> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Kryzys na rynku idei Drukuj
Sławomir Sierakowski   
01.03.2009

Globalny kryzys finansowy nadchodzi niemal dokładnie w dwudziestą rocznicę wygłoszenia przez Francisa Fukuyamę słynnej tezy o „końcu historii”. Najpierw zachwycił się nią cały świat, a Fukuyama stał się autorem globalnego bestsellera. Później jednak proroctwo amerykańskiego autora stało się modą intelektualną i musiało podzielić los każdej mody. I tak teza o „końcu historii” szybko stała się przedmiotem drwin i symbolem popintelektualizmu. Dziś należy jednak przyznać, że Fukuyama miał rację. Historia naprawdę się skończyła. Nie sposób było do niedawna poważnie dyskutować o alternatywie dla kilku trendów, które zdominowały ostatnie dekady. Przede wszystkim o politycznym zwrocie w stronę centrum i gospodarczym zwrocie w stronę wolnego rynku.

Choć pierwszy z wymienionych trendów bardzo szybko okazał się szkodliwy dla demokracji, do dziś wielu właśnie z nim utożsamia „cywilizowaną politykę”. Zwrot w stronę centrum (w Wielkiej Brytanii nazwano go „trzecią drogą” Partii Pracy, w Niemczech „nowym środkiem” SPD) doprowadził niemal wszędzie do zaniku politycznej różnicy i zablokowania demokratycznego mechanizmu reprezentacji sprzecznych interesów społecznych. Efektem był wzrost nastrojów populistycznych wyrażający frustrację wyborców pozbawionych prawdziwego politycznego wyboru. Nad frustracją udało się zapanować dopiero za pomocą postpolityki. To ona, oparta na instrumentach współczesnej socjotechniki i badań marketingowych, rozładowuje dziś niemal na całym świecie polityczne emocje obywateli za pomocą mediów masowych, w których polityka i publicystyka stały się po prostu częścią show-biznesu. Bezrefleksyjne uleganie prawom rynku nazywa się niezależnym dziennikarstwem. Polityka zmieniła się w jeszcze jeden telewizyjny format.

„Chicago Boys” kolonizują świat

Być może coś tu naprawdę zmieni dopiero załamanie się drugiego z wymienionych na początku trendów. Kryzys finansowy demaskuje dziś iluzje neoliberalnej globalizacji, która w zamian za uwolnienie rynków od demokratycznej kontroli obiecywała powszechny dobrobyt. Dopóki negatywne konsekwencje nie wróciły jak bumerang i nie uderzyły w same Stany Zjednoczone, daremne były antyneoliberalne krucjaty takich lewicowych intelektualistów jak Joseph Stiglitz czy Naomi Klein. Stiglitz w kolejnych książkach podsumowujących lata 90. w gospodarce światowej opisywał, jak wymuszane przez MFW i Bank Światowy na krajach rozwijających się neoliberalne recepty nie dość, że działały przeciwskutecznie i prowadziły do kolejnych kryzysów finansowych, to nigdy nie zostały zastosowane Stanach Zjednoczonych. Klein w swojej „czarnej księdze neoliberalizmu”, czyli „Doktrynie szoku”, uzupełniła te analizy o wstrząsające opisy manipulacji, jakich uczniowie ekonomisty Miltona Friedmana (tzw. Chicago Boys) przy wsparciu administracji amerykańskiej dokonywali w gospodarkach niemal na każdej szerokości geograficznej.

Jeśli Stiglitz dowodził, że prywatyzacja, deregulacja i cięcia socjalne narzucane kolejnym gospodarkom jako recepty na osiągnięcie dobrobytu były nieporozumieniem, to Klein wyjaśniała to nieporozumienie, pokazując konkretnie, kto, kiedy i jak na tym zarobił. Sojusz między neoliberalnymi ekonomistami i politykami a korporacjami, które ich finansują bezpośrednio lub za pośrednictwem całej sieci prawicowych think-tanków, potrafił skutecznie wykorzystywać wszelkiego rodzaju katastrofy i załamania (od krachów gospodarek komunistycznych przez kryzys na Bliskim Wchodzie, huragan „Katrina” i tsunami w Azji aż po wojnę w Iraku) do otwierania zdezorganizowanych gospodarek na zagraniczny kapitał, który następnie przejmował kontrolę nad najcenniejszymi obszarami wschodzących rynków. Przyszła jednak kryska na Matyska i neoliberałowie zamiast fundować kryzys kolejnemu społeczeństwu Azji albo Ameryki Południowej zrobili krzywdę sami sobie. Ideologiczne opium, które rozprowadzali na całym świecie, zaczęli w końcu sprzedawać u siebie. Deregulacyjne decyzje Greenspana i Busha doprowadziły do powstania baniek spekulacyjnych w USA i w efekcie do kryzysu.

Daremna wiara w cykle

Trudno w to uwierzyć, ale w XX wieku pojęcie kryzysu znikło ze słownika ekonomicznego. Wcześniej wysiłki teoretyczne najwybitniejszych ekonomistów od Malthusa do Marksa koncentrowały się właśnie na kryzysach gospodarki kapitalistycznej. W XIX wieku obok cyklicznych kryzysów pojawiały się także wielkie załamania obejmujące wszystkie gospodarki przemysłowe (po raz pierwszy w 1857 roku, a następnie w 1873).

Pewien wybitny logik i ekonomista Stanley Jevons przekonany o tym, że ekonomia jest nauką ścisłą, winą za kryzysy obarczył plamy na Słońcu. Wyliczył, że cykle koniunkturalne w latach 1721-1878 trwały przeciętnie od szczytu do szczytu 10,46 roku. Połączył to z odkryciem dokonanym w 1801 roku, że plamy na Słońcu pojawiają się z okresowością 10,45 roku. To nie mógł być przypadek! Plamy na Słońcu wywołują zmiany atmosferyczne, a to prowadzi do cyklicznych obfitych opadów deszczu, co ma wpływ na urodzaj i przez to na cykle w handlu - rozumował Jevons. Niestety, dokładniejsze obliczenia wykazały, że plamy na Słońcu pojawiają się co 11 lat, pozostawiono je więc astronomom, a z wyjaśnieniami zjawisk gospodarczych powrócono na Ziemię.

Tymczasem do kryzysów przyzwyczajono się zarówno w sensie teoretycznym - rezygnując z osobnej szczegółowej teorii kryzysów, a także praktycznie - uwzględniając prawdopodobieństwo kryzysu w kalkulacjach biznesowych. Regularnie pojawiającym się i znikającym recesjom zaczęto przypisywać funkcję „oczyszczającą”. W pierwszych dekadach XX wieku wydawało się, że kryzysy z masowymi bankructwami i powszechną paniką skończyły się ostatecznie. Dopóki po każdym kryzysie samoczynnie następowało ożywienie, dopóty zrozumiałe było, że nie sposób traktować kryzysu jako czegoś obcego gospodarce, wartego wyodrębnienia i zbadania poza teorią cykli koniunkturalnych. I nawet rozpoczęty czarnym czwartkiem 24 października 1929 roku Wielki Kryzys początkowo nie przypominał znanych z przeszłości katastrof. Sytuacja do złudzenia przypominała dzisiejszą. Spadek ożywienia gospodarczego pojawił się już wcześniej, przede wszystkim w samych Stanach Zjednoczonych. Co więcej, na giełdzie nowojorskiej po krachu notowań pojawiały się jeszcze zwyżki kursów. W ostatnim kwartale 1929 roku i w pierwszej połowie 1930 roku nie było masowych bankructw firm. Ale spadek koniunktury postępował nadal. W wyniku utrudnień kredytowych i upadku banków kryzys rozlał się na Europę i zaczęła się prawdziwa katastrofa.

