|
Sprawa jest poważna, bo nie chodzi jedynie o niepłodne pary, ale o całą upiorną politykę antykobiecą i antyrodzinną
W sobotę 24 stycznia przed Sejmem w Warszawie odbył się protest w sprawie tak zwanej ustawy Gowina. Chodzi o zapłodnienie metodą in vitro. Poseł, niezwykle uprzejmy i kulturalny, podjął, jak pamiętamy, misję unicestwienia polskiej implantologii w imię racji wyższej, to znaczy własnych przekonań religijnych. Zapewne hierarchia kościelna w braku posła Gowina powierzyłaby to zadanie komuś innemu, ale czy inny by tak pięknie potrafił mówić o swojej miłości do gamet, zygot i zarodków? W tak subtelny i wyważony sposób pogardzać kobietami, niepłodnymi ludźmi w ogólności, a także dziećmi poczętymi metodą in vitro? Tak koncertowo wywyższać się ponad wszelkie autorytety nauk medycznych? Mniejsza na razie o to.
Protest, przygotowany przez moje wspaniałe koleżanki z Porozumienia Kobiet 8 Marca, Fundację MaMa, Stowarzyszenie Same o Sobie, Federację na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Stowarzyszenie Nasz Bocian, Europejskie Forum Feministyczne i kilka jeszcze innych organizacji, był przejawem aktywności tak wychwalanego społeczeństwa obywatelskiego, którego – jak słyszymy – ze świecą by u nas szukać. Oj, ze świecą, moje panie, ze świecą. Sprawa jest poważna, bo nie chodzi jedynie o niepłodne pary, ale o całą upiorną politykę antykobiecą i antyrodzinną prowadzoną przez kolejne rządy, gotowe pod dyktando Kościoła katolickiego prześladować kobiety za aborcję, ale nieskłonne do jakichkolwiek właściwie form opieki czy wsparcia dla tych, które już sprowadziły dzieci na świat albo bardzo, bardzo tego pragną.
Opieka nad „nienarodzonymi”, dopóki jeszcze przebywają w obrębie tego godnego pożałowania, niemoralnego urządzenia, jakim w oczach prawodawców jest ciężarna – jest znacznie tańsza od opieki nad narodzonymi, którym państwo wszakże, jak pamiętamy, nie jest ojcem. Raczej okrutnym nadzorcą zapewne, bo młoda matka, ledwie odsapnąwszy po porodzie, orientuje się, że odtąd ma przeciwko sobie cały system – od komunikacji miejskiej począwszy, a skończywszy na pracodawcy i urzędzie skarbowym. Ale i o to jak na razie mniejsza. Jesteśmy w Europie na przedostatnim miejscu, jeśli idzie o liczbę rodzących się dzieci. Na przedostatnim w dziedzinie wzajemnego zaufania. W nic się nie angażujemy, wszystko mamy w d…, parę groszy raz do roku dla Owsiaka wyczerpuje nasze potrzeby altruistyczne. Nie licząc, rzecz jasna, tacy księdza dobrodzieja, co też wielkiej aktywności nie wymaga. I oto w sobotę stoimy sobie na placyku pod Wiejską. My, społeczeństwo, znaczy się. Deszczyk kropi, od ziemi ciągnie, ale bycie promilem promila jest jednak całkiem miłe, więc uśmiechamy się raźno, z domieszką autoironii. Brachu, czyli Katarzyna Bratkowska, rozpoczyna przemową, której w całości tu nie będę streszczać, ale zapewniam, że była to mowa mądra i piękna. Nie jest nam źle. Klub dziwaków chodzących na demo, pikiety i wiece jest tak elitarny, że choć dziś powiększył się o przemiłych in-vitrowców z Naszego Bociana – na ogół znamy się jak łyse konie. Nawet siostry feministki nawaliły tym razem, pewnie z powodu sesji, chorób i kłopotów sercowych.
Moja serdeczna znajoma Liliana Śnieg-Czaplewska (tak, dziennikarka „Gali!”), zwana przeze mnie Lilith, nadciąga tymczasem w towarzystwie Dudusia. Jego Jamniczość Duduś jest szalony nieco, ale niewątpliwie należy do społeczeństwa obywatelskiego i choć jamnik, choć szorstkowłosy, jest również łysym koniem. Lilith oświeca mnie w kwestii where the fuck… są wszyscy? Oto nieopodal, spacerkiem może kwadrans, w Zarze, w Złotych Tarasach, wielkie wydarzenie! Wyprzedaż 50%! Wychowankowie młodej polskiej demokracji badają granice wolności, niezawisłość decyzji i moc samostanowienia. Samodzielnie dokonują wyborów. Sweterki takie, siakie i srakie. Na sportowo, na galowo, romantycznie i na grilla. W Sephorze kolorówka i pielęgnacja, w Reserved szczątki resztek kolekcji Gosi Baczyńskiej. W Stefanelu i Benettonie za pół darmo. Wszystko fajne, bo tanie. Choć niekonieczne, to jednak z pozoru opłacalne i poniekąd nieodzowne. Nie piętnuję, nie potępiam, też tam byłam. Ale po, nie zamiast!
Dawno doszłyśmy do tego z Lilith, że szoping pomanifowy nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodził, przeciwnie, zakupoza nabiera szlachetności obywatelskiej, manifie z kolei przydając nastroju boskiej dekadencji. A zatem, kochane baby i fajni faceci! Następnym razem czekamy na was z Brachem i Dudusiem pod Sejmem. Godzinka, max. półtorej i z bańki, leci jak z bicza trzasł. Potem wszyscy się wytarzamy w sweterkach made in hell i mascarach „efekt sztucznych rzęs”. Ocalimy owcę, nakarmimy wilka! I psa! Do domu wrócimy, w piecu napalimy (po wiecu), tylko zwyciężymy, bo to ważna gra. Zrozumiano?
Felieton ukazał się w „Gali” 6-7/2009.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...