Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Nocnik - fragmenty Drukuj
Andrzej Żuławski   
16.02.2010

nocnik_okladka_300px.jpg 14 XII 2007


[…] Rozjazdy, lektury, dni, Esterka: dni stają się krótkie i zbyt ciasne. Siedem lat po odejściu Z. i przycupnięciu pod Warszawą żyłem jakże regularnym trybem, osłaniając się pisaniem i piciem. Powstały książki dość nisko polatujące nad kwietnikiem. Mozolne. Visio intelectualis (widzenie), a nie visio sentiva (czujące). Co czujące, było oślepione, wykłuto mi oczy. „Święte Niewolnictwo Miłości”, napisał Ludwik-Maria de Montfort, wiek XVIII, co jest jedynym zdaniem, jakie wynotowuję z grząskiej monografii niejakiego Jerzego Peterkiewicza The Third Man (wyszło tylko po angielsku). To książka o herezji mariawitów, po dziś tu i tam mającej adeptów w Polsce. W latach siedemdziesiątych było ich ponoć jeszcze koło trzydziestu tysięcy, co znieść nie mogli kościelnych bogactw i hipokryzji. Kościół ten założyła Mateczka Kozłowska (1862-1921), od dwudziestego roku życia ślepa na jedno - prawe - oko. Ojciec zabity w Powstaniu 1863 roku. W 1869 okupujący Rosjanie zakazują przyjęć do nowicjatów. W 1887 Mateczka zakłada nielegalny embrion „świątyni”. Dziewczyny mają - jest ich pięć - jedną parę butów i jeden wspólny ciepły płaszcz. Szefowa nosi pas żelazny i praktykuje biczowanie. Na cywilnych ciuchach wszystkie wyszywają sobie monstrancję, jak husyci jacyś, i czczą świętego Franciszka od zwierząt i dobroci. W 1893 roku Mateczka doznaje pierwszego objawienia: po przyjęciu komunii staje przed Bogiem, a on jej ukazuje zepsucie świata i finalność (terminarz) czasu. Ratunek? Ma leżeć w wielbieniu Marii Panny, panny-niepanny. Wszystko to dzieje się w święto Matki Pańskiej Anielskiej, gdzie anioł występuje jako mąż, małżonek, konkubin, kochanek, ojciec. Nim stanie się dla Mateczki „biskup” Kowalski, mężczyzna tęgi, zażywny i jowialny. Oboje zachęcają adeptki do sakramentalnego kopulowania, zazwyczaj z nim. Wiele rodzi się dzieci „miłości wcielonej” z owych „mistycznych poślubin”. Dalej nie chciało mi się zgłębiać, bo książka, której Peterkiewicz nie pozwolił na polski przetłumaczyć (a co, myślał, że jej nikt tu po angielsku nie przeczyta?), jest i za, i przeciw - i apologetyczna, i nieswoja, i bez wyraźności.


Beka mi się krótki pobyt w Gdyni, na żaglowcu „Dar Pomorza”, raz na zawsze przygwożdżonym do nadbrzeża, z wolna murszejącym. Tylko zapach dziegciu do składowanych olinowań przypomina tu o istnieniu życia, nie mówiąc o morzu, a czerwononosy kapitan wciąga do swej kajuty na sznaps (nikt go nigdy, mówi mi gospodarz wieczoru, nie widział trzeźwym) serwowany przez czerwonogębych emerytów z załogi. Tak więc na trupie żaglowca odbyła się nieco trupia celebracja czegoś, co nazywa się rokiem Conrada, na cześć pamięci Józefa Korzeniowskiego, drugie imię Teodor. Że sobie na nazwisko obrał imię trzecie, Konrad, świadczy, że - jak napisał do wieloletniego przyjaciela, literackiego odkrywcy i admiratora, Garretta - „czuł się” Polakiem, co bynajmniej mu życia, kariery i angielskojęzycznego pisarstwa nie ułatwiło. Nie, nie był polskim pisarzem, a tylko układał w głowie polskie zdania, by wyszukać odpowiednie słowa anglosaskie w dykcjonarzach, zresztą te słowa do końca życia wymawiał na chybił trafił, z akcentem, i zazwyczaj na chybił. Nie o tym. Conrad, jego dwadzieścia lat w marynarce, gdzie stopień pierwszy, majtka, należało sobie kupić (trzeba zważyć, że w brytyjskim klasowym społeczeństwie pływanie po morzu przypada w udziale najbiedniejszym, najpodlejszym i najbardziej zrozpaczonym wyrzutkom) opisałem, jak mogłem i rozumiałem, już parę razy, parafrazując nawet Tajfun i Zwycięstwo, dwa jego tytuły najbardziej żwawe i zwarte (w książce W niebie miecz mój jest pijany, co jest cytatem z Biblii). Rok jest Conradowski, ja jako specjalista, „Dar Pomorza”, obchód w pełni prowincjonalny. Sympozjum na „Darze” ze sprowadzonym z Warszawy telewizyjnym młodym wygą (nie, nie od Conrada, tylko od przeprowadzania wywiadów z kimkolwiek o czymkolwiek, najchętniej o dupie Maryni) oraz z organizatorem, byłym aktorem bez znacznych sukcesów, ostatnio szefem agencji do sprowadzania prominentnych gości przed trójmiejską publiczność i mówienia z nimi o nich. Wykonuje to (gospodarz) sumiennie i ze staranną dykcją, pomimo drutów założonych - jakże późno - na zęby w celu ich wyprostowania. Pomimo uklepanek i skonwencjonalizowanej erudycji (Tischner, Stasiuk, Zanussi) jest w nim rys skrytego niedowładu, prawie sietniactwa, które wykwitło w jego niewielkim synku. Miła żona, pomocnica i oboistka z orkiestry. Poznali się, gdy on klezmerował na scenie, a ona w fosie dla instrumentalistów. Oboje wypucowani, akuratni, higieniczni. Rzetelni. Zaprzyjaźnieni, choć mnie nieswojsko z nikim i niczym się zaprzyjaźnić. Niemniej jednak cień przykrości, że może kiedyś to przeczytają.


Więc Conrad. Aktor Kondrat i aktorka Pieczyńska czytają na opuszczonej przez dyskutantów scenie fragmenty Frei z siedmiu wysp. Na dwa głosy, rozpisane fachowo i higienicznie przez organizatora. Który fachowo słucha. I wychwytuje nieważką nieważność Pieczyńskiej, której się słucha, nie słuchając, i pewien ciężar gatunkowy, obycie czy zalążek charyzmy, Kondrata. Alkoholiczny i doświadczony? Oboje namaszczają i smęcą, i są konwencjonalni, i o to chodzi. Dyskusja poprzedzająca była o tym, czy Conrada można sfilmować. Można, znaczy, ale nie należy. Bo po co, skoro pan Józef nie należał do żadnego Kościoła, a wierzył tylko w jasność cywilizacji naprzeciw barbarzyństwu, terroryzmowi i słabości charakterów. Najsmutniejszy był z deifikacji kolegów zatajemniczających swe skomplikowane jestestwa, niepoważnych w traktowaniu obojętnego okrucieństwa przyrody, najczęściej dżungli czy morza, jako piękna jedynego. Piękno jest niebezpieczne, trzeba wykazywać charakter. W przyrodzie panuje noc, dniem się trzeba ratować. Kurtz uległ nocy w jądrze czarnego Konga, dokonał rzeczy strasznych i umarł, wykrzykując: „Horror, horror!”. Żona Conrada, Jessie, ważyła pod koniec dwieście kilo i czterech marynarzy trzeba było, by ją znieść na brzeg. Nie będę się powtarzał, choć chciałbym. Słuchając aktorów celebrujących każdą sekundę swego bycia na scenie pod reflektorami (jakże dbali o ich skierowanie na swe twarze), wraca do mnie to, co czułem, ile razy się za Conrada brałem: martwica na dnie jego prozy, jakaś gnuśność czy nuda, żmuda ciężka, bezgustowna a statyczna, jakaś niemożność wyrażania innego niż za powolne, za detaliczne, wzniosłe, pompatyczne: postacie mówią i mówią, patrzą i patrzą, i pożądają, a nie daj Boże, gdy jakaś z postaci jest kobietą! Nie, kino tu ni priczom, bo trzeźwość kina domaga się żywości, choćby powolnej. Poza tym głupota kina źle znosi ambiwalentną inteligencję, a Conrad był inteligentny i za nieokreśleniem, które jest prawdą, a przeciw określeniu, czyli podłości, nihilizmowi, pieniądzu, Rosji, rasizmowi, tchórzostwu i seksowi, które są kinematografem naszego życia (właśnie).

15 XII 2007

Byli młodzi. To miało być pierwsze zdanie. Zanotowane. W zeszyciku. Tuż przedtem miałem zapisane: „To. To co. To, co. Co”. Michelet (Jules), francuski historyk, równolatek Mickiewicza (urodzony 1798): „masoneria z templariuszy?”. Templariusze = pustynnicy. Jünger, 7 VI 1942, podaje, jak to po straceniu nie tak dawno temu sinobrodego Landru, który pod Paryżem zabił siedemnaście kobiet, dom jego zbrodni odkupił restaurator, założył w nim knajpę i dał jej nazwanie „U świerszcza za kominem”… Notabene, Landru wpadł, gdy pewien kolejarz zauważył, że dla współpasażerki kupuje zawsze bilet w jedną stronę. Jünger notuje też, że za gwiazdę Dawida, przymusowo naszywaną na ubiór, francuscy Żydzi musieli oddawać jeden kupon ze swych kartek odzieżowych. Widząc po raz pierwszy takie gwiazdy - na trzech młodych dziewczynach w Paryżu - Jünger „poczuł się skrępowany, że jest w mundurze”.14VI Niemcy aresztują studentów, którzy przypięli sobie żółtą gwiazdę z napisem: „idealista”. A Jünger czyta Martyrologię Kościoła w Japonii. Autorem jest proboszcz Profillet. Jünger, 7 VII 1942: „Lektura: Dziennik (Mon Journal) Léona Bloy, czytany w oprawie z ciężkiej fioletowej skóry, której dotyk jest rozkoszą”.

Ach, wytłumaczyć się. Tak jak mojego Ojca, urodzonego 1913, na rok przed Pierwszą, zajmowała ta dziecięca jego wojna, czego długo nie mogłem zrozumieć, tak mnie zajmuje ta Druga, rok po wybuchu której się urodziłem. Jakbym się chciał nadowiadywać, co to było, z czegom się urodził i co zassał. Dlatego zrobiłem Trzecią część nocy, film o wszach zakażonych tyfusem i o ich karmicielach w Instytucie Weigla we Lwowie, czyli o moim Ojcu czytającym w ów czas morowy Balzaka i Prousta. Żył cudem w tyfusowym zakażeniu krwi, stałych gorączkach, pohańbieniu i egzaltacji swej męskości, talentu, konspiry, AK, mojej młodej, a starszej od niego matki, jego synka i córeczki, której się na to wszystko - głód, zimno, wojnę - zmarło.

Templariusze szukali w Palestynie Graala, kielicha z Ostatniej Wieczerzy, w który Józef z Arymatei zebrał krew Chrystusa na krzyżu. Mój synek Wincenty, wracający w Paryżu z przedszkolnej klasy do domu, pytał, co to takiego ten Chivas, którego inwokuje co rusz egzaltowana amerykańska nauczycielka. Pomyśleć, że dyrektorka mnie zapewniała, iż mając pupilów z sześćdziesięciu krajów i pięciu głównych religii, nie przeprowadza, mimo że sama jest zakonnicą, indoktrynacji chrześcijańskiej. Była w cywilu, z malutkim krzyżykiem w klapie, a ja pominąłem wzrokiem dwumetrową figurę Matki Boskiej Gipsowej stojącą w sieni.

Pamiętam też przestrach i wstręt mojego najstarszego, Xawerego, gdy zobaczył po raz pierwszy skatowanego realistycznie Chivasa. Zadał szereg pytań, że kto, co i dlaczego, i jak można czcić coś takiego; o trupy, rzeźnie i tortury pytał mniej niż o to, jak można z tego czynić religię i co to religia? Musiałem mu tłumaczyć, że niektórzy mają parszywą wyobraźnię i potrzebują makabrycznych guseł, horror-filmy są tym samym. Zobaczył, ale ponadto - trzydzieści lat później - zrobił film swój własny, czego się nijak nie spodziewałem, bo wychowany był przez swą niepełną matkę na buddystę, czyli nieambicjonalnego religianta zarabiającego promiennie na wyzwolenie przez śmierć, a kino z cnotliwością nie ma nic wspólnego, tylko przeciwnie, choć ze śmiercią już owszem i jak najbardziej. Przyszło mi to na myśl, bo wczoraj przyjechał (Xawery) do mnie z problemami adaptacji na film książki Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod biało-czerwoną flagą. Dobrze. Książki Masłowskiej nie znałem, więc ją czytam. Z niemałą, a raczej sporą przyjemnością i podziwem, i z wybuchami szczerego śmiechu, bo śmieszna jest, jak śmieszne były najczarniejsze, najbardziej bluzgające powieści Louis-Ferdinanda Céline, których nikt nigdy nie sfilmował, mimo tylu podejść i zakusów, bo to się nie da. Nawet mnie wdowa po Célinie proponowała zaadaptowanie Podróży do krańców nocy uważanej za celinowskie arcydzieło, choć ja wyżej ceniłem jego dzienniki czy też pamiętniki spisane w cyklu Od zamku do zamku, Północ i Rigodon. Uważałem je za najlepsze, bo nieoparte ani na egzystencjalnych drobnych fikcjach zohydzonego żywota, na (jak to będzie później) sartre’owskich brudach i odruchach wymiotnych, ani na millerowskich (Henry, prawie równocześnie) seksualiach bohemicznej drobnicy, ale na tym, że Céline był przybocznym lekarzem marszałka Pétaina, kata z pierwszej i wodza faszystowskiej Francji z drugiej wojny światowej (sam Ludwik-Ferdynand nawoływał w głośnych przed wojną pamfletach do mordowania Izraelitów dosłownie i w rzeczywistości, a dąsy na podobne okropieństwa określał z wściekłą pianą jako „bagatele co do masakry”). Był też słowotwórcą i stylistą niezrównanym, jedynym nienawistnikiem francuskiej wywalcowanej grafomanii, gejzerem i erupcją, i lawiną językowych epitetów, śmieszności, trafności opisowych i grotesk, nadrealistą i pluskwą babrającą się w smrodliwych ciałkach, szparach, absurdalnościach i w nędzy intryg. Był genialny. Więc ten trójksiąg jest o wywiezieniu przez Niemców senilnego marszałka Pétaina i jego świty do Niemiec, gdy alianci opanowują Francję, i o dalszych ucieczkach Céline’a stamtąd, z zamku Sigmaringen, z żoną, psem i kumplem aktorem. Wszystko aż do momentu, gdy schizofrenicznie produkującego się lekarzo-pisarza nie przymkną w więzieniu w Danii. Po latach wypuszczono go pod Paryż (pomimo wyroku zasądzającego karę śmierci), gdzie zezwolono mu na wegetację i powrót do uprawiania obu swych zawodów: zarabiającego nędzny grosz konowała dla ubogich i pisarza plującego na wszystkich, co teraz zarabiali grosz większy, zwłaszcza w literaturze. I tak opluwa wydawcę, Gallimarda, u którego zaczyna znów swe książki wydawać, jak wydawał przed wojną i podczas, pastwi się nad młodszym o dwadzieścia lat Albertem Camusem (Nobel w 1957 roku, roku wydania Od zamku do zamku), którego nazywa trafnie Loukoum, czyli rachatłukumem, czymś przesłodzonym do mdłości, nie wspomnę już o opluwaniu André Malraux, autora-kombatanta-ministra stale po drugiej stronie (choć za młodu ancymona i łupieżcy skarbów świątynnych z Angkor Vat, Kambodża). Za co? Wszyscy trzej, Malraux, Camus i Céline byli mistrzami w autopromowaniu siebie, tyle że - blaga - tamci dwaj w moralności i cnocie etyczno-humanistycznej (Człowiek zbuntowany itp.), cnotliwym wojowaniu i umiarkowanej goryczy zwanej republikanizmem condradowsko-romantycznym (Chiny, Hiszpania, ruch oporu), a Céline promował siebie jadem nieczystej, rozdeptanej, wdeptanej w nędzę i sromotę, i zapoznanie faszystowskiej żmii. I tak Céline obrzygiwał siebie, cały świat i konkurencję, intelektualistów, Żydów, pedałów, patriotów, Amerykanów, polityków i salonowców, puszczając pawie takie, które były fajerwerkiem.

Doszedł w tym do tego, że zamiast całych zdań, choćby najkrótszych (In brevitate labor - trud jest w zwięzłości), pisał jedno-dwa słowa, staccato, z trzema kropkami po każdym, bez majuskuł między kropkami, tworzył makietę poszarpanej, krótko dyszącej frazy, strzępy składające się precyzyjnie, magicznie do kupy, w całość, niby-migawki, flesze cięte oczyma, słuchem, węchem, zmysłami, inteligencją, wiedzą, literaturą, przeszywającym doznaniem paniki, miłości, życia, tak, życia. Kartki spanikowane…

1240-1244 najazd Mongołów na Ziemię Świętą. Trzecia krucjata, klęska, angielski król Ryszard Lwie Serce zwiewa przebrany za templariusza. Katastrofa czwartej krucjaty z francuskim świętym (?) Ludwikiem na czele. Rok 1291 - kres Królestwa Jerozolimskiego. W tymże roku templariusze, ogromnie na owych krucjatach wzbogaceni (ekwipunek, transport, uzbrojenie, jadło), uzyskujący, a wnet skupujący ziemie i posiadłości, wymyślają czek, papierowy pieniądz gwarantujący solidność banku, którym jakoś tak, mimochodem, się stali.


Premiera: 24 lutego

Wkrótce na www.krytykapolityczna.pl: rozmowa Cezarego Michalskiego z Andrzejem Żuławskim


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 25.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89968 Seconds