|
2 czerwca 1967 r. szach Iranu Reza Pahlawi wraz z żoną, cesarzową
Farah Dibą składają wizytę w Berlinie Zachodnim. Poprzedniego dnia
zbiegły z Iranu pisarz Bahman Nirumand wygłosił wykład na Wolnym
Uniwersytecie w Berlinie. Oskarżył szacha o zaprowadzenie despotycznego
reżimu i niezliczone zbrodnie. 2 czerwca pod Deutsche Oper w Berlinie
na demonstracji przeciw szachowi zbiera się blisko 3 tys. młodych
ludzi. Policja próbuje brutalnie rozpędzić tłum. Lecą kamienie, idą w
ruch pałki i pięści, wielu demonstrantów i kilku policjantów zostaje
rannych. Kula ze służbowej broni nadkomisarza policji trafia
demonstranta w tył głowy. 26-letni student germanistyki Benno Ohnesorg
umiera wskutek odniesionej rany. Taki był początek młodzieżowej rewolty
w RFN.
***
Jeszcze
nigdy nie przemawiałem do tylu ludzi. Całe Auditorium Maximum Wolnego
Uniwersytetu w Berlinie było tak szczelnie wypełnione, że z trudem
udało mi się dotrzeć do mównicy. Setki osób musiały pozostać na
zewnątrz i zadowolić się wysłuchaniem mojego przemówienia z głośników.
Gdy
wchodziłem na salę, wybuchły okrzyki radości, jakbym był samym Ché
Guevarą. Ledwie zacząłem mówić, otrzymałem gorące brawa, a później
tysiące klaszczących dłoni zacisnęło się i ludzie podnieśli wysoko
pięści. W audytorium rozbrzmiewało „Ho, Ho, Ho Szi Min, Mo, Mo,
Mossadegh” [Ho Szi Min - przywódca komunistycznego Wietnamu; Mohammad
Mossadegh - premier Iranu w latach 1951-53, autor ustawy o
nacjonalizacji irańskich złóż ropy naftowej, obalony w wyniku puczu,
przebywał w więzieniu, a potem areszcie domowym aż do śmierci w 1967
r.].
Tak naprawdę przygotowałem rzeczowe przemówienie o Iranie,
nie było w nim żadnych podburzających zdań, żadnych haseł, ale wtedy w
ogóle nie o to chodziło. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, odłożyłem
maszynopis i dałem się porwać emocjom. Pomstowałem na szacha, na
imperializm, na koncerny handlujące ropą naftową i apelowałem o
solidarność z ruchami wyzwoleńczymi.
Kilka tygodni wcześniej
ukazała się moja książka „Persien. Modell eines Entwicklungslandes oder
die Diktatur der Freien Welt” („Iran. Przykład kraju rozwijającego się
albo dyktatura Wolnego Świata”). Rząd irański nazwał moje wystąpienie
na uniwersytecie w przeddzień przyjazdu szacha „aktem nieprzyjaznym”, a
nawet zagroził odwołaniem wizyty państwowej. Berliński senat zaczął
wywierać presję na władze uniwersytetu, rektor wzbraniał się jednak
przed narażeniem na szwank autonomii uczelni. O wszystkim informowały
codziennie nagłówki gazet - cudowna reklama dla książki, zachęta do
udziału w imprezie i w demonstracjach organizowanych następnego dnia
pod ratuszem i pod Deutsche Oper.
W gronie demonstrantów nie
zabrakło też nas, Iranek i Irańczyków. W latach 60. tworzyliśmy w RFN
najlepiej zorganizowaną grupę wśród wszystkich emigracji z krajów
Trzeciego Świata. CIS/NU, Konfederacja Studentów Irańskich, skupiająca
naszych opozycjonistów za granicą, miała swoje przedstawicielstwa na
wszystkich kontynentach, ale jej centrala znajdowała się w RFN. Łączyła
nas nie tylko ideologia, pozwalająca wierzyć, że pewnego dnia zmienimy
świat, i nie tylko solidarność z poniżonymi i zniewolonymi w Iranie.
Ten ruch stanowił wspólnotę, w której czuliśmy się bezpiecznie. Koił
nasze lęki, dawał poczucie pewności, zaspokajał nasze pragnienia i
tęsknoty, również dotyczące władzy, a nawet te erotyczne i seksualne.
Z
zapałem śpiewaliśmy pieśni partyzanckie. Często siadaliśmy wokół
ogniska, wyobrażając sobie, że jesteśmy w górach, z bronią na ramieniu.