Początek tamtego kryzysu wielu powitało z zadowoleniem, licząc na jego higieniczne skutki. Jak wiemy, tym razem gospodarka wcale nie chciała samoczynnie powrócić do równowagi. Gdy załamała się struktura kredytów w Europie, gdy upadł światowy ład walutowy oparty na systemie złoto-walutowym, gdy pojawiła się nieznana dotąd liczba bezrobotnych, ekonomiści zaczęli orientować się, że mają do czynienia z nowym zjawiskiem, które z pewnością nie spełnia dla gospodarki żadnych pozytywnych funkcji.

Przewrót keynesowski

Niemal natychmiast świat ekonomiczny porzucił dotychczasowy paradygmat cykli i konieczności kryzysów. Stało się tak, gdy John Maynard Keynes udowodnił możliwość osiągnięcia przez gospodarkę „równowagi” w stanie niespowodowanego rozmyślnie niepełnego zatrudnienia. To był koniec wiary w samoregulacyjne zdolności gospodarki.

Keynes wystąpił nie tylko przeciwko ekonomicznym oczywistościom epoki, ale wręcz przeciwko samemu duchowi kapitalizmu opisanemu ledwie trzy dekady wcześniej przez Maksa Webera. Duch ten - jak wiemy - opierał się na „tworzeniu kapitału wskutek ascetycznego przymusu oszczędzania”. Ci, którzy oszczędzali w wyniku rozwoju XIX-wiecznej gospodarki, przestali już być tożsami z inwestorami. Od połowy XIX wieku mamy do czynienia z grupą wielkich przedsiębiorców, którzy korzystają już nie z własnego kapitału, ale poszukują go u całej masy drobnych ciułaczy. Pożyczają oszczędności na rynku finansowym. Ceną jest oczywiście stopa oprocentowania. Wydawało się oczywiste, że w trakcie recesji - gdy powstaje zbyt dużo oszczędności - ich cena powinna spadać, co powinno zachęcać do inwestowania i przywrócić dobrą koniunkturę w gospodarce. I gdyby tak rzeczywiście było, do końca świata nikt nie czepiałby się zwolenników teorii wolnego rynku, który miał sam najlepiej wiedzieć, jak wrócić do równowagi. Niestety, w trakcie Wielkiego Kryzysu stopa procentowa obniżyła się i… nic się działo.

Co zrobił Keynes? W 1935 roku przerwał pisanie swojego opus magnum i pod wpływem sugestii George’a Bernarda Shawa postanowił przeczytać jeszcze raz Marksa i Engelsa. Odpowiadając w liście Shawowi: „Aby zrozumieć mój stan umysłu, musi pan wiedzieć, że piszę książkę z teorii ekonomii, która, moim zdaniem, zrewolucjonizuje - nie od razu, jak sądzę, lecz w ciągu następnego dziesięciolecia - sposób, w jaki świat myśli o problemach ekonomii (…). Nie spodziewam się, by pan lub ktokolwiek inny obecnie w to uwierzył. Jeśli jednak idzie o mnie, nie tylko mam taką nadzieję - jestem tego zupełnie pewny”. „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” wbrew tytułowi zawiera gąszcz szczegółowych rozważań, które nie tylko skalą teoretycznego przełomu, ale i poetyką odpowiadają filozoficznym dziełom Kanta.

Samo odkrycie kontrastowało ze skomplikowaną strukturą książki - było najprostsze z możliwych: w fazie ostrego kryzysu… nie ma oszczędności. Ludzie nie oszczędzają, bo nie zarabiają. Nie można przecież zakładać, że gdy wszystkim źle się powodzi, w gospodarce jest tyle samo oszczędności, ile wcześniej. Skutkiem kryzysu nie jest nadmiar oszczędności, ale ich niedobór. A jeśli tak, to nie ma wcale nacisku na spadek stopy procentowej i brakuje zachęty do inwestowania. Znikają bodźce do rozwoju, maszyny stoją, ludzie nie pracują. Keynes dowiódł, że gospodarka nie zachowuje się wcale jak huśtawka, ale raczej jak dźwig. Może być w górze lub w dole, ale może stać też w miejscu. To samo wyjaśnić można z innej strony.

Jeśli pojawia się bezrobocie, zazwyczaj powoduje ono spadek płac. Wcale nie jest jednak pewne, czy będzie to rzeczywisty spadek płac, bowiem w tym samym czasie recesja prowadzi do spadku cen. Płace realne (po uwzględnieniu inflacji) mogą wzrosnąć, jeśli ceny będą obniżać się szybciej. W czasie dobrej koniunktury ceny będą rosnąć szybciej niż płace, a to będzie ułatwiało zatrudnienie. Natomiast w trakcie recesji płace realne będą rosnąć. Tak właśnie stało się w Ameryce w latach 30.

Kopernikański przewrót Keynesa polegał na wykazaniu, że to nie płaca determinuje zatrudnienie, ale odwrotnie: zatrudnienie określa płacę realną. O zatrudnieniu (i o koniunkturze gospodarczej) decydują rynki zbytu przedsiębiorstw. A te nie zależą wyłącznie od ich zdolności produkcyjnych. Keynes zanegował stare „prawo rynków” Saya mówiące, że podaż sama stwarza popyt. „Zanim” przedsiębiorca obniży ceny swoich produktów, szukając na nie odpowiedniego popytu, „najpierw” zwolni pracowników i tym samym ograniczy możliwy popyt na towary w gospodarce. Nie osiągnie stanu obiecywanego przez ekonomię klasyczną, bo niezależnie od skali obniżki cen nie znajdzie takiego rynku zbytu, jaki zapewnia pełne zatrudnienie - bezrobotni nie dysponują żadną siłą nabywczą.

