> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Beylin: Konflikt klasowy dziś |
|
|
Marek Beylin
|
|
05.11.2011 |
Dla Marksa, rzecz jasna, siłę wyzwolicielską niósł konflikt klasowy (…). W Polsce i we wszystkich krajach, które żyły pod komunizmem, sformułowanie „konflikt klasowy” ma szczególną wymowę. Był to jeden z ideologicznych wsporników totalitarnej władzy, w imię walki klas zabijano i gnojono ludzi. Realne konflikty klasowe zaś, istniejące przecież w komunistycznej rzeczywistości, władza starała się skrywać.
Pojęcie konfliktu klasowego stanowiło część gramatyki władzy. Próby odzyskania tego konfliktu dla opisu społeczeństwa, np. w Liście otwartym Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, prowadziły często do więzienia. Toteż konflikt klasowy jest w byłych krajach komunistycznych na ogół pojęciem wyklętym, kojarzy się głównie z przemocą władzy i totalitarną propagandą. Nawet dziś uważa się u nas dość powszechnie, że kto mówi o konfliktach klasowych, temu nad głową łopocze czerwony sztandar. Jednak, choć da się pojąć psychologiczne przyczyny takiego odrzucenia, nie zmienią one historii.
W XIX wieku i sporej części XX stulecia konflikt klasowy był jednym z ważnych – nie, jak chciał Marks, jedynym ważnym – konfliktów budującym społeczeństwa i ich stosunki z władzą. Został wchłonięty do demokracji i uprawomocniony, dając jej zbawienną stabilność. Związki zawodowe to przecież emanacja konfliktu klasowego, nawet jeśli odżegnują się od takiej retoryki. I jeszcze jedna oczywistość: wraz z powstawaniem państw dobrobytu oraz zanikiem tradycyjnej klasy robotniczej konflikt klasowy traci ostrość, lecz nie niknie, tylko rozpełza się w przestrzeni społecznej.
Na ogół nie niesie już rewolucyjnego przesłania, tylko żądanie korekty lokalnych warunków. Odnajdujemy go u nas w supermarketach, gdzie obsługa pracuje w dzikich warunkach, w kopalniach, których szefostwo zwiększa wydobycie za cenę bezpieczeństwa pracowników, w pracy na czarno bez praw socjalnych (..,) jednym słowem, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z bezpośrednim wyzyskiem. Ujawnia się też wśród młodych ludzi urodzonych w latach 80., którzy wobec zablokowanego rynku pracy muszą podejmować pracę poniżej ich wykształcenia bądź na nędznych warunkach. A tylko nieliczni, na ogół pochodzący z rodzin o wyższym statusie społecznym, mają przywilej łatwiejszego dostępu do stabilizacji i kariery.
Zresztą, coraz głośniej mówi się dziś o odtwarzaniu się społeczeństw klasowych w Europie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Francuski historyk Pierre Rosanvallon, opisując narastanie nierówności w europejskich społeczeństwach, twierdzi, że wszyscy ci, którzy żyją z pracy własnych rąk, nie mogą już myśleć o bezpiecznej egzystencji. Ochronę przed deklasacją dają już tylko dobra odziedziczone, czyli rentierstwo. Toteż duża część klas średnich traci poczucie bezpieczeństwa w systemie.
Konflikt klasowy obejmuje także dostęp do wiedzy i informacji. W latach 90. w państwowych uczelniach w wielkich miastach studiowała głównie wielkomiejska młodzież, wieś i małe miasteczka były w dużej mierze wykluczone z porządnej edukacji, której wciąż nie zapewniają prywatne szkoły. (…) Zresztą, w różnych krajach narasta gniew młodych ludzi; wśród europejskiej młodzieży rodzi się poczucie, że oszczędności pokryzysowe państw najbardziej uderzają w ich przyszłość. Ta wzbierająca dopiero fala niezadowolenia może okazać się zapalnym problemem całej Europy.
Konflikt klasowy ujawnia się także w nieoczekiwanych miejscach: napędza formacje nacjonalistyczno-populistyczne. Zauważył to francuski filozof Marcel Gauchet w eseju Niemiłe niespodzianki zapomnianego: walka klas z 1990 roku. Choć dziś mówienie o walce klas stało się nieprzyzwoite – wywodzi Gauchet – wyłania się ona tam, gdzie nikt jej się nie spodziewał: przysparza wyborców Frontowi Narodowemu Le Pena. Tworzy się bowiem nowy „lud” gromadzący, obok „dołów społecznych”, klasy średnie, przedsiębiorców, mieszkańców zamożnych dzielnic. Wszystkich łączy to, że czują się pozbawieni reprezentacji oraz wpływu na decyzje polityczne. Mają rewoltujące poczucie niemocy, wyrażające się w negatywnej definicji całego systemu: „to powinniśmy być my, a to są oni” - pisze Gauchet.
