Biografia Krzywonos
KP22: prze-moc
Komentarze
CYTAT DNIA
Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.
Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
|
|
O „warszawskim akcencie” |
|
|
Piotr Marecki
|
|
28.11.2008 |
Ostatnie 10 dni spędziłem z mistrzem polskiej mowy (nie języka, ale mowy właśnie) – prawie 90-letnim pisarzem i profesorem z Brukseli Marianem Pankowskim. „Słowa mają swój dom” – napisał w jednej z książek Pankowski, który jest jedyną znaną mi osobą posługującą się mową jeszcze z Dwudziestolecia Międzywojennego, w której słychać historię naszej literatury, a tym samym historię naszego języka. Losy wojenne (zwłaszcza obozy koncentracyjne w Oświęcimiu, Gross-Rosen i Bergen-Belsen) sprawiły, że chory na gruźlicę Pankowski od 1945 roku zamieszkał w Brukseli. Pochodzący z Sanoka z plebejskiej rodziny (do czego często się przyznaje), posługuje się niespotykaną już dzisiaj polszczyzną, na którą składają się ukrainizmy, regionalizmy, a jednocześnie historia polskiej literatury nieokrzesanej, marginesowej. Właśnie ze względu na równorzędnie wykorzystywany profesorski artystokratyzm i sanocką plebejskość o mowie Pankowskiego pisze się, że jest „rozróbą w polszczyźnie”. Autor Matugi przez 63 lata mieszkał w Brukseli i z braku styczności z żywym i rozwijającym, ale jednocześnie ujednolicającym się językiem konserwował swoją mowę, taką jaką pamiętał sprzed 1939 roku, codziennie na głos czytając listy od mamy, słowniki i elementarze.
Kiedy na początku wieku rosyjscy futuryści postulowali wskrzeszenie słowa, które się wytarło i stało się częścią świata dźwiękowego towaru, pisali, że należy usłyszeć, co się kryje pod spodem, sięgnąć do rdzenia. Gdy kronikarz ruchu Benedikt Liwszyc po raz pierwszy przeczytał w rękopisach dzieła ich mistrza - Chlebnikowa - stwierdził, że zawalił mu się świat i poczuł się, jakby był niemy od urodzenia. Pisał: „Czymże stałoby się nasze malarstwo, gdybyśmy pewnego pięknego dnia obudzili się nagle ze zdolnością rozróżniania dwukrotnie większej ilości barw niż siedem podstawowych kolorów widma słonecznego? Najdoskonalsze płótna utraciłyby swoją głębię, wydając się nam grafiką”. Podobnie może powiedzieć ktoś, kto obcuje z „rozróbą w polszczyźnie” Pankowskiego. W domyśle - piszący te słowa po 10 dniach wspólnego podróżowania po Polsce.
Dużo by o pobycie profesora w kraju opowiadać. Warto wspomnieć zdarzenie, które powtarzało się cyklicznie. Opiekowałem się pisarzem i niejednokrotnie woziłem go samochodem z miejsca na miejsce. Kiedy zatrzaskiwały się drzwi i uruchamiał silnik, a wraz z nim radio, które dla mnie jest czymś naturalnym, profesor żądał wręcz wyłączenia „okropnego akcentu warszawskiego”. Nie prosił nawet o wyłączenie radia, ale zawsze o ściszenie „akcentu”. „Warszawski akcent” to polska mowa jednolita, której Pankowski nie akceptuje właśnie dlatego, że „słowa mają swój dom”. A „warszawski akcent” nie.
Felieton ukazał się w „Gazecie Wyborczej” w Krakowie 28 listopada 2008.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.01.2009 )
|
|
Felietony Piotra Mareckiego
|
|
Przepraszam, jeśli moja uwaga zabrzmi...
Osmin: chodzi o to, aby zdolne dzieci...