|
Globalny kryzys finansowy nadchodzi niemal dokładnie
w dwudziestą rocznicę wygłoszenia przez Francisa Fukuyamę słynnej tezy
o „końcu historii”. Najpierw zachwycił się nią cały świat, a Fukuyama
stał się autorem globalnego bestsellera. Później jednak proroctwo
amerykańskiego autora stało się modą intelektualną i musiało podzielić
los każdej mody. I tak teza o „końcu historii” szybko stała się
przedmiotem drwin i symbolem popintelektualizmu. Dziś należy jednak
przyznać, że Fukuyama miał rację. Historia naprawdę się skończyła. Nie
sposób było do niedawna poważnie dyskutować o alternatywie dla kilku
trendów, które zdominowały ostatnie dekady. Przede wszystkim o
politycznym zwrocie w stronę centrum i gospodarczym zwrocie w stronę
wolnego rynku.
Choć pierwszy z wymienionych trendów bardzo
szybko okazał się szkodliwy dla demokracji, do dziś wielu właśnie z nim
utożsamia „cywilizowaną politykę”. Zwrot w stronę centrum (w Wielkiej
Brytanii nazwano go „trzecią drogą” Partii Pracy, w Niemczech „nowym
środkiem” SPD) doprowadził niemal wszędzie do zaniku politycznej
różnicy i zablokowania demokratycznego mechanizmu reprezentacji
sprzecznych interesów społecznych. Efektem był wzrost nastrojów
populistycznych wyrażający frustrację wyborców pozbawionych prawdziwego
politycznego wyboru. Nad frustracją udało się zapanować dopiero za
pomocą postpolityki. To ona, oparta na instrumentach współczesnej
socjotechniki i badań marketingowych, rozładowuje dziś niemal na całym
świecie polityczne emocje obywateli za pomocą mediów masowych, w
których polityka i publicystyka stały się po prostu częścią
show-biznesu. Bezrefleksyjne uleganie prawom rynku nazywa się
niezależnym dziennikarstwem. Polityka zmieniła się w jeszcze jeden
telewizyjny format.
„Chicago Boys” kolonizują świat
Być może coś tu naprawdę zmieni dopiero załamanie się drugiego z wymienionych na początku trendów. Kryzys finansowy
demaskuje dziś iluzje neoliberalnej globalizacji, która w zamian za
uwolnienie rynków od demokratycznej kontroli obiecywała powszechny
dobrobyt. Dopóki negatywne konsekwencje nie wróciły jak bumerang i nie
uderzyły w same Stany Zjednoczone,
daremne były antyneoliberalne krucjaty takich lewicowych
intelektualistów jak Joseph Stiglitz czy Naomi Klein. Stiglitz w
kolejnych książkach podsumowujących lata 90. w gospodarce światowej
opisywał, jak wymuszane przez MFW i Bank Światowy na krajach
rozwijających się neoliberalne recepty nie dość, że działały
przeciwskutecznie i prowadziły do kolejnych kryzysów finansowych, to
nigdy nie zostały zastosowane Stanach Zjednoczonych. Klein w swojej
„czarnej księdze neoliberalizmu”, czyli „Doktrynie szoku”, uzupełniła
te analizy o wstrząsające opisy manipulacji, jakich uczniowie
ekonomisty Miltona Friedmana (tzw. Chicago Boys) przy wsparciu
administracji amerykańskiej dokonywali w gospodarkach niemal na każdej
szerokości geograficznej.
Jeśli Stiglitz dowodził, że
prywatyzacja, deregulacja i cięcia socjalne narzucane kolejnym
gospodarkom jako recepty na osiągnięcie dobrobytu były
nieporozumieniem, to Klein wyjaśniała to nieporozumienie, pokazując
konkretnie, kto, kiedy i jak na tym zarobił. Sojusz między
neoliberalnymi ekonomistami i politykami a korporacjami, które ich
finansują bezpośrednio lub za pośrednictwem całej sieci prawicowych
think-tanków, potrafił skutecznie wykorzystywać wszelkiego rodzaju
katastrofy i załamania (od krachów gospodarek komunistycznych przez
kryzys na Bliskim Wchodzie, huragan „Katrina” i tsunami w Azji aż po
wojnę w Iraku) do otwierania zdezorganizowanych gospodarek na
zagraniczny kapitał, który następnie przejmował kontrolę nad
najcenniejszymi obszarami wschodzących rynków. Przyszła jednak kryska
na Matyska i neoliberałowie zamiast fundować kryzys kolejnemu
społeczeństwu Azji albo Ameryki Południowej zrobili krzywdę sami sobie.
