|
14
XII 2007
[…] Rozjazdy, lektury,
dni, Esterka: dni stają się krótkie i zbyt ciasne. Siedem lat po
odejściu Z. i przycupnięciu pod Warszawą żyłem jakże regularnym
trybem, osłaniając się pisaniem i piciem. Powstały książki dość
nisko polatujące nad kwietnikiem. Mozolne. Visio intelectualis
(widzenie), a nie visio sentiva (czujące). Co czujące,
było oślepione, wykłuto mi oczy. „Święte Niewolnictwo
Miłości”, napisał Ludwik-Maria de Montfort, wiek XVIII, co jest
jedynym zdaniem, jakie wynotowuję z grząskiej monografii niejakiego
Jerzego Peterkiewicza The Third Man (wyszło tylko po
angielsku). To książka o herezji mariawitów, po dziś tu i tam
mającej adeptów w Polsce. W latach siedemdziesiątych
było ich ponoć jeszcze koło trzydziestu tysięcy, co znieść nie
mogli kościelnych bogactw i hipokryzji. Kościół ten założyła
Mateczka Kozłowska (1862-1921), od dwudziestego roku życia ślepa
na jedno - prawe - oko. Ojciec zabity w Powstaniu 1863 roku.
W 1869 okupujący Rosjanie zakazują przyjęć do nowicjatów. W
1887 Mateczka zakłada nielegalny embrion „świątyni”.
Dziewczyny mają - jest ich pięć - jedną parę butów i jeden
wspólny ciepły płaszcz. Szefowa nosi pas żelazny i praktykuje
biczowanie. Na cywilnych ciuchach wszystkie wyszywają sobie
monstrancję, jak husyci jacyś, i czczą świętego Franciszka od
zwierząt i dobroci. W 1893 roku Mateczka doznaje pierwszego
objawienia: po przyjęciu komunii staje przed Bogiem, a on jej
ukazuje zepsucie świata i finalność (terminarz) czasu. Ratunek? Ma
leżeć w wielbieniu Marii Panny, panny-niepanny. Wszystko to dzieje
się w święto Matki Pańskiej Anielskiej, gdzie anioł występuje
jako mąż, małżonek, konkubin, kochanek, ojciec. Nim stanie się
dla Mateczki „biskup” Kowalski, mężczyzna tęgi, zażywny i
jowialny. Oboje zachęcają adeptki do sakramentalnego kopulowania,
zazwyczaj z nim. Wiele rodzi się dzieci „miłości wcielonej”
z owych „mistycznych poślubin”. Dalej nie chciało mi
się zgłębiać, bo książka, której Peterkiewicz nie pozwolił na
polski przetłumaczyć (a co, myślał, że jej nikt tu po angielsku
nie przeczyta?), jest i za, i przeciw - i apologetyczna, i
nieswoja, i bez wyraźności.
Beka mi się krótki
pobyt w Gdyni, na żaglowcu „Dar Pomorza”, raz na zawsze
przygwożdżonym do nadbrzeża, z wolna murszejącym. Tylko zapach
dziegciu do składowanych olinowań przypomina tu o istnieniu życia,
nie mówiąc o morzu, a czerwononosy kapitan wciąga do swej kajuty
na sznaps (nikt go nigdy, mówi mi gospodarz wieczoru, nie widział
trzeźwym) serwowany przez czerwonogębych emerytów z załogi. Tak
więc na trupie żaglowca odbyła się nieco trupia celebracja
czegoś, co nazywa się rokiem Conrada, na cześć pamięci Józefa
Korzeniowskiego, drugie imię Teodor. Że sobie na nazwisko obrał
imię trzecie, Konrad, świadczy, że - jak napisał do
wieloletniego przyjaciela, literackiego odkrywcy i admiratora,
Garretta - „czuł się” Polakiem, co bynajmniej mu życia,
kariery i angielskojęzycznego pisarstwa nie ułatwiło. Nie, nie był
polskim pisarzem, a tylko układał w głowie polskie zdania, by
wyszukać odpowiednie słowa anglosaskie w dykcjonarzach, zresztą
te słowa do końca życia wymawiał na chybił trafił, z akcentem,
i zazwyczaj na chybił. Nie o tym. Conrad, jego
dwadzieścia lat w marynarce, gdzie stopień pierwszy, majtka,
należało sobie kupić (trzeba zważyć, że w brytyjskim klasowym
społeczeństwie pływanie po morzu przypada w udziale
najbiedniejszym, najpodlejszym i najbardziej zrozpaczonym wyrzutkom)
opisałem, jak mogłem i rozumiałem, już parę razy, parafrazując
nawet Tajfun i Zwycięstwo, dwa jego tytuły najbardziej żwawe
i zwarte (w książce W niebie miecz mój jest pijany, co jest
cytatem z Biblii). Rok jest Conradowski, ja jako specjalista, „Dar
Pomorza”, obchód w pełni prowincjonalny. Sympozjum na „Darze”
ze sprowadzonym z Warszawy telewizyjnym młodym wygą (nie, nie od
Conrada, tylko od przeprowadzania wywiadów z kimkolwiek o
czymkolwiek, najchętniej o dupie Maryni) oraz z organizatorem, byłym
aktorem bez znacznych sukcesów, ostatnio szefem agencji do
sprowadzania prominentnych gości przed trójmiejską publiczność i
mówienia z nimi o nich. Wykonuje to (gospodarz) sumiennie i ze
staranną dykcją, pomimo drutów założonych - jakże późno -
na zęby w celu ich wyprostowania. Pomimo uklepanek i
skonwencjonalizowanej erudycji (Tischner, Stasiuk, Zanussi) jest w
nim rys skrytego niedowładu, prawie sietniactwa, które wykwitło w
jego niewielkim synku. Miła żona, pomocnica i oboistka z orkiestry.
