> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wszystko dla pań Drukuj
Kazimiera Szczuka   
28.11.2008
„To film, który mógłby być dużo głupszy. A nie jest. W dodatku ciuchy są tu, jak na mój gust, lepsze od tych z modowych hitów poprzedniego sezonu, gdzie bohaterki z niewiadomych powodów dały z siebie zrobić męczennice tzw. haute couture”

„Kobiety” to pójście za ciosem zwanym niekiedy postfeminizmem, czyli urynkowienie idei równouprawnienia. Film „Kobiety” to produkcja niskobudżetowa (zaledwie 15,7 mln dol.!), kobieca (liczba facetów na ekranie równa się zero) i ogólnie udana. Takie jest moje zdanie, choć idę o zakład, że recenzenci „Gazety Wyborczej” przyznają mu góra dwie gwiazdki. Lubią narzekać, że Hollywood niepotrzebnie wpuszcza na ekrany stare baby, takie jak Sharon Stone, Cher czy Meryl Streep. Krytycy muszą sobie popatrzeć na młode dziewczyny, inaczej ich czas jest stracony – to jasne. Na szczęście krytycy nie o wszystkim decydują. „Kobiety” to projekt w rodzaju „jesteśmy, będziemy”. Gwiazdy lat dziewięćdziesiątych, Meg Ryan i Annette Bening, pokazują wybitną formę, klasę i – owszem, czemu nie? – pozytywne efekty kosztownych zabiegów kosmetycznych oraz tych z zakresu chirurgii plastycznej. Nie jestem naiwna. Wiem, że „Kobiety” to pójście za ciosem zwanym niekiedy postfeminizmem, czyli urynkowienie idei równouprawnienia. Skoro światem rządzi pieniądz, to należy, będąc kobietą, ten pieniądz mieć. Najlepiej samodzielnie zarobiony, ale ostatecznie może być odziedziczony albo odbity niewiernemu mężowi. Władza kobiet w filmach i książkach postfeministycznych jest na ogół władzą kobiet białych, sprawowaną w tradycyjnie kobiecych domenach mody i urody, czyli w kolorowej kobiecej prasie. Siła kobiet jest tożsama z ich siłą nabywczą. Kółko się zamyka, pozwalając po drodze na snucie opowieści z serii „Seks w wielkim mieście”, „Diabeł ubiera się u Prady” czy – wreszcie – „Kobiety”. I tu bowiem, zgodnie z zasadami gatunku, bohaterki trudnią się projektowaniem sukien i płaszczy, redagowaniem kolorowego kobiecego miesięcznika, kupowaniem w bajkowym Saksie przy nowojorskiej Piątej Alei, wykrzykiwaniem: „łaał!”, chodzeniem na szpilkach i kultywowaniem cudownej „babskiej przyjaźni”, koniecznie nad dobrym jedzeniem i winem.

Od czasów XIX wieku i słynnego paryskiego sklepu „Wszystko dla pań” opisanego przez Emila Zolę kobiety rzeczywiście zyskały autonomię. Koronkowa bielizna, zamszowe pantofelki, tweedowe kostiumy, płaszcze z wielbłądziej wełny i kaszmirowe swetry są – przynajmniej z pozoru – w zasięgu portfeli naszych bohaterek. Idyllę zaburza wdarcie się pomiędzy nie seksownej przybłędy (Eva Mendes!), ekspedientki z działu perfum Saksa, zwanej z oburzeniem i niesmakiem „spryskiwaczką”, która rachunkiem za zabójczy komplecik underwear z jedwabiu i koronek zamierza obarczyć męża głównej bohaterki. Pozostanę jednak przy swoim – „Kobiety” to fi lm, który mógłby być dużo głupszy. A nie jest. W dodatku ciuchy są tu, jak na mój gust, znacznie lepsze od tych z modowych hitów poprzedniego sezonu, gdzie Sarah Jessica Parker i Meryl Streep z niewiadomych powodów dały z siebie zrobić męczennice tzw. haute couture nie wisz czasem. W „Kobietach” sprytnie uchwycono pewien manhattański uniwersalizm, bliższy Diane Keaton, Mii Farrow (a niechby i nawet głupiutkiej Ali McGraw z „Love Story”) niż Donatelli Versace, jeśli wiecie, o co mi chodzi.

Najpierw w roku 1936 niejaka Clare Boothe Luce napisała sztukę teatralną osnutą wokół tematu zdrady małżeńskiej, okraszoną zabawnym wątkiem plotkarskim i – rzecz jasna - zakończoną szczęśliwym pojednaniem małżonków. Trzy lata później George Cukor przeniósł tę komedię na ekran. Powstała – ponoć – rzecz raczej płytka i pusta, ale mająca pewien wywrotowy potencjał, skoro na ekranie ani razu nie pojawił się żaden facet. Wreszcie dziś, w 2008 roku, „Kobietami” zajęła się Diane English, twórczyni bardzo fajnego, feministycznego serialu pt. „Murphy Brown”, zastąpionego po jakimś czasie przez postfeministyczną „Ally McBeal”. 70 lat minęło jak jeden dzień i oto panie znowu spacerują w swoich wielbłądach i kaszmirach, prowadzą na smyczach pieski i wzdychają do makabrycznych torebek ze skór chronionych zwierząt. Tyle tylko, że oprócz tego chodzą do pracy, nie wszystkie są białe, a ta, która nie jest hetero, nie musi określać siebie mianem starej panny i dziwadła, tylko po prostu jest lesbą starającą się w cały ten światek nowojorskich pań wnosić nieco humoru i dystansu.

„Będę postfeministką w postpatriarchacie” – lubi cytować amerykański kampusowy slogan moja przyjaciółka Agnieszka Graff. Zgoda. Na razie cieszymy się, że niektóre kobiety przetrwały jakoś w Hollywood i że są obecne w „Kobietach”. Obecne na 100 procent. Po czterdziestce, pięćdziesiątce i dalej. Grają, latają, płaczą i rzucają się sobie w objęcia. I robią to momentami aż za dobrze jak na potrzeby postfeministycznej komedyjki.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.63224 Seconds