> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Romantycy i chłopcy od Ulrike Drukuj
Bahman Nirumand   
18.05.2008

2 czerwca 1967 r. szach Iranu Reza Pahlawi wraz z żoną, cesarzową Farah Dibą składają wizytę w Berlinie Zachodnim. Poprzedniego dnia zbiegły z Iranu pisarz Bahman Nirumand wygłosił wykład na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Oskarżył szacha o zaprowadzenie despotycznego reżimu i niezliczone zbrodnie. 2 czerwca pod Deutsche Oper w Berlinie na demonstracji przeciw szachowi zbiera się blisko 3 tys. młodych ludzi. Policja próbuje brutalnie rozpędzić tłum. Lecą kamienie, idą w ruch pałki i pięści, wielu demonstrantów i kilku policjantów zostaje rannych. Kula ze służbowej broni nadkomisarza policji trafia demonstranta w tył głowy. 26-letni student germanistyki Benno Ohnesorg umiera wskutek odniesionej rany. Taki był początek młodzieżowej rewolty w RFN.

***

Jeszcze nigdy nie przemawiałem do tylu ludzi. Całe Auditorium Maximum Wolnego Uniwersytetu w Berlinie było tak szczelnie wypełnione, że z trudem udało mi się dotrzeć do mównicy. Setki osób musiały pozostać na zewnątrz i zadowolić się wysłuchaniem mojego przemówienia z głośników.

Gdy wchodziłem na salę, wybuchły okrzyki radości, jakbym był samym Ché Guevarą. Ledwie zacząłem mówić, otrzymałem gorące brawa, a później tysiące klaszczących dłoni zacisnęło się i ludzie podnieśli wysoko pięści. W audytorium rozbrzmiewało „Ho, Ho, Ho Szi Min, Mo, Mo, Mossadegh” [Ho Szi Min - przywódca komunistycznego Wietnamu; Mohammad Mossadegh - premier Iranu w latach 1951-53, autor ustawy o nacjonalizacji irańskich złóż ropy naftowej, obalony w wyniku puczu, przebywał w więzieniu, a potem areszcie domowym aż do śmierci w 1967 r.].

Tak naprawdę przygotowałem rzeczowe przemówienie o Iranie, nie było w nim żadnych podburzających zdań, żadnych haseł, ale wtedy w ogóle nie o to chodziło. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, odłożyłem maszynopis i dałem się porwać emocjom. Pomstowałem na szacha, na imperializm, na koncerny handlujące ropą naftową i apelowałem o solidarność z ruchami wyzwoleńczymi.

Kilka tygodni wcześniej ukazała się moja książka „Persien. Modell eines Entwicklungslandes oder die Diktatur der Freien Welt” („Iran. Przykład kraju rozwijającego się albo dyktatura Wolnego Świata”). Rząd irański nazwał moje wystąpienie na uniwersytecie w przeddzień przyjazdu szacha „aktem nieprzyjaznym”, a nawet zagroził odwołaniem wizyty państwowej. Berliński senat zaczął wywierać presję na władze uniwersytetu, rektor wzbraniał się jednak przed narażeniem na szwank autonomii uczelni. O wszystkim informowały codziennie nagłówki gazet - cudowna reklama dla książki, zachęta do udziału w imprezie i w demonstracjach organizowanych następnego dnia pod ratuszem i pod Deutsche Oper.

W gronie demonstrantów nie zabrakło też nas, Iranek i Irańczyków. W latach 60. tworzyliśmy w RFN najlepiej zorganizowaną grupę wśród wszystkich emigracji z krajów Trzeciego Świata. CIS/NU, Konfederacja Studentów Irańskich, skupiająca naszych opozycjonistów za granicą, miała swoje przedstawicielstwa na wszystkich kontynentach, ale jej centrala znajdowała się w RFN. Łączyła nas nie tylko ideologia, pozwalająca wierzyć, że pewnego dnia zmienimy świat, i nie tylko solidarność z poniżonymi i zniewolonymi w Iranie. Ten ruch stanowił wspólnotę, w której czuliśmy się bezpiecznie. Koił nasze lęki, dawał poczucie pewności, zaspokajał nasze pragnienia i tęsknoty, również dotyczące władzy, a nawet te erotyczne i seksualne.

