> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kilka impresji wietnamskich |
|
|
Kasia Malinowska-Sempruch
|
|
31.12.2010 |
—
Niedawną podróż do Hanoi urozmaicił mi młody Wietnamczyk, osiadły na stałe w Karlowych Warach – historię swojej rodziny opowiadał przy pomocy pojedynczych czeskich słów z wietnamskim akcentem. Jego ojciec mieszka w Krakowie, mama wciąż jeszcze w Ho Chi Minh, gdzie opiekuje się dziadkami. W USA, gdzie spędziłam prawie całe dorosłe życie, takich historii zdarza się wiele – mimo to, w czesko-polsko-wietnamskiej wersji językowej brzmiało to wszystko dość niezwykle.
Wietnam to jeden z kilku krajów Azji, obok Laosu, Kambodży, Chin, a w mniejszym stopniu także Malezji, gdzie „leczenie” uzależnień przyjmuje ekstremalną formę. Pod kuratelą Ministerstwa Walki ze Złem osoby uzależnione zamyka się w placówkach rehabilitacyjnych, gdzie latami są przymuszane do pracy na rzecz państwa. Założeniem jest, że praca nie tylko sama w sobie jest wartością, ale także formą terapii. Podobnie „leczy” się zresztą inne niepożądane zachowania, np. prostytucję. Osoby nie wykonujące swoich obowiązków w ośrodkach są często karane, włącznie z głodzeniem. Nie wiadomo, ile osób w Wietnamie poddawanych jest tego typu praktykom – nawet oficjalne szacunki rządowe wahają się między 10 a 30 tysięcy. Nietrudno się domyślić, że zdecydowana większość (90 procent!) „leczonych” wraca do zażywania narkotyków, gdy tylko wyjdą za bramę. Jako że światowe standardy leczenia uzależnień nie są jednoznaczne, władze Wietnamu mogą działania te nazywać „leczeniem”. Paradoks polega na tym, że kwalifikując takie praktyki jako element „polityki społeczno-zdrowotnej”, omija się system sprawiedliwości. Nie ma tam więc szans na obrońcę, prywatnego adwokata, łagodniejsze potraktowanie przez sędziego, lub choćby jasną informację o tym, kiedy – trwające nieraz latami – „leczenie” się skończy.
Wyruszyłam do Hanoi na spotkania z organizacjami, które próbują skłonić swój rząd do zmian i wzięcia pod uwagę choćby części ustaleń nauki w kwestii polityki narkotykowej. To przede wszystkim instytucje międzynarodowe – lokalna działalność obywatelska, szczególnie w sprawach „kontrowersyjnych” jest kłopotliwa i nieraz grozi poważnymi sankcjami. Wygląda jednak na to, że idzie ku lepszemu. Choć wciąż brakuje wiarygodnych danych o ilości osób przetrzymywanych „terapeutycznych” obozach pracy, część nacisków okazała się skuteczna. „Pacjentów” obozów jest znacznie mniej niż ponad rok temu, gdy sam rząd wskazywał na liczbę 50 tysięcy. Przed kilkoma miesiącami 400 mężczyzn uciekło z jednego z obozów. Policja nie interweniowała – wysoki jej funkcjonariusz stwierdził, że ponieważ nie znaleźli się oni tam w wyniku wyroku sądowego, policja nie ma tu nic do roboty. Po latach przygotowań ruszyły wreszcie, na dość szeroką skalę, pierwsze programy metadonowe.
Moje pierwsze spotkanie z Azją to Pekin, prawie 15 lat temu. Bardzo podobnie dziś wygląda Hanoi – dużo widocznej biedy. Choć nie takiej, która wpędza w zakłopotanie i nie pozwala wyjść z hotelu, która rodzi wyrzuty sumienia za zmarnowane jedzenie na śniadaniowym talerzu. Nie widać żebractwa, dzieci maja buty, są zadbane i raczej nikt nie sprawia wrażenie głodnego. Ale ręczne noszenie ciężkich towarów, różnorodne usługi na rogach ulic, od strzyżenia po zmianę oleju w samochodzie, oraz rozstawianie całych domostw na chodnikach, od misek do mycia dzieci po kuchnie, to norma. Po Hanoi podróżuje się łatwo. Nikt nie mówi po angielsku, ale ludzie są uprzejmi, pomocni. Taksówki rzetelne i niedrogie. I tylko problem przy drobnych zakupach: ciągła obawa, że za produkcją dla turystów stoją rozmaite obozy pracy. Prawdziwe pole do popisu dla organizacji fair labour.
Z wyjazdu zostaje kilka szybkich, zawodowych, refleksji: pilnie potrzeba klarownych standardów leczenia uzależnień. W Polsce nigdy nie było komunizmu takiego, jak w Wietnamie. Nie było też obozów pracy dla uzależnionych. Ale mieliśmy – i wciąż mamy – nasze własne, łagodniejsze wersje „leczenia” oparte na zdumiewająco podobnej filozofii.
Na koniec nie mogę się oprzeć męsko-damskiej dygresji. Najbardziej nieestetycznym zjawiskiem w Hanoi są „biali” faceci. Podczas wieczornego wyjścia jakbym znalazłam się w filmie z którego ktoś wyciął amerykańskich żołnierzy: prześliczne, urocze kobiety z Azji i Europejczycy lub Australijczycy w najgorszym wydaniu – głośni, pijani, ekspansywni. Starając się nie oceniać myślałam: może odreagowują to, że nie łatwo być facetem u siebie, wszechobecny stres i pogoń za kasą, zmieniające się role, utrudniające negocjacje seksu – może my też zgłupiałybyśmy w odpowiedzi na tłum męskich ideałów wgapiajacych się w nas? Pijany, spocony facet, wciskający w kąt swoją towarzyszkę wieczoru szybko wyleczył mnie z chęci zrozumienia.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 31.12.2010 )
|
|
Felietony Kasi Malinowskiej
|
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...