Ideologiczne opium, które rozprowadzali na całym świecie, zaczęli w
końcu sprzedawać u siebie. Deregulacyjne decyzje Greenspana i Busha
doprowadziły do powstania baniek spekulacyjnych w USA i w efekcie do kryzysu.
Daremna wiara w cykle
Trudno w to uwierzyć, ale w XX wieku pojęcie kryzysu znikło ze słownika
ekonomicznego. Wcześniej wysiłki teoretyczne najwybitniejszych
ekonomistów od Malthusa do Marksa koncentrowały się właśnie na
kryzysach gospodarki kapitalistycznej. W XIX wieku obok cyklicznych
kryzysów pojawiały się także wielkie załamania obejmujące wszystkie
gospodarki przemysłowe (po raz pierwszy w 1857 roku, a następnie w
1873).
Pewien wybitny logik i ekonomista Stanley Jevons
przekonany o tym, że ekonomia jest nauką ścisłą, winą za kryzysy
obarczył plamy na Słońcu. Wyliczył, że cykle koniunkturalne w latach
1721-1878 trwały przeciętnie od szczytu do szczytu 10,46 roku. Połączył
to z odkryciem dokonanym w 1801 roku, że plamy na Słońcu pojawiają się
z okresowością 10,45 roku. To nie mógł być przypadek! Plamy na Słońcu
wywołują zmiany atmosferyczne, a to prowadzi do cyklicznych obfitych
opadów deszczu, co ma wpływ na urodzaj i przez to na cykle w handlu -
rozumował Jevons. Niestety, dokładniejsze obliczenia wykazały, że plamy
na Słońcu pojawiają się co 11 lat, pozostawiono je więc astronomom, a z
wyjaśnieniami zjawisk gospodarczych powrócono na Ziemię.
Tymczasem do kryzysów przyzwyczajono się zarówno w sensie teoretycznym
- rezygnując z osobnej szczegółowej teorii kryzysów, a także
praktycznie - uwzględniając prawdopodobieństwo kryzysu w kalkulacjach
biznesowych. Regularnie pojawiającym się i znikającym recesjom zaczęto
przypisywać funkcję „oczyszczającą”. W pierwszych dekadach XX wieku
wydawało się, że kryzysy z masowymi bankructwami i powszechną paniką
skończyły się ostatecznie. Dopóki po każdym kryzysie samoczynnie
następowało ożywienie, dopóty zrozumiałe było, że nie sposób traktować
kryzysu jako czegoś obcego gospodarce, wartego wyodrębnienia i zbadania
poza teorią cykli koniunkturalnych. I nawet rozpoczęty czarnym
czwartkiem 24 października 1929 roku Wielki Kryzys początkowo nie
przypominał znanych z przeszłości katastrof. Sytuacja do złudzenia
przypominała dzisiejszą. Spadek ożywienia gospodarczego pojawił się już
wcześniej, przede wszystkim w samych Stanach Zjednoczonych. Co więcej,
na giełdzie nowojorskiej po krachu notowań pojawiały się jeszcze zwyżki
kursów. W ostatnim kwartale 1929 roku i w pierwszej połowie 1930 roku
nie było masowych bankructw firm. Ale spadek koniunktury postępował
nadal. W wyniku utrudnień kredytowych i upadku banków kryzys rozlał się
na Europę i zaczęła się prawdziwa katastrofa.
Początek
tamtego kryzysu wielu powitało z zadowoleniem, licząc na jego
higieniczne skutki. Jak wiemy, tym razem gospodarka wcale nie chciała
samoczynnie powrócić do równowagi. Gdy załamała się struktura kredytów
w Europie, gdy upadł światowy ład walutowy oparty na systemie
złoto-walutowym, gdy pojawiła się nieznana dotąd liczba bezrobotnych,
ekonomiści zaczęli orientować się, że mają do czynienia z nowym
zjawiskiem, które z pewnością nie spełnia dla gospodarki żadnych
pozytywnych funkcji.
