|
A to niby po co? Nie ma nudniejszego tematu rozmów między kobietami. Kiedy koleżanki zbierają się, aby snuć opowieści w rodzaju „on powiedział, ja powiedziałam” albo „mój mąż ,mój mąż”, kiedy w telefonie przyjaciółka zapodaje zaciętą płytę „ale ja go kocham!” – powiem szczerze – spadam w podskokach. Nie jestem osamotniona – uszu posłusznych i powolnych tej mowie nie ma na świecie wiele. Jeśli już, to odpłatnie. Na terapii proszę bardzo, możemy sobie pofolgować. Popłakać nawet, droga wolna, ale nawet to nie będzie trwało w nieskończoność. Po pierwszych dziesięciu minutach udręczona terapeutka łagodnie przypomni, że to nasza terapia i szkoda czasu na analizę osoby, której z nami nie ma. To znaczy Jego. Jego osoby.
Sama tak potrafiłam „bo on, bo on” a nawet - przyznaję – dalej to robię. Czasami. Tylko wobec rodzonej siostry. No, prawie tylko. To jakaś fizjologia prawie, wstydliwe wydzieliny egzystencji, hejnał z Wieży Mariackiej, komunikat o stanie wód. Smędzenie niedopuszczalne poza miejscem ustronnym. Owszem, są sytuacje przełomów Dunajca. On wynosi już z domu fanty albo On zrobił dziecko kierowniczce zmiany. On wyjeżdża na wybrzeże albo - o dziwo! – zaczął się starać. Kogo On ma? Kiedy wybucha miłość, dobrze czasem poczciwie pożartować z nieszczęsnych, pokręcić głową z niedowierzaniem, powinszować, jeśli jest czego. Na ogół nie za bardzo, bo znana to prawda, że w moim pokoleniu czterdziestolatków (!!) mężczyźni nie są szczególnie udani. Twory epoki przejściowej, szowinizm wyssany z mlekiem matki, mowa ciała podległa prawidłom patriarchatu. Mimo ogłady, mimo nauk. Nie narzekam, stwierdzam fakty. Większość znajomych i nieznajomych partnerów, mężów, ojców dzieci i sąsiadów tej generacji to osobnicy cierpiący na zespoły i podzespoły groźnych napięć, które, jeśli je ignorujesz, przemieniają się w bierną początkowo, lecz w końcu jawną agrechę. Jeśli je pielęgnujesz – zjadają cię po kawałku. A najczęściej On po prostu gdzieś przebywa sobie w niebycie, mentalnie, realnie albo i to, i to. Nowy utwór grupy Masskotki znajdziecie bez trudu w sieci. „Kombinacje”. Tak się nazywa. Bardzo polecam.
Piszę tak sobie o tym wszystkim z pewnym rozrzewnieniem. Faza permanentnego psioczenia na facetów to początkowa faza świadomości emancypacyjnej. Szybko mija bo jest nudna. Potem zaczynasz zajmować się sobą aby wreszcie, jako podmiot suwerenny, wejść albo nie wejść w relację z kimś, z kim cały czas jesteś, kimś, kto ci się podoba albo kimś, kto dopiero ma się pojawić w twoim życiu. Takie przynajmniej są ogólne założenia.
Studiując obszerne teksty zamieszczane uparcie przez „Gazetę Wyborczą” w cyklu poświęconym męskości, znajduję motywy potwierdzające ponure uogólnienia, ale i coś innego jeszcze. Analogiczne i symetryczne męskie skargi na baby. One to, one tamto. One nie mają żadnych zainteresowań, ciągle tylko sprzątają i gadają w kółko to samo. Mężczyzna musi być samolubny, bo nikt go nie lubi. Baba zjadłaby cię w kaszy, gdybyś tylko jej na to pozwolił. Zwariować można, kiedy ona ma o wszystko pretensje, choćbyś nie wiadomo co.
Książka Sama Keena „Ogień w brzuchu. Być mężczyzną”, poradnik sprzed dwudziestu lat wydany właśnie po polsku, cieszy się popularnością w kręgach oświeconej męskości. I znów nostalgiczne westchnienie! My też czytałyśmy te wszystkie poradniki. „Kobiety, które kochają za bardzo”, „Toksyczna miłość”, „Kobieta bez winy i wstydu”. Były tego całe półki, często spóźnione wobec swych oryginalnych wydań o dekadę czy dwie. Ale na pracę tego rodzaju nigdy nie jest za późno. Po etapie „bo On/Ona” nadchodzi pora na „Ja”. „Ogień w brzuchu”, obszerny, wartko napisany poradnik psychologiczno-filozoficzny nie zwraca facetów przeciwko kobietom, zwraca ich ku sobie samym. Inicjacje, wojownik w tobie, wyzyskiwanie mężczyzn przez patriarchat, wyniszczająca służba korporacjom, militaryzm, utożsamianie męskości z przemocą, gwałtem, brakiem uczuć. Wszystkie te rzeczy. Program pozytywny to powrót do cnót przyjaźni, empatii, wspólnoty, ale i „cnoty dzikości”. Seks? Tak! Przemoc? Nie! Ojcostwo – oh, yes. Kobietom – szacunek. Przyrodzie – ochrona. Może to i nieco zabawne momentami, jak zabawny jest język New Age, ale co z tego? Lepsze od mordobicia i zerowych alimentów. Lepsze od dumnego Bogusia Lindy nad trupem zamordowanego lwa, tygrysa czy nosorożca. Nie pamiętam dokładnie co tam widziałam na zdjęciu w prasie łowieckiej, bo, szczerze mówiąc, nie chciało mi, k.., na to patrzeć.
Felieton ukazał się w Gali.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...