Polityka wygrywa z gospodarką

Keynes dowiódł, że w mechanizmie rynkowym nie ma żadnego bezpiecznika, który gwarantowałby samodzielny powrót do równowagi. Żeby pobudzić inwestycje przedsiębiorstw - kluczowe do nakręcenia na powrót koniunktury - interweniować musi państwo (poprzez wydatki publiczne). Diagnoza, która zapowiadała się bardzo pesymistycznie (dowiedziono przecież, że „równowaga” w gospodarce z masowym bezrobociem jest tak samo naturalna dla życia gospodarczego jak równowaga z optymalnym wykorzystaniem sił i środków, o której mówili klasycy), w gruncie rzeczy nastrajała do optymizmu. Skoro wiadomo już, jak radzić sobie z recesją - Roosevelt i jego New Deal były praktyczną ilustracją Keynesowskich idei - możemy liczyć na trwałe ustabilizowanie koniunktury. I rzeczywiście, przez następne trzy dekady gospodarka kapitalistyczna rozwijała się świetnie i bez recesji. Do tego stopnia, że na przykład w 1967 roku w Niemczech Zachodnich uchwalono ustawę wprost wpisującą do listy obowiązków rządu zapewnienie „stałego wzrostu”.

Warto przypomnieć te kilka podręcznikowych ustaleń Keynesa nie dlatego, żeby postulować prosty powrót do praktyki Keynesowskiej - ewolucja życia gospodarczego, pojawienie się w latach 70. zjawiska stagflacji, czyli jednoczesnego wysokiego bezrobocia i inflacji, znacznie utrudniły pobudzanie koniunktury Keynesowskimi metodami. Chodzi bardziej o to, by uświadomić sobie, że podstawowy argument Keynesa kwestionujący naturalną równowagę rynku nie stracił na aktualności. Przekonujemy się o tym dziś na własnej skórze. Rynek pozostawiony sam sobie jest jak przyroda, która ciszą uprzedza huragan. Wraz z Keynesem kończy się filozofia gospodarcza i pozostaje jedynie gospodarcza polityka. Przemiany instytucjonalne XX wieku, a także odkrycie i zastosowanie „Ogólnej teorii…” prowadzą do ostatecznego zwycięstwa polityki nad gospodarką. Nie jest to oczywiście jednoznaczne z utrwaleniem kontroli państwa. Życie gospodarcze można oddać wolnej grze sił rynkowych, ale zawsze będzie to decyzja państwa i polityków. Państwo może w wyniku decyzji politycznej określać skalę interwencji albo niemal zupełnie abdykować ze swoich kontrolnych funkcji. Tak właśnie stało się w przypadku rynków finansowych.

Zysk przede wszystkim

Skoro rozpoczęło się już nerwowe wertowanie zapomnianych ksiąg wybitnych ekonomistów sprzed dobiegającej końca epoki Miltona Friedmana, warto przypomnieć sobie o wcześniejszym wykładowcy uniwersytetu w Chicago Thorstenie Veblenie. Znamy go głównie ze słynnej - włączonej raczej do kanonu socjologii niż ekonomii - pracy „Teoria klasy próżniaczej”. Tymczasem zadziwiającej aktualności nabiera inne jego głośne onegdaj dzieło: „The Theory of Business Enterprise” [„Teoria przedsiębiorstwa”]. Jeszcze bardziej niż później Keynes Veblen występował przeciw absolutnym oczywistościom epoki. Wychodząc od założenia, że podstawą współczesnej gospodarki jest postęp technologiczny i coraz bardziej skomplikowana praca maszyn, zadał pytanie o rolę przedsiębiorcy. Przed inżynierami i maszynami stoi jeden jasny i chwalebny cel: wytwarzać dobra. Celem przedsiębiorcy zaś jest zysk. Jak jedno ma się do drugiego?

W idealnym modelu, jeśli najważniejsza wydaje nam się z oczywistych powodów produkcja dóbr, to właściwie nie powinno być miejsca dla przedsiębiorców. Veblen nie owijał w bawełnę: przedsiębiorca osiąga swoje cele nie we współpracy z systemem produkcji, ale… spiskując przeciwko niemu! W jego interesie są przecież zakłócenia w harmonijnej produkcji, po to aby wartości uległy wahaniom i można było wykorzystać ten proces do spekulacji. Całą architekturę kredytów, pożyczek i pozornej kapitalizacji przedsiębiorca opiera na mechanicznej niezawodności systemu produkcji. Na dole trwa harmonia produkcji, u góry zaś huśtawka finansowa. Przedsiębiorca zarabia na nieświadomym lub zamierzonym zakłócaniu ładu produkcyjnego. Przekonanie, że przedsiębiorcy z definicji są sabotażystami gospodarki, brzmi jak absurd. Ale zapytajmy, kogo z finansistów interesuje naprawdę realna podstawa ich akcji, obligacji i kredytów.

Dziś intuicje Veblena są bardziej aktualne niż kiedykolwiek, bo stosunek zysków pochodzących ze spekulacji do zysków z realnego wytwarzania dóbr jest przerażający. W przeciętnej firmie finansowej stosuje się dźwignię finansową o konstrukcji 30:1, czyli 30 jednostek kredytu na jedną kapitału. Rynek derywatów w 2002 roku wart był 100 bln dolarów, zaś przed kryzysem już 600 bln dolarów. Ile to jest? 10 lat PKB całego świata, 40 lat PKB USA albo 1200 lat PKB takiego kraju jak Polska. Jeśli teza o wymierzonym w gospodarkę światową spisku międzynarodowej finansjery jest fałszywa, to tylko dlatego, że nie spisek stanął za tak gigantycznym oszustwem, ale skomplikowane połączenie ideologicznej propagandy, która przeniknęła aż do kształtowanej przez kulturę masową sfery stylu życia, obejmując uniwersytety, partie polityczne, think-tanki i biznes.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej z 28 lutego 2009.  Jest skróconą wersją wstępu do książki „Kryzys. Przewodnik Krytyki Politycznej” (wśród autorów m.in. Stiglitz, Sachs, Rodrik, Bendyk, Kowalik, Żakowski), Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Premiera książki: 6 marca 2009.


kryzys_okladka_d.jpgDANE KSIĄŻKI

Tytuł: Kryzys. Przewodnik Krytyki Politycznej
Autorzy: opr. zbiorowe
Seria Przewodniki, t. 7
Kategoria: ekonomia, politologia
Projekt okładki: Twożywo
ISBN 978-83-61006-48-0
Format: 120 x 165mm
Liczba stronic: 440
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Miejsce i data wydania: Warszawa 2009
Cena: 29,90 zł
Premiera: marzec 2009
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |01.03.2009 05:10:51
Ścieżka nad urwiskiem
Nie jest prawdą, że w dobie kryzysu stoimy wobec prostego
politycznego wyboru: tniemy lub zwiększamy wydatki publiczne. Jedno i drugie
trzeba robić jednocześnie: w różnych miejscach i wyważonych proporcjach piszą
były wicepremier Jerzy Hausner i były minister finansów Mirosław
Gronicki.
Kilka miesięcy temu w artykule w Gazecie Wyborczej, ale także w
innych wypowiedziach publicznych, przestrzegaliśmy, że światowy kryzys
gospodarczy dotknie także Polskę, że problem jest znacznie poważniejszy, niż
zakłada to rząd i opisują media. Twierdziliśmy, że już wkrótce będziemy mieli do
czynienia z gwałtownym pogorszeniem się warunków gospodarowania, a skutkiem tego
będzie recesja. Uniknąć jej się nie da, ale jak będzie gwałtowna i głęboka,
zależy od polityki gospodarczej. Sądziliśmy, że prawidłowa polityka nie może
czekać na rozwój wydarzeń i powinna wręcz uprzedzać możliwość realizacji
najczarniejszych scenariuszy.
Po paru miesiącach wiadomo, że nasza gospodarka
już znajduje się w kryzysie, ale polityka gospodarcza jest, naszym zdaniem,
nadal nieadekwatna do sytuacji. Ciągle bowiem dominujący rządowi decydenci i ich
doradcy zakładają, że nasze trudności są spowodowane wyłącznie czynnikami
zewnętrznymi, a gospodarka ma mocne fundamenty. Uważają, że poradzimy sobie
lepiej niż inni, powikłań nie będzie, szybko wyzdrowiejemy i będziemy mocniejsi,
uodpornieni na kolejne importowane infekcje.
Rząd ordynuje więc nam cięcia
tegorocznych limitów wydatkowych i utrzymanie deficytu budżetowego na założonym
poziomie. Uważa, że koniunktura przyjdzie, gdy z kryzysem poradzą sobie
Amerykanie i stara Unia. To oni przecież ten kryzys spowodowali, są bogaci i
teraz muszą zwiększać swoje wydatki, aby się z niego wydobyć. Za jakiś czas
przywrócą u siebie wzrost gospodarczy, a wtedy my na tym niezawodnie
skorzystamy. Tak postępując wygramy najwięcej.