Marzyliśmy o lepszej przyszłości, sprawiedliwości i wolności, o
zbawiennej rewolucji. „Jestem fedainem mego ludu, ofiarowuję swe życie
mojemu ludowi” - tak brzmiała pierwsza zwrotka pieśni partyzanckiej.
Odurzające uczucie, absurdalna samoułuda, romantyczna oaza pośród
społeczeństwa przesytu.
Dwa, trzy, wiele Wietnamów
Pełna
entuzjazmu solidarność, z jaką spotykali się powszechnie obywatele
krajów Trzeciego Świata, rzadko wynikała z przenikliwości politycznej i
przekonań ideowych. Jej pożywkę stanowił raczej przepełniony tęsknotą
romantyzm. Odzwierciedlała również dziwne pragnienia gniewnej,
zbuntowanej młodzieży, która chciała uciec od własnej egzystencji i
rozglądała się za towarzyszami na tej drodze.
Młodzi pragnęli
zerwać z przeszłością, z historią swych rodziców, przeciwstawić się
społeczeństwu dobrobytu i żądzy konsumpcji, zniszczyć skostniały
porządek, irracjonalny autorytet państwa, uniwersytetu i szkoły.
Szukali więc schronienia w odległym, obcym świecie, w ruchach
wyzwoleńczych krajów Trzeciego Świata, a później w sektach religijnych.
To, że modernizacja Niemiec dokonała się częściowo dzięki krajom
rozwijającym się, zakrawało na żart historii.
Taki nastrój był w
RFN skutkiem pierwszych lat powojennych. Niemcy byli zajęci odbudową
kraju. W ciągu jednej dekady wyczarowano z ruin nowiutkie miasta,
ulice, fabryki i autostrady. Głodujący, chodzący w łachmanach ludzie
zmienili się w zamożnych obywateli.
Jednak pod wpływem odurzenia
sukcesem, który nastąpił po gigantycznej klęsce, zapomnieli o swej
historii. Jakby wojna i niepojęte zbrodnie hitlerowskie były tylko złym
snem. Nie nastąpiło rozliczenie z przeszłością. Większość dostojników,
którzy w czasach reżimu nazistowskiego zajmowali najwyższe miejsce w
hierarchii społecznej, zachowała swe stanowiska również w RFN. Rzadko
kto pytał o prawdziwe przyczyny popełnionych zbrodni, jedynie nieliczni
przestępcy wojenni zostali pociągnięci do odpowiedzialności. W pewien
sposób przetrwał stary porządek, tylko opatrzony innym znakiem -
większość ideałów przeszłości pozostała nienaruszona.
Nic
dziwnego, że młodzi, przerażeni sączącymi się powoli informacjami,
zbuntowali się przeciw milczeniu i ignorancji rodziców, przeciw
panującej stęchliźnie. Młodzież marzyła o swobodnej przestrzeni,
walczyła o egzystencję nieobarczoną przeszłością, szukała prostoty,
skromności i marzyła o zwyczajnym życiu. Wydawało się jej, że wszystko
to odnajdzie w ruchach wyzwoleńczych krajów Trzeciego Świata. Bo i
tutaj rozlegało się zewsząd wołanie o wolność, o zrzucenie
wielowiekowych okowów rządów kolonialnych.
Na Kubie i w Boliwii,
Algierii i Mozambiku, Palestynie, Iranie i Wietnamie ogłoszono początek
nowej epoki, rozbicie zmurszałego, zdominowanego przez „nadludzi”
starego społeczeństwa i narodziny autonomicznego życia w niepodległych
krajach. Ta wielka obietnica, która nigdy i nigdzie nie została
dotrzymana, na długi czas zmąciła umysły. Gloryfikacja przemocy jako
metody wyzwalania i legitymizacja walki zbrojnej skłoniły pewnych
ludzi, również tutaj, w kapitalistycznych metropoliach, do tworzenia
organizacji „partyzanckich”. Doskonale znane hasło brzmiało: „Macht
kaputt, was euch kaputt macht” („Niszczcie wszystko, co was niszczy”).
Romantyczne
zaangażowanie w ruchy wyzwoleńcze krajów Trzeciego Świata wielu ludzi
uczyniło ślepymi na rzeczywistość nie tylko tych państw, lecz również
własnego. „Dwa, trzy, wiele Wietnamów” - wołaliśmy na berlińskim
Kurfürstendammie. To entuzjastyczne oddanie się utopii dla wielu stało
się zgubne.