Z zapałem śpiewaliśmy pieśni partyzanckie. Często siadaliśmy wokół ogniska, wyobrażając sobie, że jesteśmy w górach, z bronią na ramieniu. Marzyliśmy o lepszej przyszłości, sprawiedliwości i wolności, o zbawiennej rewolucji. „Jestem fedainem mego ludu, ofiarowuję swe życie mojemu ludowi” - tak brzmiała pierwsza zwrotka pieśni partyzanckiej. Odurzające uczucie, absurdalna samoułuda, romantyczna oaza pośród społeczeństwa przesytu.

Dwa, trzy, wiele Wietnamów

Pełna entuzjazmu solidarność, z jaką spotykali się powszechnie obywatele krajów Trzeciego Świata, rzadko wynikała z przenikliwości politycznej i przekonań ideowych. Jej pożywkę stanowił raczej przepełniony tęsknotą romantyzm. Odzwierciedlała również dziwne pragnienia gniewnej, zbuntowanej młodzieży, która chciała uciec od własnej egzystencji i rozglądała się za towarzyszami na tej drodze.

Młodzi pragnęli zerwać z przeszłością, z historią swych rodziców, przeciwstawić się społeczeństwu dobrobytu i żądzy konsumpcji, zniszczyć skostniały porządek, irracjonalny autorytet państwa, uniwersytetu i szkoły. Szukali więc schronienia w odległym, obcym świecie, w ruchach wyzwoleńczych krajów Trzeciego Świata, a później w sektach religijnych. To, że modernizacja Niemiec dokonała się częściowo dzięki krajom rozwijającym się, zakrawało na żart historii.

Taki nastrój był w RFN skutkiem pierwszych lat powojennych. Niemcy byli zajęci odbudową kraju. W ciągu jednej dekady wyczarowano z ruin nowiutkie miasta, ulice, fabryki i autostrady. Głodujący, chodzący w łachmanach ludzie zmienili się w zamożnych obywateli.

Jednak pod wpływem odurzenia sukcesem, który nastąpił po gigantycznej klęsce, zapomnieli o swej historii. Jakby wojna i niepojęte zbrodnie hitlerowskie były tylko złym snem. Nie nastąpiło rozliczenie z przeszłością. Większość dostojników, którzy w czasach reżimu nazistowskiego zajmowali najwyższe miejsce w hierarchii społecznej, zachowała swe stanowiska również w RFN. Rzadko kto pytał o prawdziwe przyczyny popełnionych zbrodni, jedynie nieliczni przestępcy wojenni zostali pociągnięci do odpowiedzialności. W pewien sposób przetrwał stary porządek, tylko opatrzony innym znakiem - większość ideałów przeszłości pozostała nienaruszona.

Nic dziwnego, że młodzi, przerażeni sączącymi się powoli informacjami, zbuntowali się przeciw milczeniu i ignorancji rodziców, przeciw panującej stęchliźnie. Młodzież marzyła o swobodnej przestrzeni, walczyła o egzystencję nieobarczoną przeszłością, szukała prostoty, skromności i marzyła o zwyczajnym życiu. Wydawało się jej, że wszystko to odnajdzie w ruchach wyzwoleńczych krajów Trzeciego Świata. Bo i tutaj rozlegało się zewsząd wołanie o wolność, o zrzucenie wielowiekowych okowów rządów kolonialnych.

Na Kubie i w Boliwii, Algierii i Mozambiku, Palestynie, Iranie i Wietnamie ogłoszono początek nowej epoki, rozbicie zmurszałego, zdominowanego przez „nadludzi” starego społeczeństwa i narodziny autonomicznego życia w niepodległych krajach. Ta wielka obietnica, która nigdy i nigdzie nie została dotrzymana, na długi czas zmąciła umysły. Gloryfikacja przemocy jako metody wyzwalania i legitymizacja walki zbrojnej skłoniły pewnych ludzi, również tutaj, w kapitalistycznych metropoliach, do tworzenia organizacji „partyzanckich”. Doskonale znane hasło brzmiało: „Macht kaputt, was euch kaputt macht” („Niszczcie wszystko, co was niszczy”).

Romantyczne zaangażowanie w ruchy wyzwoleńcze krajów Trzeciego Świata wielu ludzi uczyniło ślepymi na rzeczywistość nie tylko tych państw, lecz również własnego. „Dwa, trzy, wiele Wietnamów” - wołaliśmy na berlińskim Kurfürstendammie. To entuzjastyczne oddanie się utopii dla wielu stało się zgubne.

