|
Zakończył się właśnie w Krakowie duży europejski festiwal literacki, na który przyjechało 80 pisarek i pisarzy biorących udział w programie stypendialnym Homines Urbani. Do perełek imprezy zaliczyć należy występ Sławomira Shuty.
Ten skończony już prozaik (ostatnia powieść Ruchy została zagryziona przez krytykę), postanowił pokazać się w roli poety. W Bunkrze Sztuki gasną światła, a Shuty ubrany w kurtkę wojskową i czapeczkę z daszkiem wchodzi na mównicę. Wpierw zapala światło punktowe, które niby ma oświetlać ambonę, ale działa ono tak, że pisarza nie widać w ogóle. Strumień pada pół metra niżej, oświetlając przede wszystkim podest, a nie autora. Odbiorca widzi źle wymierzone światło i kawałek poruszającej się czapki. Ledwie widoczna w ciemnościach postać zaczyna przewracać kartki i czytać do mikrofonu. Słyszymy zaproszenie do wzięcia udziału w wieczorze poezji, z głośników płyną kiczowate, grafomańskie wiersze o miłości, tęsknocie na połoninie, rozstaniach. Po pierwszym wierszu mikrofon zaczyna lekko szumieć, piszczeć, na chwilę przestaje, po to, by znów coraz bardziej trzeszczeć. Niewidoczny Shuty nic sobie z tego nie robi, w zaparte czyta o niegasnących uczuciach. Po chwili wszystko co możliwe zgrzyta i niesamowicie piszczy. Znając poziom organizacji niektórych wieczorów literackich, nie dziwię się wcale, że poeta jest niedoświetlony, że nagłośnienie szwankuje. Mikrofon jednak trzeszczy już tak mocno, że tylko niektóre słowa typu „odeszłaś”, „wrócisz” z trudem przedostają się do ucha słuchającego. Artysta tego nie zauważa. Jedna osoba opuszcza salę, po chwili wychodzi już połowa Bunkra. Kiedy występ poety dobiega końca z powodu wszechobecnych trzasków nagłośnieniowych, nie ma już prawie nikogo. Wychodzący przeklinają organizatorów i poziom techniczny. Dopiero potem dowiem się, że całość poszła z płyty uprzednio przygotowanej przez didżeja.
Nie był to jedyny występ Shutego. O kryzysie prozatorskim świadczył także jego kolejny show w Willi Decjusza. Autor Zwału zapomniał swoich tekstów, o czym poinformował słuchających. Poprosił też, żeby ci wyjęli z plecaków jakiekolwiek książki, które on poczyta. Doszło do tego, że słuchaliśmy fragmentów Procesu Franza Kafki, Nauki języka słowackiego, prozaików białoruskich itd. W pewnym momencie do stanowiska, gdzie czytał Shuty, podszedł dyrektor Instytutu Książki zażenowany pomysłem i poziomem. Obstawiam, że było to ostatnie stypendium nowego poety z Krakowa.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Na podobny temat
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły. Zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3 Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team |