|
W życiu zbiorowości pamięć zaczyna się zwykle tam, gdzie kończy się żałoba. Kiedy obrazy i wspomnienia tego, co utracone, przestają towarzyszyć społecznej codzienności. Ustępują miejsca opowieści o tym, co było – zastygłej. To, co utracone, nie nawiedza już zbiorowości, lecz musi być uroczyście przywoływane. Wielogłos przejawów upamiętniania – zarówno spontanicznych, oddolnych, jak i inscenizowanych przez aktorów politycznych – zostaje przesłonięty skodyfikowaną, urzędową formułą zbiorowej pamięci. Mimo że pamięć oficjalna nie panuje nigdy niepodzielnie, gdyż narażona jest na kontestację ze strony tych, których wizja przeszłości się w niej nie mieści, to ją słychać najgłośniej. Przypomina o sobie za pośrednictwem pomników, muzeów, programów szkolnych, rytuałów publicznych, rocznicowych obchodów.
Pamięć zapomnienia
Modelowym przypadkiem budowania oficjalnej pamięci jest pamięć o rewolucji francuskiej stworzona w epoce III Republiki. Służyła ona hegemonii obozu republikanów. Z jednej strony odsuwała na margines jego przeciwników – zarówno monarchistów, jak i radykałów, spod znaku Komuny Paryskiej. Z drugiej – zacierała różnice wewnątrz obozu republikańskiego. Na pierwszy plan wysuwały się w niej ogólne, jednoczące symbole (np. Marianna, trójkolorowa flaga, dewiza republikańska), pamięć zaś o tym, co mogłoby dzielić (np. o bohaterach rewolucji, takich jak Lafayette, Danton czy Robespierre), była wyciszana.
W oficjalnej pamięci najważniejsze jest nie to, o czym każe się pamiętać, lecz właśnie to, o czym pozwala zapomnieć. To tłumaczy, dlaczego jej ustalanie nie może przebiegać bezboleśnie. W podzielonym społeczeństwie (a wszystkie nowoczesne społeczeństwa integrują się przez podział) istnieje wiele stronnictw, a każde stronnictwo chce zapomnieć o czym innym. Oficjalna pamięć jest więc pewnym kompromisem, który odzwierciedla aktualną równowagę sił. I podobnie, jak nie jest nigdy z góry dana, tak też nie jest dana (nam) raz na zawsze.
Czy w Polsce powstanie oficjalna pamięć o katastrofie w Smoleńsku? Czy może powstać już teraz? I czy jest w ogóle potrzebna? Nie wszystko, co się przydarza w dziejach wspólnoty politycznej, zostaje przecież upamiętnione. Niektóre wydarzenia okazują się w końcu nie tak ważne, inne zaś ważne, ale zbyt dzielące, by o nich przypominać. Może okazać się, że sama katastrofa smoleńska nie będzie szczególnie pamiętana, ale wpłynie na kształt pamięci o innych wydarzeniach (np. Katyniu i Powstaniu Warszawskim), na nasz stosunek do trudnych tematów w przeszłości polsko-rosyjskiej czy na ocenę polityki historycznej Lecha Kaczyńskiego. A może pamięć po Smoleńsku utrwali się w postaci, którą widzimy teraz – wielorakiej i rozproszonej?
Cały tekst w „Tygodniku Powszechnym” (nr 35, 29 sierpnia 2010).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...