Poznali się, gdy on klezmerował na scenie, a ona w fosie dla
instrumentalistów. Oboje wypucowani, akuratni, higieniczni.
Rzetelni. Zaprzyjaźnieni, choć mnie nieswojsko z nikim i niczym się
zaprzyjaźnić. Niemniej jednak cień przykrości, że może kiedyś
to przeczytają.
Więc Conrad. Aktor
Kondrat i aktorka Pieczyńska czytają na opuszczonej przez
dyskutantów scenie fragmenty Frei z siedmiu wysp. Na dwa
głosy, rozpisane fachowo i higienicznie przez organizatora. Który
fachowo słucha. I wychwytuje nieważką nieważność Pieczyńskiej,
której się słucha, nie słuchając, i pewien ciężar gatunkowy,
obycie czy zalążek charyzmy, Kondrata. Alkoholiczny i doświadczony?
Oboje namaszczają i smęcą, i są konwencjonalni, i o to chodzi.
Dyskusja poprzedzająca była o tym, czy Conrada można sfilmować.
Można, znaczy, ale nie należy. Bo po co, skoro pan Józef nie
należał do żadnego Kościoła, a wierzył tylko w jasność
cywilizacji naprzeciw barbarzyństwu, terroryzmowi i słabości
charakterów. Najsmutniejszy był z deifikacji kolegów
zatajemniczających swe skomplikowane jestestwa, niepoważnych w
traktowaniu obojętnego okrucieństwa przyrody, najczęściej dżungli
czy morza, jako piękna jedynego. Piękno jest niebezpieczne, trzeba
wykazywać charakter. W przyrodzie panuje noc, dniem się trzeba
ratować. Kurtz uległ nocy w jądrze czarnego Konga, dokonał rzeczy
strasznych i umarł, wykrzykując: „Horror, horror!”. Żona
Conrada, Jessie, ważyła pod koniec dwieście kilo i czterech
marynarzy trzeba było, by ją znieść na brzeg. Nie będę się
powtarzał, choć chciałbym. Słuchając aktorów celebrujących
każdą sekundę swego bycia na scenie pod reflektorami (jakże dbali
o ich skierowanie na swe twarze), wraca do mnie to, co czułem, ile
razy się za Conrada brałem: martwica na dnie jego prozy, jakaś
gnuśność czy nuda, żmuda ciężka, bezgustowna a statyczna, jakaś
niemożność wyrażania innego niż za powolne, za detaliczne,
wzniosłe, pompatyczne: postacie mówią i mówią, patrzą i patrzą,
i pożądają, a nie daj Boże, gdy jakaś z postaci jest kobietą!
Nie, kino tu ni priczom, bo trzeźwość kina domaga się
żywości, choćby powolnej. Poza tym głupota kina źle znosi
ambiwalentną inteligencję, a Conrad był inteligentny i za
nieokreśleniem, które jest prawdą, a przeciw określeniu, czyli
podłości, nihilizmowi, pieniądzu, Rosji, rasizmowi, tchórzostwu i
seksowi, które są kinematografem naszego życia (właśnie).
15 XII 2007
Byli młodzi. To miało
być pierwsze zdanie. Zanotowane. W zeszyciku. Tuż przedtem miałem
zapisane: „To. To co. To, co. Co”. Michelet (Jules), francuski
historyk, równolatek Mickiewicza (urodzony 1798): „masoneria z
templariuszy?”. Templariusze = pustynnicy. Jünger, 7 VI 1942,
podaje, jak to po straceniu nie tak dawno temu sinobrodego Landru,
który pod Paryżem zabił siedemnaście kobiet, dom jego zbrodni
odkupił restaurator, założył w nim knajpę i dał jej nazwanie „U
świerszcza za kominem”… Notabene, Landru wpadł, gdy
pewien kolejarz zauważył, że dla współpasażerki kupuje zawsze
bilet w jedną stronę. Jünger notuje też, że za gwiazdę Dawida,
przymusowo naszywaną na ubiór, francuscy Żydzi musieli oddawać
jeden kupon ze swych kartek odzieżowych. Widząc po raz pierwszy
takie gwiazdy - na trzech młodych dziewczynach w Paryżu -
Jünger „poczuł się skrępowany, że jest w mundurze”.14VI
Niemcy aresztują studentów, którzy przypięli sobie żółtą
gwiazdę z napisem: „idealista”. A Jünger czyta Martyrologię
Kościoła w Japonii. Autorem jest proboszcz Profillet. Jünger,
7 VII 1942: „Lektura: Dziennik (Mon Journal) Léona Bloy,
czytany w oprawie z ciężkiej fioletowej skóry, której dotyk jest
rozkoszą”.
Ach, wytłumaczyć się.
Tak jak mojego Ojca, urodzonego 1913, na rok przed Pierwszą,
zajmowała ta dziecięca jego wojna, czego długo nie mogłem
zrozumieć, tak mnie zajmuje ta Druga, rok po wybuchu której się
urodziłem. Jakbym się chciał nadowiadywać, co to było, z czegom
się urodził i co zassał. Dlatego zrobiłem Trzecią część
nocy, film o wszach zakażonych tyfusem i o ich karmicielach w
Instytucie Weigla we Lwowie, czyli o moim Ojcu czytającym w ów czas
morowy Balzaka i Prousta. Żył cudem w tyfusowym zakażeniu krwi,
stałych gorączkach, pohańbieniu i egzaltacji swej
męskości, talentu, konspiry, AK, mojej młodej, a starszej od niego
matki, jego synka i córeczki, której się na to wszystko - głód,
zimno, wojnę - zmarło.
Templariusze szukali w
Palestynie Graala, kielicha z Ostatniej Wieczerzy, w który Józef
z Arymatei zebrał krew Chrystusa na krzyżu. Mój
synek Wincenty, wracający w Paryżu z
przedszkolnej klasy do domu, pytał, co to takiego ten Chivas,
którego inwokuje co rusz egzaltowana amerykańska nauczycielka.
Pomyśleć, że dyrektorka mnie zapewniała, iż mając pupilów z
sześćdziesięciu krajów i pięciu głównych religii, nie
przeprowadza, mimo że sama jest zakonnicą, indoktrynacji
chrześcijańskiej. Była w cywilu, z malutkim krzyżykiem w klapie,
a ja pominąłem wzrokiem dwumetrową figurę Matki Boskiej Gipsowej
stojącą w sieni.
Pamiętam też przestrach
i wstręt mojego najstarszego, Xawerego, gdy zobaczył po raz
pierwszy skatowanego realistycznie Chivasa. Zadał szereg pytań, że
kto, co i dlaczego, i jak można czcić coś takiego; o trupy,
rzeźnie i tortury pytał mniej niż o to, jak można z tego czynić
religię i co to religia? Musiałem mu tłumaczyć, że niektórzy
mają parszywą wyobraźnię i potrzebują makabrycznych guseł,
horror-filmy są tym samym. Zobaczył, ale ponadto - trzydzieści
lat później - zrobił film swój własny, czego się nijak nie
spodziewałem, bo wychowany był przez swą niepełną matkę na
buddystę, czyli nieambicjonalnego religianta zarabiającego
promiennie na wyzwolenie przez śmierć, a kino z cnotliwością nie
ma nic wspólnego, tylko przeciwnie, choć ze śmiercią już owszem
i jak najbardziej. Przyszło mi to na myśl, bo wczoraj przyjechał
(Xawery) do mnie z problemami adaptacji na film książki
Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod biało-czerwoną flagą.
Dobrze. Książki Masłowskiej nie znałem, więc ją czytam. Z
niemałą, a raczej sporą przyjemnością i podziwem, i z
wybuchami szczerego śmiechu, bo śmieszna jest, jak śmieszne były
najczarniejsze, najbardziej bluzgające powieści Louis-Ferdinanda
Céline, których nikt nigdy nie sfilmował, mimo tylu podejść i
zakusów, bo to się nie da. Nawet mnie wdowa po Célinie proponowała
zaadaptowanie Podróży do krańców nocy uważanej za
celinowskie arcydzieło, choć ja wyżej ceniłem jego dzienniki czy
też pamiętniki spisane w cyklu Od zamku do zamku, Północ i
Rigodon. Uważałem je za najlepsze, bo nieoparte ani na
egzystencjalnych drobnych fikcjach zohydzonego żywota, na (jak to
będzie później) sartre’owskich brudach i odruchach wymiotnych,
ani na millerowskich (Henry, prawie równocześnie) seksualiach
bohemicznej drobnicy, ale na tym, że Céline był przybocznym
lekarzem marszałka Pétaina, kata z pierwszej i wodza faszystowskiej
Francji z drugiej wojny światowej (sam Ludwik-Ferdynand nawoływał
w głośnych przed wojną pamfletach do mordowania Izraelitów
dosłownie i w rzeczywistości, a dąsy na podobne okropieństwa
określał z wściekłą pianą jako „bagatele co do masakry”).
