Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Poza zasadą teraźniejszości |
|
|
Kazimiera Szczuka
|
|
07.03.2009 |
„Potrzebujesz przewodniczki? No to choć ze mną” zaczyna swoją opowieść Sylwia Chutnik. „Na prawo syf, na lewo syf, przed nami miejski labirynt”. Bazar na Ochocie, przy Hali Banacha, przy Bitwy Warszawskiej. Bazar - uniwersum znaczeń. Wszystko znane i wszystko nieznane.
„Jest Warszawa, po prostu jest” śpiewali kiedyś Trubadurzy, a Sylwia Chutnik pokazuje, że nic już nie jest po prostu. A może wcale jej nie ma, tej Warszawy? „I wciąż w pamięci tamte dni, niełatwo w grunt wsiąkają łzy” - to dalej PRL-owski szlagier patriotyczny o zwycięskim mieście, które podniosło z gruzów, „przemogło śmierć”.
U Sylwii Chutnik odwrotnie: wiedza o przeszłości miasta podlega absolutnej amnezji, grunt wchłonie wszystko, syf wszystko przykryje. Jak pokazać coś, czego nie ma? Jak odtworzyć życie widmowe, traumę i żałobę zalepioną plasterkiem renowacji, prywatyzacji, modernizacji? Jak odejść od martyrologicznych stereotypów i zapisać to uporczywe, nieheroiczne istnienie ludzi i duchów pośród odwiecznej bazarowej krzątaniny wokół żywności i szmat?
Pisarka tworzy głos dialogujący i z Mironem Białoszewskiem, i z Markiem Edelmanem. Z Marią Janion, Jolantą Brach-Czainą i Angelą Carter. Tworzy feministyczną groteskę, odsłaniającą okropieństwa i zwyrodnienia ciał i wyobrażeń, ale i przepełnioną troską, współczuciem. Bohaterki Kieszonkowego atlasu kobiet to najniższa kasta, niedotykalne. Wariatki, brudasy, staruchy. Głos pisarki je odkrywa i ich dotyka. Otocza opieką. Udziela pomocy. Najczęściej po prostu pozwala odejść, odprowadza z tego złego świata gdzieś dalej, w zaświaty. Jest z nimi.
Kobiety Chutnik to warszawskie Madonny. Dziadowskie, żydowskie, bazarowe. Mańka, Maria, Marysia. Pan Marian, który nie jest panem, choć i panią też nie jest. Niegrzeczna, zrewoltowana dziewczynka, która chce podpalić cały świat. Czarna Mańka, menelica, co raz utraciwszy nieodpłatną posadę sprzątaczki, mistrzyni szorowania sracza, oderwała się od bezpiecznego organizmu rodziny aby w końcu wozić w wózeczku razem z puszkami po piwie swoje wymarzone dzieciątko, halucynację co stała się ciałem. Mańka chce jakoś przeczekać swoje życie, ale musi od czasu do czasu wymyślać zabawy „na rozbudzenie”, bo takie całkiem nie-istnienie też trudno znieść dzień po dniu. Więc „jak przechodzi obok murka czy ściany bloku, to nieznacznie wysuwa nadgarstki i szoruje nimi o beton. Potem, nie patrząc nawet na dłonie, zlizuje krew i resztki pyłu, które nie chcą się goić”. To zdzieranie, zdrapywanie wdzieranie się pod powierzchnię to drastyczna figura stylu Atlasu. Spod świeżej farby, kryjącej ściany domów, czasu, rzekomo leczącego rany, spod codziennej ludzkiej gadaniny pisarka wydobywa mięcho rzeczywistości, flaki samego istnienia, nie tam żadną duszę. „Maria rozwiera żyły. Jestem mięsem? No to sobie popatrz!”. Sylwia Chutnik mięcha się nie boi, bo zna je, jak każdy etnograf, jak każda gospodyni domowa. Trzeba umieć w mięso włożyć ręce. Pisanie Chutnik to proceder gospodarski, autorka jest wszakże „radykalną gospodynią domową”, jak sama siebie określa. Naruszenie i zakwestionowanie podziału na materię i ducha, na wzniosłość i groteskę, na górę i dół to podstawowa strategia tego pisania. „Tarcie, mocne tarcie o mur to jedyny sposób, żeby Maria się obudziła. Kiedy prawie mdleje z bólu, jest jak nasza święta panienka z obrazu pod krzyżem. Rozpaczająca i nieobecna”.
Matką Boską stanie się również pani Maria, nazywana niekiedy „panią zgniłą”. Podwójna bohaterka historii, łączniczka, kanalarka, bojowniczka obydwu powstań warszawskich: tego, które ma swoje muzeum i tego pierwszego, w getcie. Na Opaczewskiej pani Maria to nikt, zero a może w końcu jakaś Żydówa co wojnę wywołała. Bo „w tym mieście jest miejsce tylko na jeden zryw heroiczny - ma on swoje muzeum, swoją martyrologię, miejsce pamięci.” Wierność tamtemu, co - nie - wolno - się - przyznać wiąże się ze zstąpieniem do podświadomości, do kanałów, do piwnicy. Miejsce pamięci żydowskiej, wciąż ukryte pośród polskiej wspólnoty to coś jak mickiewiczowski „dół kryjomy”, antypomnik, przestrzeń wykluczenia. Ale i miejsce na poły swojskie. Schowek żydowskiego niedobitka jest przecież zawsze jakoś „tu”, jakoś niedaleko. Pani Maria w końcu zaszyje się pośród rowerów i weków, na wzór pani Róży z Życia przed sobą Romaina Gary i Momika z Patrz pod miłość Dawida Grossmana. Na warszawskiej Ochocie, w zmodernizowanej Polsce, kraju wolnego wyboru wśród oferty bazarowych kurczaków i żrącej chemii do szorowania klozetów pani Maria jest jedną z ostatnich konspiracyjnych strażniczek pamięci. Uwzniośleniu patriotycznej powstańczej martyrologii Sylwia Chutnik znów przeciwstawia podróż do wnętrza ziemi, w bulgoczące trzewia miasta, w głąb pamięci, w głąb ciała. „Czasami widzę otwarte wejście do podziemnego świata. Pierwszy impuls: wskoczyć tam, zejść szybko po metalowej drabince i jej cienkich szczeblach. Zanurzyć się szlamie. Poczuć między palcami błoto, gęstą ciecz”. Temu unurzaniu towarzyszy wywrotowa, feministyczna sakralizacja: szlam, szambo kanałów jest jak styksowy muł, ale i wody płodowe a zarazem woda święcona: „posmarować nią twarz, zrobić kreski pod oczami, jak barwy wojenne. Albo narysować charakterystyczne linie na policzku: Matka Boska Warszawska. Strzegąca samotne dziewczyny wyruszające wilgotnymi kanałami. Narażone na wojenne zamiecie. Na gwałty, na upokorzenie w szeregach żołnierskich. Na porwana sukienkę, wyszarpniętą bieliznę”.
Na co dzień los pani Marii to „męczeństwo bez zmartwychpowstania”, stale wystawione na „syk antysemityzmu”, powszedni rytuał „przystawiania pistoletu do skroni” choćby przez niczego nieświadomą przemiłą panią z warzywniaka, wygłaszającą odwieczne prawdy o „żyduchach”. Ale w Atlasie kobiet pani Maria jest też królową Polski. W geście przekreślenia zasad politycznego porządku Sylwia Chutnik odzyskuje moc symboliczną dla wszystkich kobiet, całej tej świętej i sponiewieranej wspólnoty istot cywilnych, służb pomocniczych, cichych bohaterek, gwałconych ciał, obłąkanych podpalaczek, żyjących parę minut bogiń wolności, mścicielek samotnie usiłujących wymierzać sprawiedliwość. „Panie generale, melduję posłusznie, że od dzisiaj przyjmuję pseudonim „matka Boska Żydowska”, matronka wszystkich bojowniczek getta i powstań zbrojnych. Kobiet strzelających, bombowniczek, morderczyń, rebeliantek, sabotujących terrorystek, wariatek z karabinem” . Na przekór konserwatywnej polityce historycznej, na przekór modernizacyjnej bajce neoliberalizmu pisarka ukazuje to co pohańbione, wykluczone i zapomniane. To co pod gruzami i pod skórą.
Książka Sylwii Chutnik zaskakująco dialoguje z tekstami napisanymi niemal równolegle - Utworem o Matce i Ojczyźnie Bożeny Keff i sztuką Doroty Masłowskiej Między nami dobrze jest. Żeby nie było wątpliwości - Kieszonkowy atlas kobiet powstał na wiele miesięcy przed tekstem Masłowskiej, o żadnym ściąganiu nie ma mowy. To raczej dowód, że są w powietrzu tematy domagające się wypowiedzenia, jak ci umarli, chwytający za rękę Czesława Miłosza i żądający pisania o nich wierszy. To znowu oni. I one. Kobiety, dzieci, Żydzi. Ludność cywilna. Ci, których wojenna trauma umieściła w bezczasie, między światami. Modne niegdyś wśród polonistów słówko „turpizm” - oznaczające estetykę brzydoty i zgnilizny, wyrażającą kryzys i rozpad świata, nieodwołalnie łączy się z „trupizmem” - wiedzą o tym, co znajduje się w fundamentach warszawskich domów, w podświadomości polskiego jestestwa. Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi - zatytułowała Janion książkę posądzaną przez czytelników samych tytułów o martyrologiczny nekrofilski szantaż. Nic bardziej mylnego. Janionowska dekonstrukcja narodowego paradygmatu to coś na kształt terapii ustawiania rodzin Berta Hellingera. Przez uaktywnienie zdolności jednostkowej empatii martwe regiony zbiorowej, pokoleniowej pamięci zaczynają reagować: wiedzieć, czuć, cierpieć. Płynie stamtąd ból ale i ożywcza energia, bo „kamienne serca ofiar” otwierają się jednocześnie na to, co tu i teraz, stają się obecne. W Kieszonkowym atlasie kobiet Sylwii Chutnik toczy się ten sam proces. Pisarka sięga po przeszłość obecną w teraźniejszości aby wyciągnąć świat z odrealnienia, aby rany pamięci stały się - dosłownie - namacalne, dotykalne. „Na starość powstanie strzyka w kościach” - każdy staruszek w przychodni to wie. Chutnik stosuje rodzaj Foucaultowskiej przeciw-pamięci, o którą filozofka feministyczna Rosi Braidotii objaśnia jako „formę obrony przed przyswajaniem dominujących sposobów reprezentowania siebie”.
Czy rzeczywiście, jak chciałby tego Maciej Gdula, pozostaje nam wybór między krytyką współczesnej rzeczywistości a „afirmacją bogoojczyźnianej opowieści o starych i nieżywych Polakach?”. I Dorota Masłowska, o której pisze Gdula, i Bożena Keff i Sylwia Chutnik naruszają i przekraczają ten podział, kwestionują samą zasadę teraźniejszości, która zostawia za sobą przeszłość, wybierając istnienie przeciw nieistnieniu, „teraz” przeciw „wtedy”, „tam” przeciw „tu”. Pisarki są - zgodnie z formułą Braidotii - tymi, które „zapomniały zapomnieć o niesprawiedliwości czy symbolicznym ubóstwie”. Wystarczyło tylko pokazać, że starzy Polacy są bardzo często Polkami. I że granica między tym co żywe a nieżywy bywa bardzo zwodnicza i chwiejna.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.03.2009 )
|
|
Felietony Kazimiery Szczuki
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...