|
W zeszłą środę, późnym popołudniem umówiłam się w kawiarni z panem R. R. jest pisarzem i krytykiem literackim, Z podziwem oglądając jego szerokie plecy i nakrapiany fular, ściskałam pod stolikiem drżące kolana i czekałam na wino, które pozwoliłam sobie kupić. - Dla pani białe – R. podsunął mi kieliszek, pokazując w uśmiechu równe, acz nieco pożółkłe od tytoniu zęby. – Dla siebie zamówiłem wiśniówkę, mężczyźni wolą mocniejsze alkohole – wytłumaczył uprzejmie.
Niedbałym ruchem podniósł do ust szklaneczkę i opuścił ją zaraz w sposób równie wystudiowany, a potem zawiesił wzrok tuż obok mojego lewego ucha, i mimo, że usilnie starałam się skręcać i wyginać we wszystkie możliwe strony, czułam, jakby coś ciężkiego i niesłychanie poważnego usiadło mi na ramieniu, coś czemu powinnam okazać należyty szacunek. R. zaczął flegmatycznie cedzić zdania, stukając jednocześnie palcami w szklankę.
- Pani powinna włożyć w swoje pisanie nieco więcej dyscypliny.
Zamilkł, robiąc pełną niewypowiedzianego znaczenia pauzę, która wydłużała się w nieskończoność, nabierając odpowiedniego ciężaru gatunkowego.
- Tak, tak – odpowiedziałam na wdechu.
Milczał, przyjmując z nieukrywaną przyjemnością moje zdenerwowanie, zdystansowany i władczy. W końcu westchnął.
- Muszę panią na samym początku uprzedzić, że w ogóle nie przepadam za kobiecą literaturą. Jest przeładowana emocjami i zazwyczaj mocno pretensjonalna. Niech się pani nie oburza, ja doskonale rozumiem, że istnieje zapotrzebowanie na taki rodzaj pisania, ale powiedzmy sobie szczerze, to niszowa działalność, kobiety – kobietom, czy jakoś tak - wyprostował ramiona i uśmiechnął się pobłażliwie. – No, proszę nie robić takiej zawiedzionej minki, chyba mam prawo do własnych opinii? - Ale przecież nie można tak generalizować – próbowałam się bronić. R. zignorował mnie całkowicie i rozejrzał się z niesmakiem po lokalu. Ten zakaz palenia w knajpach jest naprawdę nie do zniesienia – sarknął. – Teraz już nigdzie nie mogę się odprężyć, nawet w towarzystwie pięknej damy. - Spojrzał na mnie znacząco. - Moja kobieta zabrania mi palić w domu… Przesunął dłonią po włosach i znowu umilkł, jakby oczekując ode mnie odpowiedniej reakcji. Poczułam się nieswojo, nie miałam pojęcia, co powinnam w tej sytuacji odpowiedzieć: to straszne? Zła kobieta? Nie wszystkie kobiety są złe? Na wszelki wypadek nic nie powiedziałam, tylko napiłam się wina. - Czy pani wie, dlaczego mężczyzna nie powinien brać sobie kobiety o dwadzieścia lat młodszej? – R. posłał mi zmęczony uśmiech. - Nie… - przyznałam. - No bo, kiedy on ma czterdzieści lat, to ona ma lat dwadzieścia, kiedy ma lat sześćdziesiąt, to ona ma czterdzieści, ale kiedy dociera do osiemdziesiątki, to ona ma sześćdziesiąt i po co mu taka stara żona? Muszę przyznać, że R. się nie roześmiał, zachował całkowitą powagę wobec własnego dowcipu. - Aaaa – jęknęłam i pochyliłam się do przodu, żeby móc go lepiej zobaczyć, bo zaczęło się ze mną dziać coś bardzo dziwnego, coś co zepsuło nasze spotkanie i spowodowało, że nie zapamiętałam żadnych cennych wskazówek, których być może udzielał mi R. i wróciłam do domu z poczuciem zmarnowanego wieczoru. Oto postać R. zatarła się nieco i zblakła, a spod niej zaczął wyłaniać się nabierając z każdą chwila kształtów i kolorów obraz niewidzianego przeze mnie od lat wuja Jerzego. Wuja Jerzego, który nosił białe, rozpięte pod szyją koszule i srebrne spinki do mankietów, który poklepywał mnie łaskawie po pośladkach, kiedy miałam dziesięć lat, tak samo, jak łaskawie