Z bronią w ręku

Utkwiła mi w pamięci rozmowa z Ulrike Meinhof - moja ostatnia z nią rozmowa. Znaliśmy się dobrze i rozmawialiśmy ze sobą szczerze. W przeciwieństwie do wielu ludzi z lewicy, którzy przyłączyli się do ruchu pod wpływem wiedzy teoretycznej i lektury dzieł Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina czy Mao, i do tych, którzy poszli za głosem mody, działalność polityczna Ulrike wyrastała z głęboko odczuwanego humanizmu, a jej wypowiedzi świadczyły o moralnym zdziwieniu i oburzeniu.

Pewnego dnia Ulrike zadzwoniła do drzwi mojego mieszkania. Malowałem właśnie ramy okienne w kuchni. Ten widok ją przeraził. - Co ty wyprawiasz? - zapytała z wyrzutem. - Jak możesz malować okna, gdy na świecie jest tyle nędzy? Amerykańskie bomby z napalmem zabiły wczoraj tysiące Wietnamczyków, w twojej ojczyźnie i gdzie indziej miliony ludzi muszą głodować, dziesiątki tysięcy są torturowane w więzieniach. Jak możesz tak spokojnie przyjmować te zbrodnie do wiadomości i zadowolony z siebie odnawiać mieszkanie?


Tak radykalnie i z taką bezpośredniością Ulrike jeszcze nigdy ze mną nie rozmawiała. Sprawiała wrażenie bardzo niespokojnej, chodziła tam i z powrotem po kuchni. - Co ci jest? - spytałem ostrożnie.

- Postanowiłam skończyć wreszcie z tym zakłamanym mieszczańskim życiem i wziąć na siebie wszystkie konsekwencje wynikające z walki. To lawirowanie salonowych lewicowców służy wyłącznie temu, żeby przedłużyć trwanie kapitalistycznego państwa. Trzeba to państwo zdemaskować, zmusić je, żeby pokazało swoje prawdziwe oblicze. Jedynie w ten sposób uda się przygotować rewolucję i obudzić ludzi z letargu. Należy tu i teraz postawić pytanie o rewolucyjną reakcję na przemoc i na nie odpowiedzieć.

Jej donośny, drżący głos i niepewne, badawcze spojrzenie zdradzały, że ona sama nie była do końca przekonana o słuszności swych słów. - Chyba nie myślisz, że garstka uzbrojonych ludzi zmieni cokolwiek w aparacie władzy w Niemczech - odparłem. - Gdy zaś chodzi o uświadamianie i mobilizowanie ludzi przeciw represjom państwowym, to nie wyobrażam sobie, żebyś mogła wykonać to zadanie lepiej przy użyciu broni aniżeli pióra. Jesteś cenioną dziennikarką. Dziesiątki tysięcy ludzi czytają co tydzień twoje artykuły, które z pewnością nie pozostają bez odzewu.

- Mylisz się - odparła Ulrike. - Dlaczego uzbrojona grupa miałaby mniej skutecznie walczyć z niemieckim aparatem władzy niż publikacje kilku pismaków, którzy nie mogą nic zdziałać przeciw potężnej prasie reakcyjnej? Moje artykuły czytają przede wszystkim ci, którzy się ze mną zgadzają. A prawica używa ich jako listka figowego demokracji. Rządzący zatrzęsą się i będą tańczyć, jak im zagrasz, gdy tylko poczują najmniejsze zagrożenie dla swojej władzy i siebie samych. I właśnie to tchórzliwe oblicze kapitalizmu i jego masek musimy odsłonić poprzez akcje zbrojne.

Nasza rozmowa trwała wiele godzin. Mój trud był daremny. Nie dało się odwieść Ulrike od jej postanowienia. Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem.

Szukaj wroga

Większość uczestników ruchu 68 miała niewielkie pojęcie o jego historycznym podłożu i nie znała wielu faktów. Gdyby wszyscy naprawdę zrozumieli, że kierował się on przeciw społeczeństwu autorytarnemu - to znaczy przeciw mechanizmom i strukturom, bez których nie byłyby możliwe zbrodnie hitlerowskie, ale również takie formy rządów jak stalinizm i inne despotie - wówczas nie mogłyby w łonie tego ruchu powstać „grupy K” (K-Gruppen - grupy komunistyczne).