Rys. Janusz Kapusta
Wiemy
już, że rząd zmienił prognozę wzrostu PKB dla 2009 r. z 3,7 do 1,7 proc. i
zdecydował o zmniejszeniu tegorocznych limitów na ogólną kwotę 19,7 mld zł,
uznając, iż dochody podatkowe i niepodatkowe mogą być mniejsze o 17 mld zł.
Cięcia faktyczne to tylko 10 mld (a więc rzeczywiste potrzeby pożyczkowe całego
sektora publicznego zwiększyłyby się jednak o 7 mld zł!). Pozostałe 9,7
przesunięto do Funduszu Drogowego, jednostki nie należącej do budżetu
centralnego. W sumie obie te decyzje rządu oznaczają zmniejszenie
potencjalnego deficytu w budżecie centralnym o 2,7 mld zł i o tyleż
zmniejszenie centralnych potrzeb pożyczkowych.
Inne pytanie jest takie: czy te
10 mld zł to rzeczywiste oszczędności. Za takie bowiem uznajemy: trwałe
ograniczenie wydatków bądź systemowe podniesienie ekonomicznej efektywności
wykonywania zadań publicznych. Jeśli takie rozwiązania nie zostaną wdrożone, to
wydatki przesunięto w czasie, przekształcając bieżące zobowiązania w
przyszłe.
Praktyczny przykład. Fakt, iż w 2008 r. MON nie zapłaciło za
zamówione uzbrojenie, to nie oszczędność, gdyż trzeba będzie zapłacić więcej
później. Oszczędność byłaby wówczas, gdyby na przykład zlikwidowano część szkół
oficerskich i korpusu oficerskiego. Najpierw jednak trzeba ponieść koszty
odpraw, aby potem mieć większe oszczędności. Mechaniczne cięcia nic tu same nie
dadzą. I jeszcze jeden przykład. Rządowe cięcia dotyczą także budżetów
wojewodów. Wielu z nich zgodziło się na redukcję wydatków na pomoc społeczną.
Zrobili tak, bo w 2008 r. mieli w tej pozycji znaczącą nadwyżkę. To zrozumiałe,
bezrobocie i wydatki socjalne przez parę lat wyraźnie spadały. Zastanówmy się
jednak, co się stanie, jeśli w 2009 r. bezrobocie gwałtownie wzrośnie. To, co
zaoszczędzono w dobrym roku, trzeba będzie wydać z nawiązką w znacznie
gorszym.
Obiektywnie rząd znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Jeszcze nie
znowelizował budżetu, a już nasuwa się pytanie, czy nowa projekcja dochodów jest
prawidłowa. W ustawie budżetowej przyjęto, iż dochody wyniosą 304 mld zł, wobec
254 osiągniętych w 2008 r. Według nas maksymalne możliwe dochody przy wzroście
PKB o 2 proc. to 270 mld zł (czyli o 34 mld mniej, niż założono), ale przy
spadku PKB o 1 proc., czego nie można wykluczyć, to już tylko 260 mld (mniej o
44 mld). Jeśli mamy rację, to cięcia wydatków, aby utrzymać zaplanowany poziom
deficytu budżetowego, powinny wynieść od 34 mld zł w górę, a nie 17, czego
domagał się minister finansów. Przycięto 10 mld i co dalej? Każda redukcja
wydatków budżetowych oznacza, że w jakimś stopniu mniejszy będzie krajowy popyt.
To zmniejszy popyt na pracę, następnie zmniejszy dochody i zwiększy zobowiązania
budżetowe. I co wtedy? Cięcie wydatków po części oznacza, że trzeba będzie
wkrótce ciąć więcej. Słabnąca aktywność gospodarcza oznacza, że deficyt i
potrzeby pożyczkowe będą większe, a ich pozyskanie trudniejsze i droższe od
założonych.
Aby mówić o poważnych oszczędnościach, trzeba by ograniczyć zadania
i zobowiązania publiczne, a to wymaga zmiany ustawodawstwa. A na tej drodze rząd
jest konsekwentnie blokowany przez prezydenckie weto i brak parlamentarnego
porozumienia z opozycją. Usunięcie tej bariery wymaga poważnego porozumienia się
albo z PiS, albo z SLD. Nic na to jednak nie wskazuje.
Z tego też powodu trudno
sobie wyobrazić, aby można było znacząco podnieść podatki. Tym bardziej że rząd
PO-PSL nie zmienił decyzji poprzedników obniżających składkę rentową i podatki
od dochodów osobistych. W zamian zafundował sobie dodatkową lukę budżetową.
Naiwną jest wiara, że niepobrane w czasie prosperity przez fiskusa środki będą
pomagać w podtrzymaniu gospodarki w czasie recesji. Widać z tego wyraźnie, że
żadna z klasycznych formuł przywracania równowagi makroekonomicznej nie jest w
naszym przypadku praktycznie do zastosowania.
Kluczem do sprawy jest szybkie
zatrzymanie tendencji spadkowej, jej złagodzenie i odbudowanie wzrostu. To
prawda, że to w znacznej mierze zależy od tego, jak głęboka i długa będzie
recesja w zachodniej Europie i USA, ale nieprawdą jest sądzenie, że my nic nie
mamy tu do zrobienia.
Nasza coraz bardziej dramatyczna sytuacja nie jest bowiem
spowodowana wyłącznie czynnikami zewnętrznymi. Przewidywaliśmy już w 2006 r.
spowolnienie gospodarcze po 68 kwartałach i tak się stało. Potem wielokrotnie
formułowaliśmy ostrzeżenia. Przy czym nasze rozumowanie polegało na
stwierdzeniu, że w latach 20062008 stopniowo narastają makroekonomiczne
nierównowagi (m.in. zewnętrzna na rachunku bieżącym i budżetowa), na które
polityka gospodarcza w ogóle nie reaguje bądź reaguje nieodpowiednio.
Utrzymywaliśmy, że właśnie w latach dobrej koniunktury bezwzględnie trzeba
hamować i reformować wydatki publiczne, a to przyczyni się do umocnienia
wzrostu. W przeciwnym razie wzrost będzie spowalniał, a wtedy wrócą wszystkie
problemy, z którymi mieliśmy do czynienia w latach 20012003, w tym wystąpi
załamanie finansów publicznych.
Obecnie sytuacja jest o tyle gorsza, że
znacznie wzrosło zadłużenie zagraniczne państwa i sektora prywatnego. Przy
osłabieniu złotego, firmy i gospodarstwa domowe znalazły się w dramatycznej
sytuacji, nieznanej w 2001 r.
Łączne zadłużenie zagraniczne wynosi obecnie
około 900 mld zł, czyli mniej więcej 70 proc. PKB, a na początku dekady sięgało
288 mld, czyli 39 proc. PKB. Boom ostatnich lat był finansowany w znaczącej
części przez zadłużanie zewnętrzne. A to był oczywisty sygnał ostrzegawczy,
który rządzący zlekceważyli.
Decydenci zapomnieli też, jak w maju 2004 r.,
mimo ożywienia gospodarczego i przyspieszenia wzrostu, złoty osłabł do 4,94 za
euro. To przecież pokazywało, że długookresowe umacnianie się złotego może
zostać gwałtownie odwrócone. Tym bardziej więc nie wolno było dopuścić do
rozpowszechnienia się w Polsce walutowych kredytów hipotecznych i spekulacyjnej
gry opcjami walutowymi. Na obsługę całego długu zagranicznego trzeba będzie
przeznaczać obecnie 45 proc. PKB, ale przy słabym złotym koszty te mogą
wyraźnie wzrosnąć. Transferujemy w ten sposób własne oszczędności kosztem
długofalowych możliwości rozwojowych.
Być może nie doszłoby do tego, gdyby nie
posunięcie rządu PiS, aby stworzyć niezależną od NBP Komisję Nadzoru
Finansowego, która między innymi zastąpiła dotychczasową Komisję Nadzoru
Bankowego. Tamten nadzór był prowadzony przez fachowców i uznawany za skuteczny;
zapewnił, że w polskim systemie bankowym nie wystąpiły zjawiska, które rozłożyły
amerykańskie banki. Likwidacja Komisji Nadzoru Bankowego była motywowana 
niestety  chęcią osłabienia roli NBP i pozycji Leszka Balcerowicza jako jego
prezesa. KNF nie poradziła sobie i nie ustrzegła nas od wymienionych słabości. A
to są naprawdę poważne problemy, których rozmiarów jeszcze w pełni nie
znamy.
Trzeba uznać, że polityka gospodarcza ostatnich lat była błędna.
Największa i nieodwracalna strata wynika z zaniechania przez rząd PiS programu
wejścia do strefy euro. Łatwo sobie wyobrazić, ile mniej problemów mielibyśmy
wszyscy, gdyby Polska  tak jak Słowacja  była w strefie euro. Porzucenie
programu euro spowodowało utratę makroekonomicznych ram dla polityki
gospodarczej. Gdy ich zabrakło, polityka gospodarcza stała się chaotyczna i
niekonsekwentna.
Dzisiaj rzeczy postępują lawinowo. Od listopada mamy
niespotykane dotychczas spadki eksportu. I jest mało prawdopodobne, że samo
osłabienie złotego poprawi sytuację eksporterów. Większość z nich na dłuższy
czas utraci swoje dotychczasowe rynki zbytu. Gwałtownie załamuje się produkcja
przemysłowa. W IV kwartale 2008 r. spadła o 5 proc. W tym kwartale to będzie już
wielkość dwucyfrowa. Załamują się inwestycje krajowe. Słabnie napływ inwestycji
zagranicznych. To reakcja przedsiębiorców na problemy z finansowaniem
inwestycji, ale też na oczekiwania recesyjne.
W drugiej połowie bieżącego roku
załamanie w produkcji przeniesie się na rynek pracy. Jeśli spełni się prognoza
rządowa, to zatrudnienie spadnie o 300 tys., a bezrobocie wzrośnie o ponad 0,5
mln. W ślad za tym spadną wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Narodowego
Funduszu Zdrowia i Funduszu Pracy, a to oznacza dodatkowy deficyt sektora
finansów publicznych.
Na razie to tylko początek regresu. Zaś rząd dostosowuje
się do tego, co już się stało, z co najmniej kwartalnym opóźnieniem. To myślenie
statyczne, a nie dynamiczne, przejaw mentalności księgowego, a nie ekonomisty.
Ekonomista powinien analizować nie tylko stan obecny, ale też i przyszły. Nie
może koncentrować się na kwestii deficytu budżetowego, co blokuje jego myślenie
w dłuższej perspektywie, ale na problemie wzrostu i takim ukierunkowaniu
wydatków, aby w następnym okresie dochody rosły. A to oznacza, że polityka
gospodarcza  szczególnie teraz  nie może odnosić się tylko do finansów
publicznych, ale musi mieć na względzie stan i perspektywy gospodarki realnej.
To jej dynamika rozstrzyga ostatecznie o wydolności i bezpieczeństwie finansów
publicznych.
Oczywiście, wiele można i należy zrobić po stronie finansów
publicznych, a więc w domenie ministra finansów. Tu leżą zadania związane z
systemowym naprawianiem finansów publicznych i skutecznym zarządzaniem długiem.
Tu można uzyskać wiele, ale to nie wystarczy, jeśli nie wzrośnie aktywność
przedsiębiorstw oraz nie zagospodarujemy zasobów pracy. A tu potrzebne są
działania z domeny ministra gospodarki. Dopiero spójne działania w obu domenach
pozwolą przezwyciężać słabości polityki gospodarczej i wychodzić z
kryzysu.
Problem nie sprowadza się tylko do tego, czego państwo ma nie robić i
nie finansować, ale też dotyczy tego, co  mając ograniczone zasoby, a w
kryzysie jeszcze wyraźniej zredukowane  ma czynić i jak uruchamiać swoje
zasoby, aby pobudzać rynek, konkurencyjność i wzrost gospodarczy.
Nie jest
prawdą, że stoimy wobec prostego politycznego wyboru: tniemy lub zwiększamy
wydatki publiczne. Obie te opcje są w naszym przekonaniu błędne. Ci, którzy chcą
wyłącznie cięcia wydatków i niskiego deficytu, niech sobie przypomną, czym się
skończyła taka polityka na przełomie poprzedniej i obecnej dekady. Jakie były
jej skutki gospodarcze i społeczno-polityczne i jak długo wychodzono z zapaści
finansów publicznych. Z kolei ci, którzy lekarstwo widzą w zwiększaniu wydatków
publicznych i dalszym zadłużaniu, winni sobie przypomnieć epokę gierkowską,
dekadę radosnego rozwoju, która doprowadziła do krachu i długotrwałego zastoju.
Niewątpliwie w obecnej sytuacji ścieżka wychodzenia z kryzysu jest bardzo wąska,
ale tym bardziej trzeba ją pilnie wyznaczyć i zdecydowanie nią podążać.

