> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wstaje (krótki) dzień |
|
|
Kazimiera Szczuka
|
|
15.12.2008 |
Nie mam swojego rzędu mundurków, białych koszul, drelichów i fartucha, choć czasami bardzo chciałabym mieć. W co się ubrać? Jak żyć?
Znacie ten moment, kiedy po uciszeniu budzika zapada się w głęboki sen, a kolejna runda cholernego hałasu wprawia człowieka w złość pomieszaną z lekką paniką? Przez chwilę, zanim dotrzemy wzrokiem do tarczy zegara, targa nami wyobrażenie o utraconych, powiedzmy, dwóch godzinach, wciąganiu rajstop na spodnie od piżamy, sprincie po schodach, czapce noszonej na brudnych włosach przez resztę dnia, świeceniu oczami, śmierdzeniu (pardon) z gęby i zapomnieniu zeszytów? Jeśli nieodwołalnie uciszyliśmy budzik, pozostaje nam jeszcze żona – znacznie lepsza w tej sytuacji od męża! – dzieci (zależy od wieku, małe i liczne – koniec z nami), wreszcie – pies, kot, turkot wozu mleczarza albo ryczenie krowy.
Początek filmu „Cztery wesela i pogrzeb” to wzorcowy sposób opowiedzenia tej historii. Hugh Grant to ja! Przez pierwsze kilkanaście minut leci, szarpie, wciąga, wylewa, przypina, parska, sapie i syczy (pardon): „ fuck!, oh, fuck!, fuck!”. Ale poranne śluby na szczęście nie zdarzają się co dzień. Normalka typu prysznic, kawa, malowanie się w windzie, pogryzanie tostu na schodach, nietrafi anie ręką w rękaw marynarki, strzepywanie okruszków i pokrzykiwanie na dzieci kończy się zacumowaniem przy biurku, stanięciem za ladą, rozłożeniem gazety. W kinie, także tym prywatnym, które każdy prowadzi na własny użytek w głowie, sporo porannych historii typu akcja/ modernizacja, mniej jakoś obrazków z tramwajów, bram zakładów pracy, magazynów, w których zapalamy żarówkę na drucie, hal, doków, turbin, budek dróżnika czy choćby szkolnych korytarzy, gdzie nurkujemy w tłumie rozwrzeszczanych nastolatków niczym Kate Blanchett w „Notatkach ze skandalu”.
Osoby mojego pokroju, to znaczy niepracujące ani w hali, ani w białym domu, ani w banku, ani w hurtowni, mają całkowitą niemal dowolność, jeśli chodzi o dobór odzieży. To niesłychanie wydłuża początek dnia, bo nie mam swojego rzędu mundurków i białych koszul ani drelichów, fartucha ani kasku, chociaż czasami bardzo chciałabym mieć. W co się ubrać? Jak żyć? Parę dni temu zadzwoniła do mnie osoba, chyba młoda, z kolorowego magazynu o modzie, z wiadomością, że w konkursie na najlepiej ubraną postać ludzką otrzymałam nominację w konkurencji „media coś tam coś tam” (że posłużę się stylem mojej dawnej nieprzyjaciółki pani Kruk). Bardzo mnie to ucieszyło. Odkąd sięgam pamięcią, byłam strojnisią, w dzieciństwie niespełnioną, w młodości niedofinansowaną, wreszcie, na stare lata, dostrzeżoną. „Media coś tam coś” to zawsze coś.
Dopóki nie poznałam mojej najserdeczniejszej przyjaciółki Agnieszki, która jest scenografką, miałam kłopoty z ciuchami dużo większe niż dziś. Oprócz podstawowych założeń, to znaczy czyste, czyli nie to samo co wczoraj, musiałam w porannym pośpiechu szybko decydować, za kogo chcę się dziś przebrać. Czy za panią z uniwersytetu, czy za przystosowaną kobietę sukcesu, czy też za wyluzowanego pisarza w wielkich spodniach i wielkim swetrze. Jeśli kończyło się – a często tak bywało – na tym ostatnim – miałam po kilku dniach poczucie, owszem, emeryckiego komfortu, ale i bycia odstawioną na boczny tor rzeczywistości. Inna moja najserdeczniejsza przyjaciółka Magda, też pracująca w domu, ma specjalną „kamizelę redaktorską”, „redaktorskie walonki” i pocerowane sukienki Paszczaka przeznaczone do oddzielania godzin pracy od godzin niepracy, czyli sprzątania, wychodzenia z psem, ćwiczenia jogi i gotowania dla córki Adeli. Problem tylko w tym, że Magda (Magda K.) jest osobą nieprawdopodobnie ładną i zgrabną, wysoką, wysmukłą, wybitną i wylaszczoną nawet – a wręcz zwłaszcza! – w redaktorskich walonkach. Nieosiągalna dla mnie długość jej nóg dawno zniechęciła mnie do naśladowania jej stylu. Agnieszka Z. nauczyła mnie za to prostej zasady, że wystarczy pisarskie wory średnionoga (średnionóg – kobieta o nogach długości średniej) wykonać częściowo chociaż ze szlachetniejszego materiału, a mogą one zostać jako takie nierozpoznane i uchodzić za wory wysokiego wyrafinowania.
W tej chwili jednak, moi mili, siedzę przed komputerem w piżamie Hugh Granta i stukam w klawisze, czując się po części suwnicową ze stoczni , bo bardzo, ale to bardzo nie chciało mi się rano wstawać, a po części czuję się jak Carrie Bradshaw, bo w końcu „media coś tam coś tam” i że niby modna jestem.
Felieton ukazał sie w „Gali” 50/2008.
Na podobny temat
|
|
Felietony Kazimiery Szczuki
|
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...