Z bronią w ręku
Utkwiła
mi w pamięci rozmowa z Ulrike Meinhof - moja ostatnia z nią rozmowa.
Znaliśmy się dobrze i rozmawialiśmy ze sobą szczerze. W przeciwieństwie
do wielu ludzi z lewicy, którzy przyłączyli się do ruchu pod wpływem
wiedzy teoretycznej i lektury dzieł Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina
czy Mao, i do tych, którzy poszli za głosem mody, działalność
polityczna Ulrike wyrastała z głęboko odczuwanego humanizmu, a jej
wypowiedzi świadczyły o moralnym zdziwieniu i oburzeniu.
Pewnego
dnia Ulrike zadzwoniła do drzwi mojego mieszkania. Malowałem właśnie
ramy okienne w kuchni. Ten widok ją przeraził. - Co ty wyprawiasz? -
zapytała z wyrzutem. - Jak możesz malować okna, gdy na świecie jest
tyle nędzy? Amerykańskie bomby z napalmem zabiły wczoraj tysiące
Wietnamczyków, w twojej ojczyźnie i gdzie indziej miliony ludzi muszą
głodować, dziesiątki tysięcy są torturowane w więzieniach. Jak możesz
tak spokojnie przyjmować te zbrodnie do wiadomości i zadowolony z
siebie odnawiać mieszkanie?
Tak radykalnie i z taką bezpośredniością Ulrike jeszcze nigdy ze mną
nie rozmawiała. Sprawiała wrażenie bardzo niespokojnej, chodziła tam i
z powrotem po kuchni. - Co ci jest? - spytałem ostrożnie.
-
Postanowiłam skończyć wreszcie z tym zakłamanym mieszczańskim życiem i
wziąć na siebie wszystkie konsekwencje wynikające z walki. To
lawirowanie salonowych lewicowców służy wyłącznie temu, żeby przedłużyć
trwanie kapitalistycznego państwa. Trzeba to państwo zdemaskować,
zmusić je, żeby pokazało swoje prawdziwe oblicze. Jedynie w ten sposób
uda się przygotować rewolucję i obudzić ludzi z letargu. Należy tu i
teraz postawić pytanie o rewolucyjną reakcję na przemoc i na nie
odpowiedzieć.
Jej donośny, drżący głos i niepewne, badawcze
spojrzenie zdradzały, że ona sama nie była do końca przekonana o
słuszności swych słów. - Chyba nie myślisz, że garstka uzbrojonych
ludzi zmieni cokolwiek w aparacie władzy w Niemczech - odparłem. - Gdy
zaś chodzi o uświadamianie i mobilizowanie ludzi przeciw represjom
państwowym, to nie wyobrażam sobie, żebyś mogła wykonać to zadanie
lepiej przy użyciu broni aniżeli pióra. Jesteś cenioną dziennikarką.
Dziesiątki tysięcy ludzi czytają co tydzień twoje artykuły, które z
pewnością nie pozostają bez odzewu.
- Mylisz się - odparła
Ulrike. - Dlaczego uzbrojona grupa miałaby mniej skutecznie walczyć z
niemieckim aparatem władzy niż publikacje kilku pismaków, którzy nie
mogą nic zdziałać przeciw potężnej prasie reakcyjnej? Moje artykuły
czytają przede wszystkim ci, którzy się ze mną zgadzają. A prawica
używa ich jako listka figowego demokracji. Rządzący zatrzęsą się i będą
tańczyć, jak im zagrasz, gdy tylko poczują najmniejsze zagrożenie dla
swojej władzy i siebie samych. I właśnie to tchórzliwe oblicze
kapitalizmu i jego masek musimy odsłonić poprzez akcje zbrojne.
Nasza
rozmowa trwała wiele godzin. Mój trud był daremny. Nie dało się odwieść
Ulrike od jej postanowienia. Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem.
Szukaj wroga
Większość
uczestników ruchu 68 miała niewielkie pojęcie o jego historycznym
podłożu i nie znała wielu faktów. Gdyby wszyscy naprawdę zrozumieli, że
kierował się on przeciw społeczeństwu autorytarnemu - to znaczy przeciw
mechanizmom i strukturom, bez których nie byłyby możliwe zbrodnie
hitlerowskie, ale również takie formy rządów jak stalinizm i inne
despotie - wówczas nie mogłyby w łonie tego ruchu powstać „grupy K”
(K-Gruppen - grupy komunistyczne).