Podstawą antykryzysowego programu musi być określenie potrzeb pożyczkowych i
źródeł ich pozyskania w perspektywie trzech lat i twarde przyjęcie, że nie ma
możliwości ich zwiększenia. Oznacza to, że wydatki będą się kształtować w
określonym przedziale, determinowanym z jednej strony ceną, po której rząd
będzie pozyskiwał środki, zaś z drugiej sprawnością zarządzania długiem. Pole
manewru będzie tym większe, im bardziej rząd w prowadzeniu polityki będzie
wiarygodny i konsekwentny. Jeśli nie da się w przyjętych ramach finansować
wydatków, to pozostanie ich zdecydowana redukcja. To wymaga przygotowania przez
rząd planu ograniczania wydatków publicznych wraz z projektami odpowiednich
ustaw. Z drugiej strony, program musi być zorientowany na usuwanie barier
działalności gospodarczej oraz aktywizowanie wszelkich dostępnych zasobów. W tym
obszarze widzimy cztery podstawowe kierunki działania:
1Otwieranie poprzez
dyplomację rynków wschodnich. W tym punkcie zasadnicze znaczenie ma dla nas
obecnie Białoruś i Ukraina. Polska powinna stać się politycznym pośrednikiem
między władzami Białorusi i Unią Europejską, postulować polityczne otwarcie w
zamian za otwarcie gospodarcze. Równocześnie naszym zadaniem jest wspomaganie
władz Ukrainy w zwalczaniu kryzysu gospodarczego. Dotychczas koncentrowaliśmy
swoją uwagę na ukraińskiej polityce, teraz punktem węzłowym musi być ukraińska
gospodarka. W jednym i drugim przypadku nie stawiajmy żadnych politycznych
warunków, natomiast twardo domagajmy się, aby wspólne działania gospodarcze były
zorientowane rynkowo i wolne od korupcji.
2Odblokowywanie kanałów finansowania
działalności gospodarczej. Tu, naszym zdaniem, nie unikniemy sterylizacji
toksycznych aktywów w polskim systemie bankowym. W pierwszej kolejności dotyczy
to opcji walutowych. Przy obecnym osłabieniu złotego to także problem banków,
które będą tracić płynność w wyniku niewypłacalności przedsiębiorstw, które
kupowały opcje. Rozsądnym rozwiązaniem byłaby ich zamiana na regularne kredyty i
stopniowe wykupywanie najbardziej zagrożonych przez państwo. W zamian za to
banki, które nie tworzyłyby dodatkowych rezerw, zobowiązałyby się do prowadzenia
akcji kredytowej w oparciu o uwolnione środki. Operacją wykupywania mógłby zająć
się BudBank, kontrolowany przez BGK, o ile uzyskałby odpowiednią licencję, a BGK
zostałby rzeczywiście dokapitalizowany. Jeśli rząd nie zareaguje, to niedługo
większość banków nie będzie spełniać kryteriów opłacalności. Trzeba będzie je
dokapitalizowywać bądź przejmować, co oznaczałoby konieczność wielokrotnie
większego zaangażowania środków publicznych, a te ograniczone są możliwościami
pożyczkowymi państwa.
3Pobudzenie aktywności inwestycyjnej. Tu kluczowe
znaczenie ma przeznaczenie środków unijnych przede wszystkim na inwestycje.
Jednak jeśli będą to wyłącznie inwestycje publiczne, ich natychmiastowy wpływ na
inwestycje sektora prywatnego będzie nieistotny. Dlatego najbardziej potrzebne
są teraz takie programy, które uruchamiając finansowanie inwestycji publicznych,
równocześnie są skojarzone z inwestycjami prywatnymi. Klasyczny przykład:
budujemy halę sportową ze środków publicznych, ale jednocześnie umożliwiamy
inwestorom prywatnym lokalizację w jej obrębie albo w pobliżu przedsięwzięć, z
których opodatkowany dochód pozwoli utrzymać halę. W przeciwnym razie czeka ją
los wielu budów socjalizmu. Najbardziej obiecujące byłyby miejskie programy
rewitalizacyjne i infrastrukturalne, finansowane w ramach partnerstwa
publiczno-prywatnego. Rząd powinien przygotować uruchomienie krajowego konkursu
na takie programy, finansując w pierwszej kolejności te z nich, które zapewnią
najwyższy efekt mnożnikowy w sektorze prywatnym.
Innym niezbędnym działaniem
jest włączenie do obiegu gospodarczego niepracujących aktywów Skarbu Państwa.
Wartość księgowa samych aktywów finansowych sięga 450 mld zł. Część z tego można
nawet teraz, w okresie załamania rynku kapitałowego, upłynnić, aby między innymi
dokapitalizować BGK. Chodzi przede wszystkim o mniejszościowe udziały Skarbu
Państwa. Ważniejsze jednak jest włączenie do obrotu gospodarczego nieruchomości,
w tym zwłaszcza ziemi, którą najczęściej bezproduktywnie władają różne agencje
rządowe (np. agencje podległe MON) czy spółki Skarbu Państwa (szczególnie
PKP).
4Podtrzymywanie zatrudnienia. Nie można dopuścić do podobnego, jak w
latach 20002003, wzrostu bezrobocia (z około 1 do 3,3 mln osób). Wówczas
gwałtownie wzrosły zobowiązania Funduszu Pracy (zasiłki dla bezrobotnych) i
świadczenia z pomocy społecznej, a wpływy ze składek na fundusze ubezpieczeń
społecznych przez trzy lata nie rosły. Tym, którzy już o tym zapomnieli,
przypominamy, że w powiatowych urzędach pracy w 2001 r. brakowało środków nie
tylko na zasiłki, ale nawet na opłacenie rachunków za elektryczność. Potencjalny
przyrost bezrobocia nie będzie aż tak duży, ale może ono w przyszłym roku
dotknąć ponad 2 mln osób. I lepiej z wyprzedzeniem podjąć działania nakierowane
na utrzymanie ludzi na rynku pracy, niż potem zajmować się nimi jako
bezrobotnymi i podopiecznymi pomocy społecznej.
Inne z proponowanych przez nas
rozwiązań to umożliwienie urzędom pracy czasowego dotowania zatrudnienia osób
objętych zwolnieniami grupowymi, pod warunkiem, że pracodawca zapewni im
odpowiednio długie zatrudnienie. Ważnym obszarem aktywizacji zawodowej może stać
się w naszych warunkach ekonomia społeczna, czyli te formy gospodarowania, które
nie są nastawione na zysk. Potrzebne jest jednak pilne uchwalenie ustawy o
przedsiębiorczości społecznej, wprowadzającej rozwiązania wzorowane na
doświadczeniach tych krajów, w których ekonomia społeczna tworzy znaczącą liczbę
miejsc pracy. Środki publiczne, użyte na ten cel, będą i tak mniejsze niż te,
które trzeba będzie wypłacić bezrobotnym i wykluczonym. A jednocześnie osoby
aktywne w sektorze ekonomii społecznej w przyszłości łatwiej znajdą pracę w
sektorze rynkowym niż osoby długotrwale bezrobotne.
To, co proponujemy, zdaje
się korespondować z niektórymi tezami zeszłotygodniowego wystąpienia Donalda
