|
Krzysztof Tomasik
|
|
22.02.2009 |
Jeszcze na początku miesiąca zapowiadano, że 20 lutego na ekrany kin wejdzie film pod wszystko mówiącym tytułem „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Ale nie wszedł, będzie za tydzień. Szkoda? Chyba niewielka, sądzę, że jesteśmy w stanie bardzo dokładnie wyobrazić sobie, jak to dzieło będzie wyglądać i zapewne pomylimy się niewiele albo wcale. Potwierdza to zresztą świetna recenzja Bartosza Żurawieckiego z lutowego „Filmu” i towarzysząca jej ocena – najniższa z możliwych.
Jako wielbiciela kuriozalnych sytuacji coś mnie jednak w „Popiełuszce” zainteresowało. Kilka niewielkich ról, właściwie epizodów. Do wykonania wyjątkowo trudne zadanie – zagrać realne osoby, szczególnie bliskie dla odtwarzających je wykonawców, znane im bardzo dobrze, w wersji sprzed 25 lat. Zagrać samych siebie! Nie chodziło o kpinę z własnego wizerunku, żadną ironię, na poważnie trzeba było wcielić się w postacie historyczne, które stały u boku „kapelana Solidarności”. Cóż za pożywka dla własnego narcyzmu! Udało się na to namówić kilkoro aktorów: Kazimierza Kaczora, Halinę Łabonarską, Maję Komorowską. A przy okazji odkryto nowy talent – siebie sprzed lat zagrał też Józef Glemp. W kilku scenach ówczesny prymas ostro napomina głównego bohatera, by powściągnął swoje kazania, grozi nawet przeniesieniem na prowincję. Ta postać to już niemal czarny charakter, a jak wiadomo takie są najciekawsze do grania. Doprawdy trudno się było oprzeć pokusie. Zresztą trzeba ćwiczyć, zapotrzebowanie na tło historyczne jeszcze się zwiększy, w końcu Wajda zapowiedział film o Wałęsie. Zdobyte doświadczenie będzie, jak znalazł.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 22.02.2009 )
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...