Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Mniam, mniam, bleee. brrr |
|
|
Kazimiera Szczuka
|
|
27.11.2008 |
Gdzie leży granica między ortorektycznym bzikiem a zdrowym rozsądkiem. Pojawiło się – oprócz anoreksji i bulimii – nowe schorzenie związane z jedzeniem: ortoreksja.
Osoba dotknięta ortoreksją ma obsesję na punkcie ekologicznego pożywienia. Nic nie wydaje jej się wystarczająco zdrowe, naturalne, wolne od chemii, zanieczyszczeń, drobnoustrojów i rakotwórczych substancji. Ortorektyk, lub raczej ortorektyczka (mężczyźni dopiero startują w tej dziedzinie), z pasją studiuje wszystko, co napisane na torebkach, słoikach i butelkach. Puszek na ogół nie bierze do rąk, bo puszka z definicji jest be. Ortorektyczka potrafi przeprowadzić błyskawiczną analizę chemiczną tego, co ma na talerzu, i sprawnie wyciągnąć wnioski. Tego nie będę jadła, bo to jest niezdrowe. Na sałacie może być ołów, na pomidorach pestycydy, w mięsie trupie jady. Nabiał uczula, a marchewka podnosi indeks glikemiczny. Najlepiej ograniczyć się do gotowanej wody. Nie są to, rzecz jasna, sprawy nowe. Anoreksja była odnotowywana już w średniowieczu. Uchodziła za przejaw świętości poszczących dziewic. Margaret Atwood w latach sześćdziesiątych opisała dziewczynę niejadkę w „Kobiecie do zjedzenia”, Manuela Gretkowska umieściła swoją mistyczną anorektyczkę we współczesnej korporacji.
W naszych czasach większość populacji ludzkiego gatunku głoduje, a obżerającej się mniejszości wszystko powoli zaczyna wychodzić uszami. Problemem stała się nadprodukcja taniej i niezdrowej żywności zalewającej bogatszą część świata, do której i Polska zaczęła się zaliczać. Odróżnienie żywności zdrowej, czyli drogiej, od niezdrowej, czyli taniej, modyfikowanej genetycznie, przetworzonej, farbowanej i nasyconej chemikaliami, nie jest zatem jedynie domeną na wpół obłąkanych dziewczynek. Każdy, kto ma nieco oleju (z pierwszego tłoczenia na zimno) w głowie, wie, że jedzenie chipsów i hamburgerów nie prowadzi do niczego dobrego. Bo czy „supersize”, proponowany przy kasie dalej cieszy, kiedy rzuca się nam na biodra, twarz i wątrobę? Gdzie zatem leży granica między ortorektycznym bzikiem a zdrowym rozsądkiem, surowo osądzającym reklamy pysznych budyniów, skwierczących na patelni panierek i bombonier z czekoladkami? Każda przytomna w miarę kobieta słyszała, co to takiego dieta Montignaca. Gotowana marchewka jest cukrową bombą! Bez zaburzeń łaknienia instalujemy tarczę antycukrową, bo choć biała śmierć krzepi, nie jest nam z nią do twarzy.
Wpadł mi w ręce niedawno stary numer „Polityki”, dzięki któremu zapoznałam się z takim oto ciągiem wolnych skojarzeń – bulimia, anoreksja, ortoreksja i …..wegetarianizm. Autorka artykułu (litościwie pominę jej nazwisko) nie jest wszakże naszą pobożną ciocią spod Małkini, która uznaje schabowego za komunię prawdziwych Polaków i za księdzem dobrodziejem powtarza, że Bóg stworzył po to świnki i krówki, aby człowiek mógł je zjadać. Ale podobnie jak owa ciocia, dziennikarka „Polityki” stwierdza, że bulimicy, ortorektycy oraz jarosze zatracili – w przeciwieństwie do niej – zdolność rozkoszowania się jedzeniem. Cóż. Wegetarianizm w istocie uchodzi za niebezpieczną i niezdrową manię, efekt prania mózgu przez sektę albo za psychosomatyczną chorobę cywilizacyjną. Stosunkowo łatwo jest przekonać teściową, szefową i główną księgową, że niezjedzenie tortu (tzw. torta) jest twoim prawem człowieka płci żeńskiej, który musi dbać o linię, żeby podobać się ludziom płci męskiej. Owszem, postraszą cię omdlewającymi na wybiegach modelkami, pokręcą nosami, ale płeć męska to siła wyższa. Jeśli jeszcze poklepiesz się po brzuchu i po bokach, zapewniając, że ho, ho, do modelki ci daleko, będziesz miała „torta” z głowy. Ale szyneczka? Wędlinka? A na co to komu może szkodzić niby? Marchewki też nie jesz, bo indeks, ale pomidor na pewno płacze tak samo jak kiełbaska, kiedy wbijasz w nią zęby! Podział na wege i normalnych przebiega w poprzek granicy między wariatami od rukoli, soczewicy, owsa i orkiszu a swojskimi zjadaczami „torta”. Owszem, orkiszowy ludzik często odwraca się ze wstrętem od czerwonego kawałka nieżywego zwierzątka, ale szczególnie często musi to robić, kiedy kupuje coś w sieciowym sklepie ze zdrową żywnością, który znajdzie w każdym centrum handlowym. Tam, obok kandyzowanego imbiru, herbatek Hildegardy z Bingen, fasolki mung i bezglutenowych makaronów znajduje się nieprzebrana wprost ilość ekomięsiwa. Kiełbasy, faszerowane kuraki, dziczyzna, ale i dziwnie ohydne, zafoliowane krwawe fragmenty, narządy i tkanki, sprowadzane z zagranicy i opatrzone specjalnym certyfikatem ortorektycznym. Zacny wąsacz rdzenny, nie żaden tam lewicowy popapraniec, wpada często do Hildegardy po jakiś udziec, wątrobę albo flaczki „bez chemii”, w lesie ustrzelone albo karmione ortorektyczną paszą. Z drugiej strony znany jest fenomen budyniowych wegetarian, którzy owszem, mięsa nie jedzą, ale ustawicznie zapychają się tzw. chleboserem i chętnie wpadają do McDonalda na frytki z keczupem. My mówimy „nie!” zjadaniu trupów naszych przyjaciół zwierząt, nie gardzimy bezowym tortem, chociaż w poczuciu winy zagryziemy go potem znacznie zdrowszą melasą. A od jutra przechodzimy na gotowaną wodę.
Felieton ukazał się w „Gali” 38/2008.
Na podobny temat
|
|
Felietony Kazimiery Szczuki
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...