Pamiętam, że obserwowałem
kiedyś towarzysza walki, który był czołowym działaczem jednej z takich
grup, jak raz po raz wyciąga notatnik z kieszeni na piersi i coś
zapisuje. Zaciekawiło mnie to, zapytałem więc, czy ma tyle pomysłów,
które musi zapisać. - Nie - odparł. - Notuję sobie kilka zdań na temat
każdej osoby, z którą się spotykam. Taka krótka charakterystyka. To
ważne na później. Będę wtedy wiedział, kogo możemy zaliczać do naszych
przyjaciół, a kogo będziemy musieli zwalczać jako wroga!
Jeśli
ruch lat 60., mimo wszystkich utopijnych wyobrażeń, wywarł jednak
znaczny wpływ na wszystkie dziedziny życia społecznego w RFN, stało się
tak dlatego, że przeniknął prawie całą tkankę społeczną. Zaraził
przedszkola, szkoły, uniwersytety, fabryki, urzędy, związki zawodowe i
partie polityczne. Wszędzie likwidowano autorytarne struktury i burzono
hierarchie społeczne. Z perspektywy lat można stwierdzić, że członkowie
ruchu 68 położyli kres erze Adenauera. Nie da się zaprzeczyć, że partia
Zielonych, AKW (Atomkraftwerk - ruch przeciw budowie elektrowni
atomowych), marsze wielkanocne (przeciw broni jądrowej), szturm kobiet
do parlamentu i rządu oraz liczne inicjatywy obywatelskie - wszystko to
wyrosło z kontestacji lat 60.
Krótko ostrzyżeni, modnie ubrani
A
w jakim miejscu znajdujemy się dzisiaj? My, Irańczycy, zrobiliśmy
rewolucję i obaliliśmy szacha. A jednak wszystko potoczyło się zupełnie
wbrew naszej woli. Zamiast potomków Mossadegha najważniejsze stanowiska
w państwie zajmują dziś brodaci mężczyźni w turbanach. Większość z nas,
którym udało się zbiec przed mułłami, znalazła się ponownie na wygnaniu.
Jakże
inaczej potoczyły się losy naszych niemieckich towarzyszy broni. Wielu
z nich zaszło na najwyższe piętra władzy. Zostali ministrami,
redaktorami naczelnymi, dyrektorami wydawnictw i teatrów albo
przedsiębiorcami. Krótko ostrzyżeni i modnie ubrani już nie zaciskają
pięści, lecz stoją na scenie politycznej. High society wciąż jeszcze
niechętnie dopuszcza ich do swych kręgów, ale oni nadrabiają to, czego
wyrzekali się przez te wszystkie lata.
Wiele tak drogich nam
wówczas wartości straciło stopniowo na znaczeniu. Zamiast wymarzonej
solidarnej wspólnoty niezależnych, wolnych ludzi doczekaliśmy się
społeczeństwa rywalizujących jednostek. Najwyraźniej droga do miejsc, o
których marzyliśmy w naszym „długim marszu”, jest dużo, dużo dłuższa,
niż to sobie wyobrażaliśmy w tamtych euforycznych latach.
przeł. Sława Lisiecka, Zdzisław Jaskuła
— -
Bahman Nirumand - ur.
w 1936 r. w Teheranie. W 1965 r. zagrożony represjami uciekł do
Niemiec. Pod koniec lat 70. wrócił do Iranu, gdzie przyłączył się do
demokratycznej opozycji walczącej z szachem. Trzy lata później ponownie
opuścił kraj - tym razem grozili mu strażnicy rewolucji Chomeiniego. Ostatnio
wydał dwie książki: „Iran. Die drohende Katastrophe” („Iran. Groźba
katastrofy”, 2006) oraz „Der unerklärte Weltkrieg. Akteure und
Interessen in Nah- und Mittelost” („Niezrozumiała wojna światowa.
Aktorzy i interesy na Bliskim i Środkowym Wschodzie”, 2007)
— -
Fragment książki Maj ‘68. Rewolta, wydanej w Niemczech w 2007 r.
pod redakcją Daniela Cohn-Bendita i Rüdigera Dammanna. Jej polski
przekład ukazuje się nakładem Wydawnictwa Krytyki
Politycznej.
Fragment opublikowany w „Gazecie Wyborczej” z 17-18 maja 2008.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...