> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wigilia na Starym Mokotowie |
|
|
Kaja Malanowska
|
|
01.01.2011 |
Zima to nie jest dobry okres i cała kamienica wzdryga się i trzęsie na myśl o kolejnych długich miesiącach, ciemnych i zimnych, które trzeba przeżyć jakoś, owijając się kołdrą po babce, ciężką, pikowana, w której puch zbił się z latami w twardą, jednolitą masę. Tą kołdrą, różową, albo żółtą, wypłowiałą i przetartą, której latem nie chciał przyjąć w zastaw komis na rogu, nawet za dwadzieścia złotych, nawet za dziesięć i za pięć też nie, pan w zakratowanym okienku pokręcił głową i odwrócił się ostentacyjnie. No więc została i jest teraz, chwała Bogu, bo przecież mróz ścisnął, a odkąd administracja wydała zakaz palenia węglem w piecach, rachunki za prąd stały się niewyobrażalnie wysokie. Nikogo chyba nie stać, żeby ogrzać całe mieszkanie. Tymczasem ściany, chociaż grube, z latami zrobiły się jakby dziurawe, wieje przez nie i wilgoć wnika do domu przez mur, a potem pełza po podłodze. Trzeba więc było, jak co roku, zamknąć większość pokoi i przyzwyczaić się, że będą spali we trójkę w najmniejszej sypialni, matka na łóżku, a oni oboje pod kaloryferem, na rozkładanym materacu. Pan Janusz nie lubił spać z siostrą. W ogóle siostra go denerwowała, bardziej niż matka, bo tamta, odkąd przestała chodzić wzdychała na tej swojej kanapie, a siostra chrapała głośno, przewracała to swoje opuchnięte ciało po materacu i bił od niej ostry zapach zjełczałego potu. Wstawała rano i pan Janusz oglądał tuż przed swoją twarzą nabrzmiałe łydki, fioletowosine zgięcia kolan i wystające spod halki grube uda. Odwracał głowę. Siostra bełkotała, ubierając się. Nigdy nie nauczyła się porządnie wymawiać słów, chociaż przecież to właśnie mogłaby zrobić, ani rodzina, ani państwo, nie wymagały, żeby nauczyła się pisać i czytać. Od początku wiadomo było, że przekracza to jej możliwości. W wieku siedmiu lat odesłano ją do szkoły specjalnej, ale nikt przecież nie miał czasu odwozić jej na Saską Kępę, więc została po prostu w domu. Kilka razy zajrzała do nich opieka społeczna, grozili, że zabiorą siostrę do domu dziecka, że jego też zabiorą, bo brud, nie ma co jeść, a ojciec ciągle pijany. W końcu jednak jakoś o nich zapomnieli. No i dobrze, po co było dziewczynę męczyć, ale mówić to mogłaby się nauczyć, skoro umiała obierać ziemniaki i smażyć kotlety, myślał pan Janusz. Podjechał wózkiem do okna, żeby wyjrzeć na ulicę. W sumie to i na dobre im wyszło, że miał wylew. Dostawał teraz regularnie rentę, niewiele, ale można się było jakoś utrzymać. Na flaszkę starczało, nawet koledzy mu czasem zazdrościli.
- Ty to Janusz nieźle się urządziłeś – mówili. - Masz babę, co nie gada, a ci gotuje, pracować nie musisz, żyć nie umierać.
Pan Janusz odsunął ręką strzępy firanki. Połowa okna zaklejona była folią. Szyba wypadła kiedyś, kiedy trzasnął mocniej, ale zreperował okno porządnie, tak że w ogóle nie wiało. Na podwórku przed domem kobieta we włóczkowej, kolorowej czapce odśnieżała samochód. Koło niej stała dwójka dzieci, trzymając na sznurku sanki jak psa na smyczy. Pan Janusz wiedział, że w maju przeprowadzili się do mieszkania po Walczakach. