|
Od dwudziestu lat mam „podróżującą” pracę. Czy poza dobrym (samo)poczuciem przynależności do kasty latających po świecie „kosmopolitów” można coś z tych wyjazdów wynieść? Nauczyć się czegoś? Otóż nieraz można – podróże ponoć kształcą. Po pierwsze, uczyć się można od Portugalczyków. Po raz kolejny potwierdziło się, że nie tylko Lizbona jest piękna, ale i portugalscy urzędnicy – jak chyba żadni inni na świecie – przyjazni, rozumni, kompetentni, przejęci losem ludzi, za których czują się odpowiedzialni. Zjechało się nas około 40 osób pracujących w obszarze polityki narkotykowej – a Portugalia to w tej kwestii bastion zdrowego rozsądku. Coraz wiecej pisze się o portugalskim ekseprymencie dekryminalizacji też i u nas. Dobrze byłoby, aby nasi posłowie, którzy już niedługo mają głosować nowelizację ustawy narkotykowej, zechcieli się zainteresować tamtejszym doświadczeniem ostatniej dekady. I świetnie byłoby też, gdybyśmy im w tym pomogli, nagabując ich mailami, sms-ami itd.
Po drugie, można się dowiedzieć, że byli prominentni politycy czasem mądrzeją i nabierają odwagi – kiedy już przestaną politykować. W Genewie odbyło się pierwsze spotkanie Global Drug Policy Commission, w której udział wzięli byli prezydenci (Gaviria z Kolumbii, Zedillo z Meksyku, Dreifuss ze Szwajcarii, Cardoso z Brazylii), premierzy (Stoltenberg z Norwegii) czy ministrowie spraw zagranicznych (Solana z Hiszpanii), a także kilku niższych rangą byłych oficjeli. Zdumiewająco sensownie dyskutowali o półwieczu królowania obecnych konwencji narkotykowych. Co wpłyneło na ich przemianę? Nie bez znaczenia był pewnie czas, jaki poświecili ucząc się rzeczywistości dookoła, w tym rozmawiając ze zwykłymi ludzmi. Jeszcze dwa lata temu, podczas pierwszego spotkania z Cesarem Gavirią, daleko nam było do jednomyślności. Wówczas obstawał przy stanowisku, które promował jako prezydent Kolumbii – za niszczeniem upraw i totalną abstynencją. Teraz, gdy ja dowiedziałam się więcej o Ameryce Łacińskiej – a on o polityce narkotykowej – zdecydowanie zbliżyliśmy się w naszych przemyśleniach. Końcowy raport i rekomendacje Komisji mają zostać opublikowane w połowie roku. Wielka szkoda, że (pomijając Ruth Dreifuss) musieliśmy czekać aż do ich politycznych emerytur, by poważnie podjęli temat.
Po trzecie, współpraca międzypokoleniowa bywa niezwykle inspirująca. 80-letni prezydent Fernando Henrique Cardoso i 30-letni brazylijski reżyser Fernando Andre Grostein są w trakcie produkcji filmu, który dokumentuje długie godziny rozmów prezydenta z okazjonalnymi użytkownikami, osobami uzależnionymi, dealerami, politykami, pracownikami wiezień i policji. Prawie 300 godzin materiału pokazuje wizyty w Waszyngotnie, Nowym Jorku, Meksyku, Holandii i Szwajcarii. Roboczy tytuł filmu – Tabu – dobrze oddaje problem – nie dyskutowane publicznie, a momentami straszliwe efekty wojny narkotykowej. Młodość, entuzjazm i talent świetnie nakładają się na mądrość i empatię dojrzałego intelektualisty i polityka. Pół wieku, które ich dzieli, niemal magicznie – jak w dobrym filmie – pracuje na ich korzyść. Może doczekamy się wreszcie ważnego dokumentu o polityce narkotykowej? Po czwarte, dziennikarze BBC w Londynie potrafią człowieka zaskoczyć. Podczas przydługiej rozmowy z dziennikarzem przygotowującym materiał o styku ubóstwa i uprawy nielegalnych roślin w krajach Południa dowiedziałam się na przykład, że „on by najchętniej ich wszystkich wystrzelał”. Raport w tej sprawie, przygotowany przez Melbourne University, przedstawiony będzie niebawem w Brukseli i w Wiedniu przy okazji Comission on Narcotic Drugs. Doświadczenie mi mówi, że dziennikarze jawnie stojący po stronie ostrego karania i totalnej abstynencji, nie chcą bądź nie potrafią merytorycznie dyskutować z kimś o bardziej liberalnych poglądach. A jeśli już ich przełożeni do tego przymuszą, interakcje są niełatwe, zwykle pełne napięcia i niezgody. Będąc pod wrażeniem drastycznej opinii, zostałam zaskoczona powtórnie zdolnością redaktora BBC do przeprowadzenia rozsądnej rozmowy. Z niepokojem czekam na materiał, by ustalić na ile dziennikarskie przekonanie „poddało się” eksperckim opiniom. Po piąte, na Węgrzech nie mówi sie o niczym innym, jak o obecnym stanie państwa i większym zaangażowaniu organizacji pozarządowych w życie polityczne. Każda dyskusja, obojetnie jak zaczęta, kończy się niedowierzaniem, że dokonano tam takiego wyboru i zdumieniem, że w Europie możliwa jest tak poważna metamorfoza polityczna. Namacalne jest poczucie bezradności, bo lewica tam praktycznie nie istnieje. Znowu słychać, że dziesiątki tysięcy Węgrów nie mają partii, którą uważaliby za swoją. Stąd też wielu z nadzieją spogląda na młodego prawnika – szefa HCLU (Hungarian Civil Liberties Union). Tutaj link dla tych, którzy rozumieją węgierski, albo chcą przynajmniej poczuć ducha oporu. Może więc to nie partie przyjdą z pomocą sfrustrowanym Węgrom?
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...