Przewrót keynesowski
Niemal natychmiast świat ekonomiczny porzucił dotychczasowy paradygmat
cykli i konieczności kryzysów. Stało się tak, gdy John Maynard Keynes
udowodnił możliwość osiągnięcia przez gospodarkę „równowagi” w stanie
niespowodowanego rozmyślnie niepełnego zatrudnienia. To był koniec
wiary w samoregulacyjne zdolności gospodarki.
Keynes wystąpił
nie tylko przeciwko ekonomicznym oczywistościom epoki, ale wręcz
przeciwko samemu duchowi kapitalizmu opisanemu ledwie trzy dekady
wcześniej przez Maksa Webera. Duch ten - jak wiemy - opierał się na
„tworzeniu kapitału wskutek ascetycznego przymusu oszczędzania”. Ci,
którzy oszczędzali w wyniku rozwoju XIX-wiecznej gospodarki, przestali
już być tożsami z inwestorami. Od połowy XIX wieku mamy do czynienia z
grupą wielkich przedsiębiorców, którzy korzystają już nie z własnego
kapitału, ale poszukują go u całej masy drobnych ciułaczy. Pożyczają
oszczędności na rynku finansowym. Ceną jest oczywiście stopa
oprocentowania. Wydawało się oczywiste, że w trakcie recesji - gdy
powstaje zbyt dużo oszczędności - ich cena powinna spadać, co powinno
zachęcać do inwestowania i przywrócić dobrą koniunkturę w gospodarce. I
gdyby tak rzeczywiście było, do końca świata nikt nie czepiałby się
zwolenników teorii wolnego rynku, który miał sam najlepiej wiedzieć,
jak wrócić do równowagi. Niestety, w trakcie Wielkiego Kryzysu stopa
procentowa obniżyła się i… nic się działo.
Co zrobił
Keynes? W 1935 roku przerwał pisanie swojego opus magnum i pod wpływem
sugestii George’a Bernarda Shawa postanowił przeczytać jeszcze raz
Marksa i Engelsa. Odpowiadając w liście Shawowi: „Aby zrozumieć mój
stan umysłu, musi pan wiedzieć, że piszę książkę z teorii ekonomii,
która, moim zdaniem, zrewolucjonizuje - nie od razu, jak sądzę, lecz w
ciągu następnego dziesięciolecia - sposób, w jaki świat myśli o
problemach ekonomii (…). Nie spodziewam się, by pan lub ktokolwiek
inny obecnie w to uwierzył. Jeśli jednak idzie o mnie, nie tylko mam
taką nadzieję - jestem tego zupełnie pewny”. „Ogólna teoria
zatrudnienia, procentu i pieniądza” wbrew tytułowi zawiera gąszcz
szczegółowych rozważań, które nie tylko skalą teoretycznego przełomu,
ale i poetyką odpowiadają filozoficznym dziełom Kanta.
Samo
odkrycie kontrastowało ze skomplikowaną strukturą książki - było
najprostsze z możliwych: w fazie ostrego kryzysu… nie ma
oszczędności. Ludzie nie oszczędzają, bo nie zarabiają. Nie można
przecież zakładać, że gdy wszystkim źle się powodzi, w gospodarce jest
tyle samo oszczędności, ile wcześniej. Skutkiem kryzysu nie jest
nadmiar oszczędności, ale ich niedobór. A jeśli tak, to nie ma wcale
nacisku na spadek stopy procentowej i brakuje zachęty do inwestowania.
Znikają bodźce do rozwoju, maszyny stoją, ludzie nie pracują. Keynes
dowiódł, że gospodarka nie zachowuje się wcale jak huśtawka, ale raczej
jak dźwig. Może być w górze lub w dole, ale może stać też w miejscu. To
samo wyjaśnić można z innej strony.