Tuska w Sejmie. Za szczególnie ważne uznajemy jego słowa dotyczące ochrony
miejsc pracy. Byle tylko za jasną deklaracją premiera tym razem poszły pilnie
konkretne rządowe działania.
***
Pisząc ten artykuł nie stawiamy sobie za cel
przedstawienie czy skomentowanie wszystkich rozsądnych propozycji pobudzania
aktywności gospodarczej i uproduktywniania dostępnych zasobów. Jest ich z
pewnością więcej niż te, które wymieniamy. Chodzi nam natomiast o dyskusję nad
programem gospodarczym, który nie sprowadzałby się do cięcia wydatków
budżetowych i nie prowadził do powiększania wydatków ponad racjonalnie
zdefiniowane możliwości pożyczkowe państwa.
W obecnych warunkach ścieżka
skutecznej polityki gospodarczej jest naprawdę wąska. Z jednej strony grozi nam
utrata kontroli nad finansami publicznymi: takie zadłużanie się, przy którym
pożyczając coraz więcej, będziemy mogli wydać coraz mniej. Z drugiej,
zagrożeniem jest tak głęboka zapaść w sferze realnej, że żadne ograniczenia
wydatków nie pozwolą utrzymać równowagi. Domagamy się więc polityki, która
działania w sferze finansów publicznych powiąże z antyrecesyjnym działaniem
państwa w sferze realnej. Tylko taka polityka  naszym zdaniem  stwarza szanse
na opanowanie coraz groźniej wyglądającego kryzysu.
blaise   |02.03.2009 09:55:14
To ja zrobię kolejną wrzutkę To jest rozmowa z Gwiazdowski z Centrum imienia Wiadomo Kogo. Ma on pewne
ciekawe przypuszczenia na temat funkcjonowania banków i ich roli w
takich sprawach jak rzekomy atak spekulacyjny i wyjebka (przepraszam
za wyrażenie) przedsiębiorstw na opcjach. Niezbyt jednak mu ufam i to nie
tylko dlatego że jest on członkiem Zakonu Niewidzialnej Ręki, ale z
powodu jego arogancji. Wypowiada się w imieniu młodych ludzi (niewiele
młodszych ode mnie zresztą) tak jakby on dokładnie wiedział czego
oni chcą i jakie mają plany, dodaje też, że są oni jedynym surowcem
jaki nasz piękny kraj posiada, interesujący punkt widzenia :). Poza tym
mówi dziwne rzeczy o wysokości opodatkowania pracy (80% !?). Tu proszę
jakiegoś dobrze poinformowanego czytelnika o zdementowanie/potwierdzenie
tych informacji. Poza tym potwierdzam to co powiedziałem wcześniej
jego mizdrzenie się do fotografa, redaktora i wspomnianych młodych
ludzi świadczy o karkołomnej próbie wygrania zasady samoregulacji,
dzięki kryzysowi i pomimo niego
przemm   |02.03.2009 11:33:20
z ta "akcyzą": stosunek sumy składek (pracownika i pracodawcy)
emerytalnej, zdrowotnej oraz podatku PIT do płacy netto, mniej jest to przedział
70%-80%…
czyli oddajemy państwu prawie drugą pensję…
blaise   |02.03.2009 12:14:02
No to dodaj podatki pośrednie VAT i okaże się, że zostaje mi 0 zł?
Poza
tym stawki podatku PIT są różne, a do tego kwota wolna od podatku i
różne ulgi.
Kwestią dodatkową jest też pytanie czy dostaję coś w
zamian za te pieniądze..
Dzięki za odpowiedź ale prosiłem raczej o coś
bardziej konkretnego, wiem, że istnieje coś takiego jak składka
zdrowotna (teoretycznie jest to opłata za usługi medyczne, teoretycznie!) i
emerytalna, to wiem od dawna ale dzięki za przypomnienie :)
Poza tym
mówisz: "suma składek pracownika i pracodawcy". A ja jestem tylko
pracownikiem.. Czy to znaczy, że pracodawca przerzuca te koszty na
mnie? Brzydko z jego strony : )
Proszę może kogoś innego o odniesienie się
do powyższych kwestii.
PS.Tylko proszę bez ordynarnych przeklejek z
cudzych blogów i bez tej specyficznej poetyki (tak jest i basta!komóchy) Ostatnio na KP nastąpił istny nalot dywanowy tego typu mędrców..
blaise   |02.03.2009 12:48:03
Przepraszam zagalopowałem się wiem, już co chciałeś powiedzieć..
Ale jak jest
kwotą wolną? Dodałeś? Odjąłeś?
blaise   |02.03.2009 13:06:31
1. Przeczytaj jeszcze raz Swoje pierwsze zdanie i się nad nim zastanów. VAT
płacisz wtedy gdy coś kupujesz, by kupić musisz mieć za co.
2. Ulgi i
zwolnienia (które są zresztą tak skonstruowane że ludzie o mniejszych zarobkach
praktycznie z nich nie korzystają) rozliczasz raz w roku, składki i podatek
płacisz cały czas. Co do kosztów uzyskania przychodów, sprawdź tą oszałamiająca
kwotę na ten rok.
3. Przerzuca bo państwo go do tego zmusza. Obciążenie byłyby
mniejsze to więcej pracodawca mógłby zaoferować pracownikowi. Przeciwko państwu
pracownik i pracodawca jadą na tym samym wózku.
4. Mam nadzieję, że może teraz
chociaż trochę spełniłem Twoje oczekiwania. Najwyraźniej wiesz trochę więcej niż
sam sądzisz, skoro z taką ironią wypowiadasz się o innych…
przemm   |02.03.2009 13:10:23
yyy nie wiem czemu mój nick brzmi blaise???
blaise   |02.03.2009 14:38:20
Przyjmij po raz kolejny moje przeprosiny, nie miała to być ironia, nieważne -
brzydka cecha charakteru.
Z vatem to był skrót myślowy: bo mianowicie chciałem
ustalić ile rzeczywiście zabiera mi państwo z mojej miesięcznej pensji, w formie
podatków wszelakich pośrednich, bezpośrednich. Gdy już wypłatę zainkasuję i gdy
ją wydawam. Ale odpuszczę sobie ustalanie i wrzucanie do jednego
worka.
"Przerzuca bo państwo go do tego zmusza. Obciążenie byłyby mniejsze
to więcej pracodawca mógłby zaoferować pracownikowi."
Mógłby, tylko czy
zrobi tak?
Podobno zupełnie niedawno obniżono składkę emerytalną, czy
rzeczywiście powędrowały one do kieszeni pracownika? Bo jeśli nie, to chyba
jednak nie jadą na tym samym wózku i Gwiazdowski się myli podając aż 80% akcyzy
jako obciążenia tych wykształconych młodych ludzi? Czy jak? Jeżeli jak piszesz:
"jadą przeciw państwu na jednym wózku" to by znaczyło, że zwolnienie
pracodawcy od obciążeń prowadzi za każdym razem do wzrostu płac?
Wybacz tę
ilość znaków zapytania, ale im dalej w las tym więcej drzew.
blaise   |02.03.2009 14:40:05
sorry miało być "gdy ją wydam"
przemm   |02.03.2009 15:19:17
Oczywiście wzrost płac jest zdeterminowany wieloma czynnikami, jednakże spadek
składki rentowej z 13% do 6% przyczynił się do wzrostu wynagrodzeń w ostatnich 3
latach. I nie mówię tu tylko o średniej, która jest zawsze pewnym wypaczeniem,
ale tez o medianie płac.
pozdrawiam
sierajtkowskiooolewak  - Wybitni socyaliści …   |02.03.2009 15:36:59
Mam pytanie do tutejszych znawców i teoretyków socyalizmu:

