|
Po ponad dwóch latach wracamy na kilka tygodni do naszego domu w Rutherford, New Jersey. Małe, urokliwe miasteczko, 10 kilometrów od Manhattanu, z autobusem i pociągiem, które dostarczają mieszkańców do pracy, teatrów, restauracji – z imponującą częstotliwością o każdej porze dnia i nocy. Mieszkają tu ci, którzy albo urodzili się w New Jersey, albo uważają – tak jak my – że rozmiar mieszkania osiągalny na wspaniałym Manhattanie plus dwójka dzieci nie łączą się w logiczną całość z żadną godziwą pracą z dala od Wall Street.
Pierwszy dzień to spacer po zaprzyjaźnionych sąsiadach – u kilku z nich samochody stoją na podjazdach a domownicy, jak zawsze, wyjechali na urlop. W ich finansach nie zdarzyło się nic, co zachwiałoby wakacyjna rutyną. Lokalna biblioteka działa pełną parą – co poniedziałek teatr dla dzieci i mnóstwo zajęć przez cały tydzień. Summer camp, w dużej mierze finansowany przez mały ratusz, podobnie jak zajęcia sportowe, wciąż na pełnych obrotach. Gdy pytam o lokalne problemy, słyszę tylko jedno – republikański gubernator, realizując obietnicę zmniejszenia podatków stanowych, skutecznie przerzucił wiele kosztów publicznych na miasta. A podatki zbierane od właścicieli domów w tej części Stanów są już prawie najwyższe w całym kraju.
Kilkudniowy wyjazd nad ocean – plaże, hotele, motele pełne. Tłok nie mniejszy niż kilka lat temu. Cechą Wielkiego Kryzysu z lat 30. były zmiany w sposobie spędzania wolnego czasu – popularne stały się np. gry planszowe. Może tłum plażowiczów w Wildwood, New Jersey to nie znak finansowego komfortu, ale raczej dowód na to, że mniejsze dochody nie pozwolają na wyjazdy do Europy lub na Karaiby?
W tle toczy się awantura o świątynię muzułmańską na Manhattanie, która ma powstać w bardzo bliskim sąsiedztwie miejsca po World Trade Center. Decyzję podjęto – meczet powstanie. W naszym małym parku w Rutherford leży płyta z nazwiskami osób, które zginęły 11 września. Można by się spodziewać, że to właśnie ich rodziny będą motorem dyskusji. Poważniejszych emocji jednak nie widać. Może dlatego, że w naszym osiemnastotysięcznym miasteczku jest 18 miejsc modlitwy piętnastu różnych wyznań? Wyważone wystąpienie burmistrza Nowego Jorku skutecznie ochłodziło poziom debaty, gdy tylko zaczęła nabierać rozpędu – Bloomberg stanowczo podkreślił wartość wolności religijnej, ale i rozdział kościołów od państwa. Daleko Amerykanom do naszej awantury o krzyż przed Pałacem Prezydenckim – a przecież rangą miejsca i skalą nieszczęścia zdecydowanie mogą z nami konkurować.
W ostatnim „New York Times Magazine” ciekawy artykuł pokazujący wyniki badań dotyczących skali kryzysu ekonomicznego. Najbardziej dotknął klasę średnią – taką jak mieszkańcy Rutherford – która straciła około 20 procent przychodów. Jestem zdumiona – kryzys gospodarczy, przynajmniej w tym małym świecie, oglądany zupełnie niefachowym okiem (daleko mi do ekonomisty), wygląda łagodniej niż wynikałoby ze statystyk. Może to dlatego, że klasa średnia jest na tyle stabilna, na tyle dobrze zabezpieczona materialnie, że 20 procent mniej nie przekłada się na drastyczne szkody? Amerykańscy tubylcy są od nas dużo spokojniejsi – w sporach o krzyże i meczety, ale także spokojniejsi o byt. I nie chodzi tu tylko o różnicę bogactwa między Polską a USA. Pomimo dekad Reagana i Busha (a i momentami Clintona), stworzona tu przez Roosevelta i Johnsona klasa średnia trzyma się mocno – jej standard życia ma całkiem trwałe podstawy, których kryzys tak łatwo nie łamie. Kryzys, przynajmniej w nowojorskiej metropolii, gdzie opiekuńcza safety net funkcjonuje sprawnie, jest więc znośniejszy niż życie w polskiej rzeczywistości wolnych, przedsiębiorczych i religijnie rozgorączkowanych.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...