Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Pochwała poliandrii |
|
|
Kazimiera Szczuka
|
|
26.11.2008 |
Trzy kobiety stworzyły fenomenalny musical. Dziełu patronuje bogini Afrodyta.
Poligamia to system, w którym mężczyzna ma wiele partnerek. Do tego stopnia utożsamiamy niewierność z facetami, że często nie pamiętamy, iż istnieje jeszcze inne piękne słowo – poliandria. Oznacza ona system, w którym to kobieta ma kilku mężów, partnerów albo domniemanych ojców swoich dzieci. Ojców – dodajmy – zadowolonych z tego stanu rzeczy i gotowych roztaczać opiekę nad potomstwem. Według antropologów poliandryczne związki praktykowane są przede wszystkim w niektórych miejscach Himalajów i Tybetu, Indii, Cejlonu, a także przez plemiona w Laosie, na Sachalinie i Wyspach Kurylskich. To nie koniec. Są prócz tego poliandryczne wspólnoty Indian, Eskimosów, Afrykańczyków i Australijczyków. Zapewne istnieją one we wszystkich miejscach globu, również na wsi polskiej i na warszawskiej Pradze. Pytanie tylko, czy mają charakter przypadkowy, czy systemowy. Jeśli to drugie – mamy do czynienia ze światem, w którym kobiecie jest raczej wygodnie i przyjemnie. Łoży na rodzinę nie jeden ojciec, lecz kilku, nie grozi nadmiar potomstwa, praca któregoś z mężczyzn z dala od domu nie stanowi problemu. Zmniejsza się zazdrość, zależność i niepewność o byt. Życie jest lżejsze.
Niektóre poliandryczne ludy, na przykład w kraju Suvrnagota w Tybecie wiązano wręcz z matriarchatem, władzą kobiet. Patriarchalni mężczyźni bardzo tego nie lubią. Kolonizatorzy zwalczali poliandrię na rozmaite sposoby. Kapłani i naukowcy wmawiają nam, że „z natury” jesteśmy przystosowane do wierności jednemu mężczyźnie, czemu przeczy jednak instytucja kochanka. Słowem – sprawa jest polityczna. Dlaczego piszę o tym tak obszernie? Oczywiście, pod wpływem filmu „Mamma Mia!”. Oto poliandryczna za młodu kobieta spotyka swoich niegdysiejszych partnerów zaproszonych potajemnie przez jej córkę na ślub, na którym brakuje właśnie taty mającego ją poprowadzić do ołtarza. Jak wszyscy – oprócz Pawła Mossakowskiego – jestem absolutnie zachwycona Meryl Streep w roli Dony. A także jej filmową córką, jej przyjaciółkami, jej domem, jej byłymi facetami, jej głosem i jej szpagatem zrobionym w powietrzu. Nie mówiąc o ogrodniczkach, wiertarce, czerwonym szalu i kreacjach w stylu Abby.
„Mamma Mia!” to prawdziwa alternatywa dla uprzykrzonej twórczości Koneckiego, Saramonowicza i Madejskiego, jako że fenomenalny musical i film stworzyły trzy kobiety: producentka Judy Cramer, scenarzystka Catherine Johnson i reżyserka Phyllida Lloyd. Wszystko na chwałę poliandrii, miłości matczyno-córczanej, wiecznej przyjaźni kobiecej i radości życia. Patronuje temu dziełu bogini Afrodyta, bo rzecz dzieje się na cudnej greckiej wyspie, gdzie według legendy biło niegdyś jej magiczne źródło. Oczywiście, w finale filmu taka właśnie fontanna wytryska spod pękniętej posadzki, aby euforyczne tańce i wszechogarniająca miłosna ekstaza zyskały rodzaj sakralnego uhonorowania. Skądinąd, jeśli pamiętamy „Testosteron”, i tam występował motyw antyczny w postaci ojca Greka, rozsiewającego, niczym bóg Zeus, swe cenne nasienie pośród mieszkanek polskich wsi i wszechstronnie afirmującego gromadkę cudem odnalezionych synów. Tu jednak królują nie ojciec i syn, lecz matka i córka – mamma jako „Dancing Queen” i jej największy skarb – złotowłosa nimfa, spłodzona nie wiadomo przez kogo, ale wychowana i wypieszczona przez matkę jak prawdziwa księżniczka. Inaczej niż wśród ludów himalajskich Amerykanka w Grecji nie potrzebuje wielkiego materialnego wsparcia od mężczyzn. Wychowuje córkę sama i choć z trudem wiąże koniec z końcem (brawurowe wykonanie „Money, Money”!) – pomocy szukałaby raczej u zamożnej przyjaciółki niż u któregoś z domniemanych tatusiów. W świecie bogini żaden z nich nie jest jednak dyskryminowany, lekceważony ani pogardzany. Przeciwnie. Obecność każdego uczestnika wielkiej balangi dla wszystkich pokoleń jest niezastąpiona, nieodzowna i na miejscu. Będzie i czek, i coming out gejowski, i wyznanie uczuć po dwudziestu latach. Rockandrollowe pokolenie pięćdziesięciolatków (i lepiej) oraz niewiarygodnie urodziwa dzieciarnia pląsają sobie po plażach jak w prawdziwym politeistycznym i poliandrycznym raju. Jedynie Pierce Brosnan wypada w tym wszystkim dość drętwo, ale tak widocznie musi być w epoce przejściowej. Kiedy kobiety są wolne – mężczyźni bledną. Kiedy mężczyźni samoafirmują się hormonalnie – żal patrzeć na dziewczyny. Trudno. Przyjdzie lodowiec i wyrówna.
Felieton ukazał się w „Gali” 37/2008.
Na podobny temat
|
|
Felietony Kazimiery Szczuki
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...