czy wymienione
powyżej osoby można zaliczyć do wybitnych socyalistów ?
- Adolf Hitler
- Józef
Stalin
- Pol Pot
- Mao Ze Dong

Czy ktoś mi odpowie ?
blaise   |02.03.2009 16:33:34
Obawiam się, że dla większości pracowników, z tytułu samej tej obniżki wzrost
płac był mało zauważalny. To raczej inne powody jak np. wejście do unii i masowa
emigracja przyniosła korzyści pracownikom.
slevin   |02.03.2009 17:29:40
Fajnie, że ktoś pamięta jeszcze o Keynesie i jego ideach, które, mówi się, że
profesor Michał Kalecki miał je przed nim. Nie mniej jednak fajnie, że zaczyna
się dyskutować o Keynesie. Oto ten wielki ekonomista widząc bezrobocie rzędu 25%
i pozamykane 1/3 fabryk, zapytał "Jak my możemy mówić tu o efektywnym
rynku".Państwo powinno być jak kierowca samochodu, który ma i gaz, i
hamulec. Jego idea rynku jako gry i państwa - sędziego, który ustala i pilnuje
reguł tej gry( w ujęciu normatywnym oczywiście), wydaje się bardzo słuszna.
Wydaje się, iż jego uczniowie - James Tobin oraz J.K. Galbraight są kolejnymi
wielkimi ekonomistami, których dorobek intelektualny i świetne pomysły
należałoby tu przedstawić wkrótce.
wojnier  - To właśnie keynesizm leży u podstaw obec   |03.03.2009 15:16:25
nie za bardzo rozumiem, skąd u inteligentnych ludzi bierze się przeświadczenie,
że jak przez ponad dwadzieścia lat pompowało się w gospodarkę USA, zgodnie z
zaleceniami keynesistów, ogromne ilości pieniędzy bez pokrycia, to teraz jako
remedium na wywołany przez to kryzys, potrzeba wpompować ich jeszcze więcej.
Przecie to załamanie finansowe już pokazało czym to się kończy, to ile jeszcze
załamań lewica musi zaliczyć żeby zrozumieć, że pieniądze zrywane z drzewa nic
nie są warte?
Rylew  - Halo wojnier !   |04.03.2009 12:40:40
Najwyraźniej uważasz, że lewica to inteligentni ludzie  masz rację :), chociaż
bywają wyjątki.
Bo chyba nie uważasz, że Bush i neokonsi z USA to lewica, wszak
oni doprowadzili do kryzysu.