Polityka lewicy, także mediów i intelektualistów, tylko wzmacnia to poczucie odrzucenia. Bo to głównie lewicowe środowiska, zamiast rozpoznać ów „lud” wydziedziczonych z poczucia wpływu na rzeczywistość, coraz surowiej go napominają, ładując zbiorowo do worka z etykietą „rasiści”. Co tylko utrwala mur, jaki wyrósł między elitami a różnymi grupami ludności, między Francją oficjalną i szlachetną a tą zepchniętą na niegodny margines.
Konsekwencje są jasne: zamiast słabnąć, Front Narodowy rośnie w siłę, bo stał się głównym wyrazicielem głębokiego pęknięcia społecznego, a nie autorytarnego czy rasistowskiego zwrotu we Francji. Nasilają się postawy antyparlamentarne i plebiscytarne, zaś Le Pen nałożył kostium zrewoltowanego demokraty. Jest w tej nowej roli rzecznikiem owego ludu, który domaga się odzyskania suwerenności zabranej przez „oligarchię narzucającej swoje decyzje z pogardą dla mas”
To żądanie suwerenności wyrasta z dwóch problemów odczuwanych przez wielu ludzi i chętnie podejmowanych przez Front Narodowy: imigracji i braku poczucia bezpieczeństwa związanego m.in. ze wzrostem „drobnej” przestępczości. Oba niepokoją, ale na ten zbiorowy niepokój państwo odpowiada milczeniem. Rezygnuje więc ze swej podstawowej funkcji, jaką jest ochrona jednostek przed przemocą. „Uchybić obowiązkowi ochrony każdego członka organizmu politycznego, to podważyć powody, dla których jednostka odczuwa przynależność do społeczeństwa. Sedno prawomocności naszego świata jest tu w grze” - woła Gauchet.
Te niepokoje ujawniają ogólniejszy problem: osamotnienie jednostek, czyli mroczne oblicze społeczeństwa indywidualistycznego. Zaś w poparciu dla Le Pena kryje się apel do władz o zagwarantowanie ładu, w którym prawa i wolności jednostki przekładają się na siłę społeczeństwa, potrzebną, by mogło ono kontrolować swoje poczynania.
My zaś obserwujemy – pisze Gauchet – postępującą depolityzację demokracji. Widać to na przykładzie stosunku do imigracji. Problem imigracji nie ma swego języka politycznego. W tej kwestii wszyscy moralizują, jedni, jak Front Narodowy, w złych intencjach, inni, jak lewica czy większość elit republiki, w dobrych. A ponieważ fale imigracji płyną, zaś przybyszom coraz trudniej o pracę i wobec tego o adaptację do nowego otoczenia, powstaje wrażenie upadku tego, co kluczowe we francuskich wyobrażeniach: siły państwa narodowego. Narasta poczucie zawodności procesów demokratycznych, co odpycha rosnącą część elektoratu od oficjalnej polityki. Nie ma też miejsca na debatę, by problem imigracji demokratycznie uprawomocnić, bo nie da się debatować pośród wzmożonych moralizmów.
Problem imigracji pozostaje w zawieszeniu i niewypowiedzeniu. Dlatego Le Pen staje się rzecznikiem suwerenności i praw owego grupującego się wokół tej kwestii ludu. Tym łatwiej mu to przychodzi, że po drugiej stronie panuje doktryna ludu suwerennego, lecz niemego – konkluduje Gauchet. I opowiada się za demokratyczną polityką w sprawie imigracji. Także po to, by złagodzić ów nieoczekiwany konflikt klasowy: ludu pozbawionego poczucia wpływu i bezpieczeństwa przeciw establishmentowi, w łonie demokracji.