Jeśli pojawia się
bezrobocie, zazwyczaj powoduje ono spadek płac. Wcale nie jest jednak
pewne, czy będzie to rzeczywisty spadek płac, bowiem w tym samym czasie
recesja prowadzi do spadku cen. Płace realne (po uwzględnieniu
inflacji) mogą wzrosnąć, jeśli ceny będą obniżać się szybciej. W czasie
dobrej koniunktury ceny będą rosnąć szybciej niż płace, a to będzie
ułatwiało zatrudnienie. Natomiast w trakcie recesji płace realne będą
rosnąć. Tak właśnie stało się w Ameryce w latach 30.
Kopernikański przewrót Keynesa polegał na wykazaniu, że to nie płaca
determinuje zatrudnienie, ale odwrotnie: zatrudnienie określa płacę
realną. O zatrudnieniu (i o koniunkturze gospodarczej) decydują rynki
zbytu przedsiębiorstw. A te nie zależą wyłącznie od ich zdolności
produkcyjnych. Keynes zanegował stare „prawo rynków” Saya mówiące, że
podaż sama stwarza popyt. „Zanim” przedsiębiorca obniży ceny swoich
produktów, szukając na nie odpowiedniego popytu, „najpierw” zwolni
pracowników i tym samym ograniczy możliwy popyt na towary w gospodarce.
Nie osiągnie stanu obiecywanego przez ekonomię klasyczną, bo
niezależnie od skali obniżki cen nie znajdzie takiego rynku zbytu, jaki
zapewnia pełne zatrudnienie - bezrobotni nie dysponują żadną siłą
nabywczą.
Polityka wygrywa z gospodarką
Keynes dowiódł, że w mechanizmie rynkowym nie ma żadnego bezpiecznika,
który gwarantowałby samodzielny powrót do równowagi. Żeby pobudzić
inwestycje przedsiębiorstw - kluczowe do nakręcenia na powrót
koniunktury - interweniować musi państwo (poprzez wydatki publiczne).
Diagnoza, która zapowiadała się bardzo pesymistycznie (dowiedziono
przecież, że „równowaga” w gospodarce z masowym bezrobociem jest tak
samo naturalna dla życia gospodarczego jak równowaga z optymalnym
wykorzystaniem sił i środków, o której mówili klasycy), w gruncie
rzeczy nastrajała do optymizmu. Skoro wiadomo już, jak radzić sobie z
recesją - Roosevelt i jego New Deal były praktyczną ilustracją
Keynesowskich idei - możemy liczyć na trwałe ustabilizowanie
koniunktury. I rzeczywiście, przez następne trzy dekady gospodarka
kapitalistyczna rozwijała się świetnie i bez recesji. Do tego stopnia,
że na przykład w 1967 roku w Niemczech Zachodnich uchwalono ustawę
wprost wpisującą do listy obowiązków rządu zapewnienie „stałego
wzrostu”.
Warto przypomnieć te kilka podręcznikowych ustaleń
Keynesa nie dlatego, żeby postulować prosty powrót do praktyki
Keynesowskiej - ewolucja życia gospodarczego, pojawienie się w latach
70. zjawiska stagflacji, czyli jednoczesnego wysokiego bezrobocia i
inflacji, znacznie utrudniły pobudzanie koniunktury Keynesowskimi
metodami. Chodzi bardziej o to, by uświadomić sobie, że podstawowy
argument Keynesa kwestionujący naturalną równowagę rynku nie stracił na
aktualności. Przekonujemy się o tym dziś na własnej skórze. Rynek
pozostawiony sam sobie jest jak przyroda, która ciszą uprzedza huragan.
Wraz z Keynesem kończy się filozofia gospodarcza i pozostaje jedynie
gospodarcza polityka. Przemiany instytucjonalne XX wieku, a także
odkrycie i zastosowanie „Ogólnej teorii…” prowadzą do ostatecznego
zwycięstwa polityki nad gospodarką. Nie jest to oczywiście jednoznaczne
z utrwaleniem kontroli państwa. Życie gospodarcze można oddać wolnej
grze sił rynkowych, ale zawsze będzie to decyzja państwa i polityków.
Państwo może w wyniku decyzji politycznej określać skalę interwencji
albo niemal zupełnie abdykować ze swoich kontrolnych funkcji. Tak
właśnie stało się w przypadku rynków finansowych.