Właściwie lewica powinna potępiać keynesizm bo
sam Maynard Keynes to wredna sztuka, który wymyslił narzędzie sztucznego
utrzymywania przy życiu kapitalizmu :).

Spróbuj jednak odgadnąć z jakiego
powodu lewica dopuszcza stosowanie narzędzia Keynesa ?

Napisz proszę jak
rozumiesz >zrywać pieniądze z drzewa, to może ja sobie takie drzewko też
zasadzę :).
wojnier  - Jaka jest różnica,   |06.03.2009 10:23:19
między poglądami Keynesa a tym co robił rząd amerykański przez ostatnie
kilkadziesiąt lat. Bo mnie się wydaje że Sierakowski opisuje las po spacerze z
opaską na oczach. Jedyną odpowiedzią jaką udało mi się wydębić od szanownych
forumowiczów jest to, że rządzili w USA niewłaściwi ludzie. Biedny Keynes
zapomniał dopisać w swych pracach kto jest godzien.
Rylew   |06.03.2009 15:50:38
Keynes swoją interwencyjną metodę stabilizacji systemu opracował w trakcie
wielkiego kryzysu który rozpoczął się 1929 r. w USA.
Jakiś czas posługiwano się
nią z dobrym skutkiem.
ostatnie kilkadziesiąt lat  , a ściśle mówiąc od
początku lat 70tych neoliberałowie metodę Keynesa odrzucili werbalnie stosując
jej własną modyfikację.
Polegała ona na tym, że pieniądze owszem tak, ale
regulacje i kontrola nie, a likwidacja długu miała się odbywać nie przez
zwiększone podatki w okresie prosperity jak chciał Keynes tylko przez obniżenie
podatków co miało cudownie pomnażać wpływy budżetowe.

Ty najwyraźniej
uważasz, że kryzysowi winien jest Keynes, szanowni forumowicze, że winni są
niewłaściwi ludzie. Ciekawe co myślał o tym sam Keynes ?

"Kapitalizm to
taka niezwykła wiara, że najwięksi krętacze zrobią najbardziej pokrętne rzeczy i
wyjdzie z tego największe, powszechne dobro" - J. M. Keynes
wojnier  - "Neoliberał" jak dawniej "syjonista"   |07.03.2009 10:42:44
robi karierę polityczną, czemu lewica używa pojęcia "neoliberał" jako
zamiennika większości pejoratywnych określeń działaczy polityczno-gospodarczych.
Rozumiem, że na wiecach jest to przydatne ale oszczędźmy sobie tego przy
usiłowaniach rzeczowej dyskusji.
Mógłbyś zresztą podać jakieś przykłady godne
naśladowania, gdzie teoria Keynesa zadziałała tak jak powinna, bo moje zdanie
jest takie, że każdy polityk, który chce kupić sobie poparcie podpiera się tą
teorią. Kłopot tylko jest w następnej kadencji, kiedy trzeba kupić zaufanie
innej grupy. Pokaż mi takiego odważnego premiera, który zadeklarował
podniesienie podatków w kontekście spłaty zadłużenia, zawsze szło o realizację
następnych obietnic socjalnych a długi państwowe wokoło tylko rosną. No ale kto
przejmuje się długami, przecież zawsze znajdą się jacyś neo… do bicia.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.03.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.83409 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273