Przywołałem ten esej tak obszernie, bo dobitnie pokazuje on, jak walka klas może oblec się w sprzeciw wobec słabości władzy, a nie jej siły. Władzę wywołuje się do tablicy, by rządziła „jak kiedyś”, przywracając tradycyjną republikę, ale ta rewindykacja porządku jest wołaniem na puszczy. Od 1990 roku, kiedy Gauchet napisał ten tekst, konflikty nabrzmiały. W całej „imigranckiej Europie” nasilają się żądania, by państwa przywróciły swą pierwotną funkcję kształtowania ładu zbiorowego. Zwłaszcza, że narasta inny konflikt związany z obecnością imigrantów oraz potomków niegdysiejszych przybyszy, głównie z krajów pozaeuropejskich: gettoizacja i marginalizacja społeczna. To oni tworzą dziś najbiedniejsze ludy Europy, często odcięte od europejskich wzorów, karier, stylów życia. Swoją obcością wzbudzają więc lęk „białych sąsiadów”, sami zaś, zwłaszcza ci młodsi, silniej aspirujący do równego miejsca w społeczeństwie, wyrażają poczucie upokorzenia i poniżenia na różne, bywa, krwawe sposoby.
Ich status jako uczestników demokratycznych społeczeństw jest zresztą niejasny. Są coraz powszechniej postrzegani jako jednolita masa, groźna całość; demokracja jednostek zatrzymuje się przed progiem imigranckich społeczności. Ale i wśród nich nierzadko widać odwrót od demokratycznych praw i obyczajów. Można by rzec, każdy otrzymuje z naddatkiem od rzeczywistości to, co w nią wkłada. Wchłonięte przez demokratyczną kulturę części społeczeństw coraz jaskrawiej widzą w swych innych niedostosowane i zbędne demokracji zbiorowości, toteż istotnie otrzymują od niechcianych sąsiadów nasilające się postawy antysystemowe. Z kolei sami imigranci im silniej postrzegają demokrację jako obcą, zaś uleganie jej jako zdradę własnych tradycji i tożsamości, tym intensywniej otrzymują od niej sygnały odrzucenia. Te wzajemne wykluczenia czy też, co chyba częstsze, społeczne separacje, gdy strony łudzą się, że mogą się nie zauważać, rodzą dyskursy publiczne dziś silniejsze niż namysł, jakie warunki muszą wszyscy spełnić, by owe roszczenia społeczności imigranckich do miejsca w demokratycznym społeczeństwie przekształciły się w politykę, a nie pozostawały jedynie okrzykiem gniewu lub zawodu.
Przy okazji tych konfliktów łatwo zauważyć, że pęka mit samoregulującego się społeczeństwa. Przez lata zdawało się, że spontaniczne procesy społeczne i rynkowe same rozwiążą problemy obecności imigrantów. Głoszono: zostawcie ludzi samym sobie, będą musieli uznać swoją obecność i porozumieć się. Cóż, nie musieli. Okazało się, że w tej kwestii nic nie zastąpi państwa i europejskiej polityki międzypaństwowej. Do łagodzenia pewnego typu konfliktów państwo wciąż jest niezbędne.
Ale to lekcja jeszcze niezupełnie przerobiona. Tym o to trudniej, że konflikty są rozproszone, rzadko angażują większości. Na co dzień mamy więc do czynienia z wielością krzyżujących się „ludów” reagujących na spory i problemy. Ta mieszanina konfiguracji rozmaitych mniejszości w społeczeństwie zarazem masowym i zindywidualizowanym utrudnia nie tylko budowanie polityki na szczeblu państwa, lecz także to, co politykę poprzedza – wyławianie z rzeczywistości ważnych konfliktów. Zwłaszcza że nad polityką unosi się pytanie: gdy ludzie coś mówią, co właściwie chcą powiedzieć? Ta kwestia niemal obsesyjnie dręczyła Marksa, wdarła się do nauk społecznych, a dziś uporczywie zaprząta umysły polityków i obserwatorów polityki. Co chcą powiedzieć obywatele, gdy głosują na Jarosława Kaczyńskiego albo na partię Le Pena, albo na skrajne ugrupowania w Europie?
Jedno jest pewne: żeby ich zrozumieć, trzeba przyjąć, że ich „tak”, czyli poparcie dla owych ruchów, jest mniej ważne od ich „nie”, od tego, co im doskwiera, a co wyrażają w dostępnych formach i językach protestu. Skupianie się jedynie na ich „tak”, zwalczanie i piętnowanie samego protestu, potęguje jedynie gniew tych, którzy żądają innej rzeczywistości. I czyni demokrację bardziej bezbronną, bo nie rozumiejąc owego gniewu, nie potrafi go ona rozbrajać. A przecież takie mijające się dyskursy, wzajemnie niezrozumiałe sądy i postawy – to dzień powszedni naszych demokracji. I o takich niezrozumieniach i nieporozumieniach traktuje też 18 brumaire’a.
Jest to fragment wstępu Marka Beylina do 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte, który właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 05.11.2011 )
|
|
|
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...