poklepywał swoją żonę, ciocię Łucję, z którą musiał wziąć rozwód, kiedy okazało się, że nie jest zdolna „dać mu dzieci”. Ach, wuj Jerzy, mój dziecięcy ideał mężczyzny, pachnący wodą kolońską i niedogolony, zasiadał w sobotnie wieczory ze swoim przyjacielem Stefanem na zielonych fotelach w rogu salonu, wyciągał papierosy i talię kart, odbierał tacę z kanapkami, którą przygotowała ciotka, a potem obejmował mnie w pasie, szczypał w policzek i mówił: - No idź, już idź, moja kochana. Prawdziwa królowa z ciebie rośnie. Już czas, żebyś się nauczyła, że mężczyźni lubią czasem porozmawiać tylko we własnym gronie. Zmykaj stąd. Czułam się niezwykle ważną osobą, mogąc odnieść brudne talerze do zlewu i przycupnąć obok ciotki, podczas gdy tamta zmywała. Czułam się prawdziwą kobietą. Siedząc w knajpie naprzeciwko R. zastanawiałam się, co też miałby mi do powiedzenia wuj Jerzy gdybyśmy teraz się spotkali. - No, chyba zdaje sobie pani sprawę z tego, że każda kobieta marzy o tym, żeby spędzić życie z prawdziwym mężczyzną? - Słucham? – zdziwiłam się. - Mówiłem, że redakcja powinnam wkładać więcej wysiłku w to, co tam wydajecie – powtórzył. - A tak, tak – odpowiedziałam. – W zupełności się z panem zgadzam. - A prawdziwych redaktorów jest już niewielu, to wymierający gatunek w naszych czasach. - Tak pan sądzi? - Ja nie sądzę, ja wiem – oburzył się. – Przecież czytam to wszystko i widzę, jak jest napisane. - Uhm – sięgnęłam po kieliszek. R. uniósł brwi, poprawił fular, a potem chrząknął i odezwał się głosem spokojnym i pewnym:
- Każda kobieta pragnie być matką i żoną, mówię ci kochana, przestań się w końcu wygłupiać i zajmij się odpowiednimi dla ciebie sprawami. Od razu poczujesz się lepiej.
Zakrztusiłam się.
- Nie denerwuj się moja droga – dodał z rozbawieniem. – Ja naprawdę doskonale rozumiem kobiety, spędziłem z nimi wiele lat, mam doświadczenie.
Pożegnaliśmy się z R. w lodowatej atmosferze. Było mi przykro, że nie uważałam odpowiednio, kiedy on starał się poświęcić mi swój cenny czas. Idąc do przystanku wyjęłam komórkę i zadzwoniłam do cioci Łucji, która po rozwodzie z Jerzym wyszła za mąż za wuja Andrzeja, niepokojąco przypominającego jej pierwszego męża, i natychmiast urodziła mu zdrowego, męskiego potomka. - Cześć – powiedziałam. – Chciałam się dowiedzieć, co u was słychać?
- Wszystko bardzo dobrze – zaszczebiotała ciotka. – Wyobraź sobie Janusz znalazł sobie w końcu dziewczynę i tak spoważniał, tak wydoroślał. Widać, że czuje się dumny, ma w końcu kobietę, którą będzie się opiekować.
- Aha, to cudownie – odpowiedziałam, myśląc jednocześnie, że Janusz, który nigdy nie należał do grona prawdziwych mężczyzn, co dla jego rodziców stanowiło niekończący się powód do zmartwień, padłby trupem, gdyby usłyszał własną matkę. I ta myśl podniosła mnie niespodziewanie na duchu, bo świat jednak ruszył z miejsca i zmienił się w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Ani nieszczęsny, sterroryzowany przez rodziców Janusz, ani nikt z moich znajomych, będąc przy zdrowych zmysłach, nie użyłby określenia „moja kobieta”. Wróciłam do domu przepełniona optymizmem, tak wielkim, że nie przejęłam się specjalnie, kiedy przeczytałam w Internecie, że Pan Prezydent Komorowski, który niewątpliwie wraz z R. i wujem Jerzym należy do wymierającego gatunku prawdziwych mężczyzn, deklaruje w Waszyngtonie gotowość wyjścia na polowanie. Niektórych gatunków nie powinno się chronić, należy spokojnie poczekać, aż wymrą.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...