Zysk przede wszystkim
Skoro rozpoczęło się już nerwowe wertowanie zapomnianych ksiąg
wybitnych ekonomistów sprzed dobiegającej końca epoki Miltona
Friedmana, warto przypomnieć sobie o wcześniejszym wykładowcy
uniwersytetu w Chicago Thorstenie Veblenie. Znamy go głównie ze słynnej
- włączonej raczej do kanonu socjologii niż ekonomii - pracy „Teoria
klasy próżniaczej”. Tymczasem zadziwiającej aktualności nabiera inne
jego głośne onegdaj dzieło: „The Theory of Business Enterprise”
[„Teoria przedsiębiorstwa”]. Jeszcze bardziej niż później Keynes Veblen
występował przeciw absolutnym oczywistościom epoki. Wychodząc od
założenia, że podstawą współczesnej gospodarki jest postęp
technologiczny i coraz bardziej skomplikowana praca maszyn, zadał
pytanie o rolę przedsiębiorcy. Przed inżynierami i maszynami stoi jeden
jasny i chwalebny cel: wytwarzać dobra. Celem przedsiębiorcy zaś jest
zysk. Jak jedno ma się do drugiego?
W idealnym modelu, jeśli
najważniejsza wydaje nam się z oczywistych powodów produkcja dóbr, to
właściwie nie powinno być miejsca dla przedsiębiorców. Veblen nie
owijał w bawełnę: przedsiębiorca osiąga swoje cele nie we współpracy z
systemem produkcji, ale… spiskując przeciwko niemu! W jego interesie
są przecież zakłócenia w harmonijnej produkcji, po to aby wartości
uległy wahaniom i można było wykorzystać ten proces do spekulacji. Całą
architekturę kredytów, pożyczek i pozornej kapitalizacji przedsiębiorca
opiera na mechanicznej niezawodności systemu produkcji. Na dole trwa
harmonia produkcji, u góry zaś huśtawka finansowa. Przedsiębiorca
zarabia na nieświadomym lub zamierzonym zakłócaniu ładu produkcyjnego.
Przekonanie, że przedsiębiorcy z definicji są sabotażystami gospodarki,
brzmi jak absurd. Ale zapytajmy, kogo z finansistów interesuje naprawdę
realna podstawa ich akcji, obligacji i kredytów.
Dziś
intuicje Veblena są bardziej aktualne niż kiedykolwiek, bo stosunek
zysków pochodzących ze spekulacji do zysków z realnego wytwarzania dóbr
jest przerażający. W przeciętnej firmie finansowej stosuje się dźwignię
finansową o konstrukcji 30:1, czyli 30 jednostek kredytu na jedną
kapitału. Rynek derywatów w 2002 roku wart był 100 bln dolarów, zaś
przed kryzysem już 600 bln dolarów. Ile to jest? 10 lat PKB całego
świata, 40 lat PKB USA albo 1200 lat PKB takiego kraju jak Polska.
Jeśli teza o wymierzonym w gospodarkę światową spisku międzynarodowej
finansjery jest fałszywa, to tylko dlatego, że nie spisek stanął za tak
gigantycznym oszustwem, ale skomplikowane połączenie ideologicznej
propagandy, która przeniknęła aż do kształtowanej przez kulturę masową
sfery stylu życia, obejmując uniwersytety, partie polityczne,
think-tanki i biznes.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 28 lutego 2009. Jest skróconą wersją wstępu do książki „Kryzys. Przewodnik
Krytyki Politycznej” (wśród autorów m.in. Stiglitz, Sachs, Rodrik,
Bendyk, Kowalik, Żakowski), Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Premiera książki: 6 marca 2009.
DANE KSIĄŻKI
Tytuł: Kryzys. Przewodnik Krytyki Politycznej
Autorzy: opr. zbiorowe
Seria Przewodniki, t. 7
Kategoria: ekonomia, politologia
Projekt okładki: Twożywo
ISBN 978-83-61006-48-0
Format: 120 x 165mm
Liczba stronic: 440
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Miejsce i data wydania: Warszawa 2009
Cena: 29,90 zł
Premiera: marzec 2009
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...