|
Od czasów Karen Blixen zmieniło się wiele i niewiele, skoro nadal przeciwstawiamy „cześć” „emancypacji”.
Na marginesie ekscesów posła Palikota wywiązała się niezbyt głośna, ale ze wszech miar interesująca dyskusja o kobietach w polityce. Czy są tam po to, aby łagodzić obyczaje? Czy wolno im mniej? A może więcej? Czy nazwanie wystąpienia byłej minister Gęsickiej „prostytucją” narusza jej niewieścią cześć? W tej sprawie miałam okazję spotkać się bezpośrednio z panią pełnomocnik do spraw równego traktowania wszystkiego przez wszystkich Elżbietą Radziszewską. Rzecz działa się w „Kropce nad i”. Owszem, mam świadomość, że cały mój poprzedni felieton był o „Kropce”, ale poświęciłam go gejom, kobiety zostawiłam na potem. No i właśnie teraz jest potem.
Usłyszałam od pani Radziszewskiej, że delikatność i kultura kojarzące się z naszą płcią są cennym dobrem i że powinnyśmy dbać o cześć niewieścią „bez względu na to, jak jesteśmy wyemancypowane”. Po jednej stronie – wedle tej logiki – mamy więc „wyemancypowane”, czytaj: rozkiełznane i wykolejone feministki. Grube, szorstkie, ordynarne. Klną pewnie jak dorożkarze, plują pod nogi przechodzącym księżom i szpetnie puszczają bąki. Po drugiej stronie „kobiety uczciwe”. Jeśli skłonne do walki, to nigdy wręcz i nigdy mieczem. Zawsze jadem, zawsze z cicha, zawsze z uśmiechem. Szyja, nie głowa – oto nasze narzędzie. Głowę uczesz w loczki i ćwicz kręgosłup szyjny. Umiejętność potakującego kiwania to skarb! Wedle tych pojęć najlepiej stać w cieniu, milczeć, unikać jak ognia rozgłosu, bo rozgłos szkodzi kobiecie na cerę. Nawet jeśli jest urzędnikiem państwowym na ważnym stanowisku? Nawet jeśli zarabia na chleb „równym traktowaniem”? Och, zwłaszcza wtedy, bo równość to materia subtelna, łatwo się tu wielu poważnym instancjom narazić i nie daj Boże, stracić stanowisko.
Feministka kojarzy się nam z trującym zielskiem tartym w moździerzu przez czarownice na bagnach, kobieta uczciwa to idealne skrzyżowanie mimozy z bluszczem, ewentualnie poczciwa polityczna paprotka. Cóż, podobnie jak pani pełnomocnik Radziszewska, chamstwa nie lubię. Nie uważam, że obrzucanie ludzi obelgami czy tratowanie ich w kolejce po telewizor w promocji to zjawiska godne naśladowania. Mam jednak wrażenie, że pełnomocnik najwyraźniej nie ma pojęcia, co pod hasłem „cześć niewieścia” się kryje. Parę lat temu w zapomnianym już dziś fenomenalnym periodyku „Biuletyn OŚKa” Maria Janion tak streszczała gorzkie obserwacje Karen Blixen: „Moralność kobiety rozumie się jako coś czysto seksualnego – honor kobiety dotyczy wyłącznie seksu. Mężczyzna honoru to ktoś, kto rozumie tak jasne i proste ludzkie pojęcia, jak uczciwość, solidność, lojalność, odwaga. Kobieta uczciwa to taka, która stała się nią wyłącznie przez małżeństwo, bez względu na jego moralną wartość”. Tak pisała Blixen w roku 1922. Od tego czasu zmieniło się wiele i niewiele, skoro nadal przeciwstawiamy „cześć” „emancypacji”, dbając bardziej o to, aby nie padały w naszej obecności grube słowa, niż o to, aby dochować lojalności i wykazać się odwagą, której teoretycznie wymaga powierzone nam stanowisko. Na przykład projekt ustawy bioetycznej. Wszyscy już zdążyli zabrać głos: w pierwszej kolejności episkopat, potem przedstawiciele nauki, niepłodne pary, rodzice dzieci spłodzonych metodą in vitro, feministki, satyrycy, publicyści i kółka różańcowe. Tylko pani pełnomocnik milczy jak zaklęta! Zbyt jest na to kulturalna, aby zabrać głos, zwłaszcza że czyni to za nią jej mąż, czyli partia polityczna, do której należy i od której zależy jej status.
Co to znaczy tak naprawdę ta „cześć niewieścia”? Poseł Palikot nie tak dawno proponował dziennikarkom spotkanie „nago i po dwóch butelkach wina”. Czy pani Radziszewska zemdlałaby na takie dictum? Czy dostałaby spazmów? Czy mężczyźni z jej rodziny musieliby wyzwać Palikota na pojedynek? Czy mają oni zwyczaj przenosić ją przez kałuże? Podawać sole trzeźwiące, kiedy młody glazurnik odsłoni w jej obecności kawałek krzepkiej łydki? Sama pewnie jestem beznadziejnym przypadkiem kobiety upadłej, bo nawet słowa o „prostytucji politycznej” nie zrobiłyby na mnie wielkiego wrażenia, nie mówiąc już o średnio ekscytującej wizji posła Palikota bez gaci i w stanie upojenia alkoholowego. Może dlatego, że mam wiele zrozumienia dla kobiet pracujących w seksusługach? Może zbyt dokładnie czytałam Gabrielę Zapolską i za stary już jestem wróbel, żeby się brać na takie plewy jak „kobieta uczciwa” versus „upadła”? Z czym tam komu bardziej do twarzy, ale ja wolę zioła z bagien od bluszczu i mimozy. I kariery politycznej nie zrobię.
Felieton ukazał się w „Gali” 5/2009.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...