|
UNAIDS zaprosiło mnie na spotkanie w Tajlandii: „Political science research and AIDS”: autorytety naukowe z uczelni całego świata obok praktyków, głównie działaczy społecznych. Łącznie 40 osób. Dwa dni dyskusji wokół pytania, dlaczego świat nauk politycznych tak mało zajmuje się kwestią AIDS i co zrobić, żeby wyniki pracy naukowców – jeśli już powstaną – mogły się przełożyć na politykę. Przekaz ze strony praktyków był jasny – efekty badań rzadko im się do czegokolwiek przydają. Choćby dlatego, że procesy badawcze i analiza danych trwają zbyt długo, by mogły wpłynąć na powstawanie nowych praktyk. Jedyna realna korzyść to naukowe potwierdzenie – ex post – czy instynkt i decyzje praktyków były słuszne. Nauki polityczne mają się nijak do realnych potrzeb ludzi działających w tym obszarze: zapobiegania zakażeniom, wspierania osób żyjących z HIV, wreszcie forsowania zmian w polityce zdrowotnej i społecznej, które sprzyjałyby prewencji. A naukowcy? Powtarzają wciąż, że ich głównym celem nie jest wpływanie na politykę, że jeśli będą za mało „naukowi” to nich nie zechce opublikować ich prac, że mają za mało pieniędzy na badania i że tak w ogóle to nauka musi być niezależna. Poziom mojej frustracji równy był chyba temu, co przeżywał Denis Altman, australijski politolog od lat zajmujący się AIDS i współorganizator tego spotkania – różnice doświadczeń i dyscyplin nie miały wielkiego znaczenia.
Dzień później – przejście do innego świata, choć wciąż w tym samym mieście. Na spotkanie do Bangkoku przyjechała młoda naukowiec z British Columbia’s Center for Excellence on HIV/AIDS na kanadyjskim Uniwersytecie Wiktorii, Kanna Hayashi. Spotkała sie z osobami przyjmującymi narkotyki – uczestnikami badań, by pokazać i omówić rezultaty i wspólnie (!) wypracować praktyczne rekomendacje dla rządu Tajlandii, organizacji społecznych i naukowców. Wyniki badań, przetłumaczone na tajski, czytali po kolei ci najbardziej zainteresowani, czyli użytkownicy. Każdej z rekomendacji towarzyszyła długa debata, a spotkanie przeciągnęło sie o dwie godziny. Badacze i uzależnieni na konferencji prasowej inspirowanej 26 czerwca – ONZ-towskim dniem, kiedy świat rozmawia o narkotykach – razem przedstawili Ministerstwu Zdrowia dane i rekomendacje zatytułowane Ludzie używający narkotyków żądają od Ministerstwa Zdrowia Publicznego bardziej energicznego wspierania polityki redukcji szkód. Rekomendacje niezwykle wyważone, każda podparta naukową empirią.
Dwa spotkania – to na 46. piętrze hotelu i to „siedzące” na ziemi (dosłownie) – to doświadczenia jakby różnych światów. Nie ukrywam, jeden z nich trudno mi zrozumieć, a już na pewno – zaakceptować. Trudno nie czuć irytacji wobec naukowców, którzy w pogoni za punktowanymi publikacjami nie za bardzo już wiedzą, po co cokolwiek badają i co z tych badań miałoby wynikać dla zwykłego człowieka. Nauki polityczne powinny przecież definiować istniejące relacje władzy i tłumaczyć, dlaczego jedni nią dysponują a drudzy nie. Dlaczego niektóre problemy daje się wprowadzić na polityczną agendę i skutecznie rozwiązać, a inne to sprawy z góry przegrane, bez szansy przebicia się do publicznej debaty? Choćby wiązały się ze śmiercią tysięcy ludzi. Na zdjęciu poniżej wśród dyskutantów siedzi Kanna, 7 lat temu była moją studentką na Uniwersytecie Columbia, gdzie wykładałam redukcję szkód na wydziale zdrowia publicznego. I przeniesienie w czasie – miesiąc później, zdjęcia z protestu, na koniec którego aktywiści, „uzbrojeni” w naukę, odbyli godzinne spotkanie z przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia, dyskutując swoje realne potrzeby i postulaty. Przynajmniej mały powód do satysfakcji – poczucie, że akademia czasem przynosi komuś pożytek. 
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...