Pamiętam, że obserwowałem kiedyś towarzysza walki, który był czołowym działaczem jednej z takich grup, jak raz po raz wyciąga notatnik z kieszeni na piersi i coś zapisuje. Zaciekawiło mnie to, zapytałem więc, czy ma tyle pomysłów, które musi zapisać. - Nie - odparł. - Notuję sobie kilka zdań na temat każdej osoby, z którą się spotykam. Taka krótka charakterystyka. To ważne na później. Będę wtedy wiedział, kogo możemy zaliczać do naszych przyjaciół, a kogo będziemy musieli zwalczać jako wroga!

Jeśli ruch lat 60., mimo wszystkich utopijnych wyobrażeń, wywarł jednak znaczny wpływ na wszystkie dziedziny życia społecznego w RFN, stało się tak dlatego, że przeniknął prawie całą tkankę społeczną. Zaraził przedszkola, szkoły, uniwersytety, fabryki, urzędy, związki zawodowe i partie polityczne. Wszędzie likwidowano autorytarne struktury i burzono hierarchie społeczne. Z perspektywy lat można stwierdzić, że członkowie ruchu 68 położyli kres erze Adenauera. Nie da się zaprzeczyć, że partia Zielonych, AKW (Atomkraftwerk - ruch przeciw budowie elektrowni atomowych), marsze wielkanocne (przeciw broni jądrowej), szturm kobiet do parlamentu i rządu oraz liczne inicjatywy obywatelskie - wszystko to wyrosło z kontestacji lat 60.

Krótko ostrzyżeni, modnie ubrani

A w jakim miejscu znajdujemy się dzisiaj? My, Irańczycy, zrobiliśmy rewolucję i obaliliśmy szacha. A jednak wszystko potoczyło się zupełnie wbrew naszej woli. Zamiast potomków Mossadegha najważniejsze stanowiska w państwie zajmują dziś brodaci mężczyźni w turbanach. Większość z nas, którym udało się zbiec przed mułłami, znalazła się ponownie na wygnaniu.

Jakże inaczej potoczyły się losy naszych niemieckich towarzyszy broni. Wielu z nich zaszło na najwyższe piętra władzy. Zostali ministrami, redaktorami naczelnymi, dyrektorami wydawnictw i teatrów albo przedsiębiorcami. Krótko ostrzyżeni i modnie ubrani już nie zaciskają pięści, lecz stoją na scenie politycznej. High society wciąż jeszcze niechętnie dopuszcza ich do swych kręgów, ale oni nadrabiają to, czego wyrzekali się przez te wszystkie lata.

Wiele tak drogich nam wówczas wartości straciło stopniowo na znaczeniu. Zamiast wymarzonej solidarnej wspólnoty niezależnych, wolnych ludzi doczekaliśmy się społeczeństwa rywalizujących jednostek. Najwyraźniej droga do miejsc, o których marzyliśmy w naszym „długim marszu”, jest dużo, dużo dłuższa, niż to sobie wyobrażaliśmy w tamtych euforycznych latach.

przeł. Sława Lisiecka, Zdzisław Jaskuła

 — -
Bahman Nirumand - ur. w 1936 r. w Teheranie. W 1965 r. zagrożony represjami uciekł do Niemiec. Pod koniec lat 70. wrócił do Iranu, gdzie przyłączył się do demokratycznej opozycji walczącej z szachem. Trzy lata później ponownie opuścił kraj - tym razem grozili mu strażnicy rewolucji Chomeiniego. Ostatnio wydał dwie książki: „Iran. Die drohende Katastrophe” („Iran. Groźba katastrofy”, 2006) oraz „Der unerklärte Weltkrieg. Akteure und Interessen in Nah- und Mittelost” („Niezrozumiała wojna światowa. Aktorzy i interesy na Bliskim i Środkowym Wschodzie”, 2007)

  


 — -
maj68_okladka_s.jpgFragment książki Maj ‘68. Rewolta, wydanej w Niemczech w 2007 r. pod redakcją Daniela Cohn-Bendita i Rüdigera Dammanna. Jej polski przekład ukazuje się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.


Fragment opublikowany w „Gazecie Wyborczej” z 17-18 maja 2008.

  


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 18.05.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.88491 Seconds