Był też słowotwórcą i stylistą niezrównanym, jedynym
nienawistnikiem francuskiej wywalcowanej grafomanii, gejzerem i
erupcją, i lawiną językowych epitetów, śmieszności, trafności
opisowych i grotesk, nadrealistą i pluskwą babrającą się w
smrodliwych ciałkach, szparach, absurdalnościach i w nędzy intryg.
Był genialny. Więc ten trójksiąg jest o wywiezieniu przez Niemców
senilnego marszałka Pétaina i jego świty do Niemiec, gdy alianci
opanowują Francję, i o dalszych ucieczkach Céline’a stamtąd,
z zamku Sigmaringen, z żoną, psem i kumplem aktorem.
Wszystko aż do momentu, gdy schizofrenicznie produkującego się
lekarzo-pisarza nie przymkną w więzieniu w Danii. Po latach
wypuszczono go pod Paryż (pomimo wyroku zasądzającego karę
śmierci), gdzie zezwolono mu na wegetację i powrót do uprawiania
obu swych zawodów: zarabiającego nędzny grosz konowała dla
ubogich i pisarza plującego na wszystkich, co teraz zarabiali grosz
większy, zwłaszcza w literaturze. I tak opluwa wydawcę,
Gallimarda, u którego zaczyna znów swe książki wydawać, jak
wydawał przed wojną i podczas, pastwi się nad młodszym o
dwadzieścia lat Albertem Camusem (Nobel w 1957 roku, roku
wydania Od zamku do zamku), którego nazywa trafnie Loukoum,
czyli rachatłukumem, czymś przesłodzonym do mdłości, nie wspomnę
już o opluwaniu André Malraux, autora-kombatanta-ministra stale po
drugiej stronie (choć za młodu ancymona i łupieżcy skarbów
świątynnych z Angkor Vat, Kambodża). Za co? Wszyscy trzej,
Malraux, Camus i Céline byli mistrzami w autopromowaniu siebie, tyle
że - blaga - tamci dwaj w moralności i cnocie
etyczno-humanistycznej (Człowiek zbuntowany itp.), cnotliwym
wojowaniu i umiarkowanej goryczy zwanej republikanizmem
condradowsko-romantycznym (Chiny, Hiszpania, ruch oporu), a Céline
promował siebie jadem nieczystej, rozdeptanej, wdeptanej w nędzę i
sromotę, i zapoznanie faszystowskiej żmii. I tak Céline obrzygiwał
siebie, cały świat i konkurencję, intelektualistów, Żydów,
pedałów, patriotów, Amerykanów, polityków i salonowców,
puszczając pawie takie, które były fajerwerkiem.
Doszedł w tym do tego,
że zamiast całych zdań, choćby najkrótszych (In brevitate
labor - trud jest w zwięzłości), pisał jedno-dwa słowa,
staccato, z trzema kropkami po każdym, bez majuskuł między
kropkami, tworzył makietę poszarpanej, krótko dyszącej frazy,
strzępy składające się precyzyjnie, magicznie do kupy, w całość,
niby-migawki, flesze cięte oczyma, słuchem, węchem, zmysłami,
inteligencją, wiedzą, literaturą, przeszywającym doznaniem
paniki, miłości, życia, tak, życia. Kartki spanikowane…
1240-1244 najazd
Mongołów na Ziemię Świętą. Trzecia krucjata, klęska, angielski
król Ryszard Lwie Serce zwiewa przebrany za templariusza. Katastrofa
czwartej krucjaty z francuskim świętym (?) Ludwikiem na czele. Rok
1291 - kres Królestwa Jerozolimskiego. W tymże roku templariusze,
ogromnie na owych krucjatach wzbogaceni (ekwipunek, transport,
uzbrojenie, jadło), uzyskujący, a wnet skupujący ziemie i
posiadłości, wymyślają czek, papierowy pieniądz gwarantujący
solidność banku, którym jakoś tak, mimochodem, się stali.
Premiera: 24 lutego
Wkrótce na www.krytykapolityczna.pl: rozmowa Cezarego Michalskiego z Andrzejem Żuławskim
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...