Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
W poszukiwaniu straconej babci |
|
|
Kazimiera Szczuka
|
|
01.01.2009 |
Machulski po ponad dwudziestu latach tworzy zabawny komentarz do swojej legendarnej „Seksmisji”, narodowej komedii wszech czasów
Rok 2000. Oto Zosia (Ilona Ostrowska), czterdziestoletnia pani psycholog, rozwiedziona z mężem cymbałem (Robert Więckiewicz), związana z softmenem i białolistnikiem* (Maciej Marczewski), mama podrastającej Florki (Sylwia Dziorek). Florka pozostaje biologiczną córką cymbała, ale mimo tej drobnej uciążliwości (cymbał rości) – Zosia, białolistnik Kuba i śliczna dziewczynka – stanowią udaną rodzinkę, droczącą się i obdarzająca wyrazami miłości wśród mieszczańsko-inteligenckiego dostatku i nowoczesnej aranżacji wnętrz. Pierwsze kilkanaście minut nowego filmu Juliusza Machulskiego „Ile waży koń trojański” to kolorowy obrazek mogący wprawić nas w pewne zakłopotanie. Dokładnie w momencie, kiedy wielbiciele talentu reżysera zaczną się z lekka niepokoić, o co tu chodzi – koń trojański ruszy z kopyta. Uwielbiam ten film! Jest najprawdziwszą pod słońcem polską komedią romantyczną, wzruszającą, śmieszną i obdarzającą widzów najmilszym ciepełkiem. Cud, że coś takiego powstało po tych wszystkich korporacyjnych dyrdymałach w stylu „Tylko mnie kochaj” i pełnych brutalnego chamstwa „Lejdis”. Machulski po ponad dwudziestu latach tworzy zabawny komentarz do swojej legendarnej „Seksmisji”, narodowej komedii wszech czasów, która ukazywała PRL jako świat na opak, stojący na głowie, gdyż… rządzony przez kobiety. Jak to swego czasu wnikliwie zanalizowała Agnieszka Graff, satyra polityczna ubrana w kostium seksistowskiego pamfletu była na tyle udana, że zdołała skleić w potocznej świadomości doświadczenie absurdu realnego socjalizmu i wizję przerażającego matriarchatu.
Dziś poznajemy historię zupełnie inną. „Jestem feministą” – oznajmia reżyser w jednym z wywiadów. Film jest tego stwierdzenia ilustracją i dowodem. Zosia, przeniesiona w czasie, ląduje w epoce schyłku PRL-u, w roku 1987, kiedy system już dziwnie murszeje i kruszy się, ale o tym, że się ostatecznie rozleci, możemy tylko pomarzyć. I co się okazuje? Powrót do przeszłości to nie tylko odjęcie sobie kilkunastu lat, możliwość uniknięcia błędów i uratowania życia ukochanej babci (Danuta Szaflarska!). To możliwość ogarnięcia absurdu, jakim były przezabawne i okropne, patriarchalne właśnie, relacje męsko-damskie 20 lat temu. Zosia, którą mniej lub bardziej świadomie Machulski czyni psychoterapeutką, odbywa coś w rodzaju autoterapii, rozumnym okiem spogląda na własne przeszłe życie i może sobie jasno powiedzieć: „Taka głupia już na pewno nie będę!”.
Wrzucenie mieszkanki dzisiejszego świata w dziwną bajkę o wąsatych biznesmenach w tureckich swetrach, zapraszaniu na kawkę, podwójnych i potrójnych kombinacjach pozamałżeńskich i świętej naiwności żoneczek owocuje gwałtownym i wybuchowym obudzeniem świadomości. Intryga krąży tu wokół pytania, czy Zosia ma zajść w ciążę z Darkiem – cymbałem; wówczas spłodzona zostanie Florka, czy – jak marzy – będzie miała dziecko z Kubą, którego należałoby wówczas spotkać, poznać, uwieść i rozwieść z Lidką, czyli Mają Ostaszewską. Obowiązek „kochania się” – „Zosiu, a może byśmy się tak pokochali” – lubi mawiać straszliwy Darek (Więckiewicz rewelacyjny!) – lub też „odbycia stosunku płciowego” i pilna konieczność zapłodnienia w stosownym czasie stoją w sprzeczności z planami rozwodowymi Zosi i jej wolą puszczenia niewiernego męża w skarpetkach. To bowiem wymagałoby „ustania pożycia”.
Zabawnym i raczej smętnym, z dzisiejszej perspektywy, tłem tych dylematów jest motyw prekursorskich prac przyjaciółki Zosi, Marty (cudowna Kasia Kwiatkowska!) nad zapłodnieniem in vitro. Poseł Gowin już powinien potępić ten film, bo niebezpieczna wiedza o plemnikach i jajach w probówce powinna być zabijana w (za pozwoleniem) zarodku. Koń trojański ani nie demonizuje, ani nie idealizuje PRL-u. Dokonuje przywrócenia utraconego fragmentu polskiej tożsamości, dokonuje scalenia, które jest tyleż oczywiste i potrzebne, co trudne i problematyczne. Przeszłość jako świat znany, a zarazem kompletnie egzotyczny ożywa dzięki scenografii, zdjęciom lekko stylizowanym na film ORWO, wreszcie – fenomenalnym kostiumom Ewy Machulskiej. Ach, te wielkie poduchy na ramionach, te damskie marynary, paski na biodrach, kwieciste groszowe jedwabie i zmechacone sweterki! Ten wszechobecny dym z papierosów, wielkie oprawki okularów, czarne teczki i białe skarpetki ludzi interesu!
Oglądając komedyjkę Machulskiego, przeżywamy wstydliwe wzruszenie powracających do dawno porzuconego, wzgardzonego rodzinnego plemienia, żyjącego dalej gdzieś za górami, za lasami. Najbardziej niesamowite jest jednak spotkanie Zosi z babcią. Ono jest sercem i sednem całego fi mu, prostą i genialną metaforą utraconej i odzyskanej mocy mieszkanek polskiego patriarchatu. Oby moc była z nami, czego nam wszystkim, bez względu na płeć, życzę w imieniu wielkiej Bogini Babci.
* białolistnik – mężczyzna z białej listy. Nie pije, nie bije, zarabia, dba i kocha.
Felieton ukazał sie w „Gali” 1-2/2009.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 14.02.2009 )
|
|
Felietony Kazimiery Szczuki
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...