Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Chłopcy z ambony Drukuj
Kazimiera Szczuka   
28.11.2008
Farba znaczy krew” Zenona Kruczyńskiego to książka polecana i przez Katarzynę Grocholę, i przez Olgę Tokarczuk. A także przeze mnie i wiele jeszcze innych, znanych albo nieznanych postaci, które dzięki autorowi przeżyły zgrozę i wstrząs, jaki wywołuje objawienie oczywistości.

Nie są to sprawy miłe ani dla większości populacji specjalnie ważne. Chodzi o polowanie. O zabijanie zwierząt w lesie. Moi wierni czytelnicy pamiętają zapewne, że odbyłam w lipcu świecką pielgrzymkę leśną, w trakcie której napotkałam kilku autentycznych myśliwych. Jeden z nich podobno zabija zwierzęta z biedy, bo rodzina nie ma co włożyć do garnka. Podobno. Pozostali recytowali mantrę o dokarmianiu. Miejscowi uważają się za elitę wśród koleżków ze sztucerami i piórkami słonki na kapeluszach. Przyjezdni w lesie nie odróżnią klonu od jaworu i nie mają bladego pojęcia, jakie ptaki śpiewają im nad głową. Chcą tylko kropnąć jak najwięcej zajęcy. Na zagraniczniaków wzorem PRL-u mawia się „dewizowi”. Kiedyś polowali partyjni i dewizowi, dziś – tak zwany Roman Każdecki z kolegami. Każdego stać na ustrzelenie jelenia, dzika albo sarny. Jak zechce, pojedzie sobie do sąsiednich Czech i tam załatwi specjalnie dla niego wypuszczonego z klatki lwa, tygrysa albo antylopę. Safari w Afryce? Proszę bardzo. Słoń, antylopa, bawół, lew i lampart to tak zwana wielka piątka, którą położyć trupem jest dziś łatwiej, niż trafić w kwiatek na strzelnicy w wesołym miasteczku.

Kruczyński obnaża wszystkie grubymi nićmi szyte brednie i zmyślenia, które spowijają mit polowania niczym zasłona dymna. Nie ma żadnego zewu wojownika, niebezpieczeństw w leśnych ostępach, tropienia ani podchodzenia zwierzyny. To wszystko są bajki dla głupich żon i dzieci. Dzisiejszy myśliwy to facet, który wyłącznie dla przyjemności wykonuje wyroki na zwierzętach mających tyle szans co więzień na spacerniaku. Samych saren zabija się co roku setki tysięcy. Po co? Nie z głodu przecież. Słynne „dokarmianie”, które ma uzasadniać ten proceder, to racjonalna inwestycja w pewny zysk i przyjemność. Robi się to wyłącznie po to, żeby zwierzęta grzecznie wystawiały się na strzały. Buraki zwracają się w dziczyźnie. A ile z tego frajdy! W stanie mniej lub bardziej nietrzeźwym chodzą sobie po lesie i okolicach prawdziwi mężczyźni, strzelający do wszystkiego, co się rusza. Do psów, do dzieci, do dziewczyn pasących krowy albo do siebie nawzajem. Po takim wypadku na ogół zwiewają, bo męskość i waleczność mają jednak swoje granice. Żony myśliwych mają za zadanie czekać – wszystkie weekendy, święta i urlopy mężuś się ukrywa z kolegami w lesie – a potem wyprawiać uczty dla oniemiałych z wrażenia gości. Rosół z bażanta, kotlety z sarny, pasztet z dzika. U nas jada się jak w Soplicowie!

Jasne, że zwierzęta przemysłowo hodowane na mięso mają dużo, dużo gorzej od tych, które chodzą sobie po leśnym spacerniaku. Las jest obstawiony myśliwskimi ambonami jak sceneria z „Truman Show” kamerami telewizyjnymi, ale zajączki i sarenki nie są tego świadome. I dobrze. Lepszy „Truman Show” od betonowej hali, w której spędzasz całe krótkie życie, nie oglądając słońca, robiąc pod siebie, popadając w apatię albo coraz większą autoagresywną wściekłość. Jeśli nie staniesz się wskutek choroby niejadalna i nie podlegniesz utylizacji, zaszlachtują cię na taśmie i puszczą w obrót handlowy. Żaden dzik ani jeleń nie umiera dziś śmiercią naturalną w lesie, bo wcześniej czy później trafia go kula myśliwego. Ale krowy, świnie i kury z przemysłowych hal nie dożywają nawet dorosłości. O założeniu rodziny nie wspomnę. Tymczasem my, dobrzy ludzie, trzymamy w mieszkaniach uczłowieczone zwierzątka i trzęsiemy się nad nimi jak nad najbliższymi członkami rodziny. Wzruszamy się misiem Knutem z berlińskiego zoo i psem Tofikiem spod Meszna, który uratował swoją osiemdziesięcioletnią panią zgubioną w polu. Przytulał się cały czas do leżącej staruszki i ogrzewał ją własnym ciałem! Podobnie zachwyca nas wilczur Buddy z Phoenix w USA, wytrenowany pies asystujący, który skutecznie zadzwonił po karetkę, kiedy jego pan zasłabł. Narodziny lwiątka albo małej pandy w zoo telewizyjni spikerzy odnotowują ze słodkim uśmiechem na obliczu. Można by zatem zastanawiać się, gdzie leży granica między misiem Knutem, gąską Balbinką, Buddym ratownikiem a identycznymi stworzeniami przerabianymi na smalec w schroniskach, zjadanymi pod postacią wędlinki albo wieszanymi na drucie, jak to ludność ma zwyczaj czynić z psami, które się zestarzały albo znudziły właścicielom. Gdy zachoruje kot, idziemy z nim do doktor Sumińskiej, która zrobi mu badania, poda lekarstwa, pocieszy i wycałuje po pyszczku. Kot Marian ma łapki i serce, można mu pobrać krew i zrobić EKG. Sarenka w lesie ma „badyle” i „komorę”, na którą się strzela. Jej krew to „ farba”. Rezolutny zajączek jest chory, bo tatuś nafaszerował go śrutem. Kto wyleczy zajączka?

Felieton ukazał się „Gali” 39/2008.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 14.02.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.68949 Seconds