my proponujemy finansowanie przez państwo ogólnodostępnej antykoncepcji, finansowanie ogólnodostępnego bezpłatnego Internetu poprzez mediateki, gdzie ten Internet nie będzie zabawką, ale elementem kompleksowej edukacji i dostępu do wiedzy.
Proponujemy dotowanie przez państwo in vitro, a także liberalizację aborcji. To są wszystko postulaty lewicowe nie tylko w sferze obyczajowej, ale także społeczno-ekonomicznej. Dzisiaj w Polsce wolność można sobie przecież kupić, bo wiadomo, że pieniądze otwierają drogę zarówno do aborcji, jak do in vitro, do antykoncepcji czy do usług socjalnych. Tylko najbiedniejsi wolności sobie kupić nie mogą. My chcemy to zmienić, a do tego celu jest nam potrzebny zrównoważony i realnie policzony budżet państwa.
Zresztą ja właśnie dlatego zwracam się o pomoc do lewicowej i liberalnej inteligencji kształtowanej przez takie środowiska, jak „Krytyka Polityczna” czy Kongres Kobiet, bo ja chciałbym się z ich diagnozami, rozwiązaniami i propozycjami zapoznać. Wspólne działanie polityczne będzie oznaczało także negocjowania programu w każdym z obszarów, o których tu rozmawiamy. W tę polityczną szczelinę w prawicowej hegemonii, którą my wywalczyliśmy, musi teraz wejść całe lewicowe środowisko w Polsce, autentycznie lewicowe idee.
Czas na kolejną istotną, może nawet najważniejszą wątpliwość dotyczącą pańskiego typu osobistej charyzmy, arbitralności zachowań i poglądów. Zmieniał pan poglądy, jaką można mieć pewność, że ich pan nie zmieni znowu?
Ja poglądów nie zmieniałem „arbitralnie”, tak jak to przedstawiają prawicowe media, ale zmieniałem je, reagując na rzeczywistość, dojrzewając, ucząc się pewnych rzeczy o Polsce, o sobie samym. Pan akurat musi to doskonale rozumieć, należymy do pokolenia, które popadało w rozmaite błędy, w rozmaite szaleństwa. Traciło z oczu nawet powody własnego kiedyś zaangażowania, które przecież dla ludzi pierwszej „Solidarności”, takich jak Jacek Kuroń, Henryka Krzywonos, Frasyniuk, Wujec… nie było zaangażowaniem klerykalnym, zaangażowaniem prawicowym, ale właśnie zaangażowaniem społecznym. I wybór lewicowo-liberalny jest ostatecznie jedynym konsekwentnym punktem dojścia naszych biografii, ja tak przynajmniej uważam.
Chavez, Blair, Obama, Zapatero, Lula… – którego z tych liderów lewicy uznałby pan za wzór?
Jeśli tylko takie nazwiska pan proponuje, to mimo wszystko Obamę, a nawet Blaira. I oczywiście Lulę. Przy jednej istotnej poprawce dotyczącej dwóch pierwszych nazwisk. Blair próbował okiełznać „rewolucję thatcherowską”, zaprząc ją do celów społecznych poprzez redystrybucję, wzmacnianie szkolnictwa państwowego, poprzez system stypendiów. Zabiło go to, że uległ Bushowi w polityce globalnej. Obama ma ciekawy program, ale niezbyt silne przywództwo.
Zatem Blair i Obama z silniejszym przywództwem. To dopiero zapewniłoby możliwość realizowania lewicowych celów, a nie tylko ulegania okolicznościom, w których słabi przywódcy widzą „ducha dziejów”, któremu trzeba się podporządkować. Ja sądzę, że nasz wynik wyborczy wskazuje na to, że w Polsce „duch dziejów” może być lewicowy, tyle że aby takim się stał potrzebna jest silna polityczna organizacja.
Ruch Poparcia Palikota – czy to Ruch Poparcia Siebie Samego?
Ja wielokrotnie proponowałem zmianę nazwy na „Nowoczesne Państwo”, ale ludzie z naszego ruchu mówili mi: „oczywiście, tylko nie w kampanii wyborczej, kiedy tylko twoje nazwisko jest rozpoznawalne”. Moje nazwisko było tutaj tylko instrumentem politycznym, a nie sposobem budowania własnej dumy, bo ja takich sposobów nie potrzebuję. Okazją na zmianę nazwy na taką, która będzie podreślała cele modernizacyjne, powinno być właśnie szersze zjednoczenie lewicowych środowisk i idei, które proponujemy.
Wchłonięcie ich przez Ruch Palikota, „dokooptowanie”?
Nie, zbudowanie takiej struktury politycznej, która pozwoli lewicy pokierować zmianą społeczną i pokoleniową dokonującą się już w Polsce.
Tylko pod jaką nazwą i z jakim programem? Jeśli np. warunkiem „Krytyki Politycznej” będzie zarówno lewicowość zasygnalizowana w nazwie, jak też przede wszystkim realna lewicowość w programie społeczno-ekonomicznym takiego wspólnego ruchu, to przecież uciekną panu ci zwolennicy, którzy przyszli od Korwina i oczekują tylko obniżania podatków.
Nasi wyborcy przyszli do nas dlatego, że oprócz zmian w prawie podatkowym – zachowujących zresztą zasadę redystrybucji, co próbowałem już panu wcześniej wytłumaczyć – akceptują nasze postulaty osłony najsłabszych i silnej aktywności państwa w gospodarce. Poza tym, jeśli powstanie kongres lewicy, szeroki lewicowy front, to zarówno nazwa, jak i program społeczno-ekonomiczny będą wynikiem wspólnej pracy i wspólnych uzgodnień.
My na wicemarszałka Sejmu zaproponowaliśmy Wandę Nowicką. Ona może zrobić więcej niż ja, jeśli chodzi o jednoczenie lewicy, nie mówiąc już o tym, że to jest krok w stronę realnej obecności kobiet we władzach państwa. W pewnym sensie wymuszoną odpowiedzią na to było wskazanie przez Tuska Ewy Kopacz na marszałka sejmu. Na to wszystko Kaczyński, Dorn i ich ludzie zareagowali z charakterystyczną dla prawicy szowinistyczną pogardą wobec kobiet.
Ja wiem, że mam wizerunek „samca alfa”, ale nawet to obciążenie w oczach lewicy było dla nas tylko politycznym instrumentem. Nasz ruch miał lidera, dlatego mogliśmy przedstawić lewicowe idee świeckości państwa, równouprawnienia i emancypacji mocniej niż SLD, które lidera nie miało i nie ma.
My w tej kadencji parlamentu będziemy oswajać polskich wyborców i polską politykę nie z Palikotem – takim czy innym – ale z Anką Grodzką, której wybór jest ewenementem w skali światowej czy z Robertem Biedroniem, politykami już w Polsce „wybieralnymi”. Ja wszedłem wcześniej do parlamentu z listy PO, ale osoby takie jak Anka Grodzka czy Robert Biedroń były wcześniej nawet przez partie z nazwy lewicowe uznawane za „niewybieralne w tej konserwatywnej Polsce, gdzie ostatnie słowo w każdej sprawie ma Kościół”. Okazało się, że cały ten udawany, prewencyjny konserwatyzm, cała ta polityczna religijność bez wiary, opierają się na fałszywej diagnozie. Polska jest już inna.
Czytaj też: Aleksander Smolar, Antyklerykalizm to za mało
W najbliższych dniach zapraszamy do lektury powyborczych rozmów o przyszłości lewicy, m.in. z Włodzimierzem Cimoszewiczem, Agnieszką Graff, Anną Grodzką, Ryszardem Kaliszem, Aleksandrem Kwaśniewskim, Leszkiem Millerem, Wandą Nowicką, Januszem Palikotem, Kazimierą Szczuką.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...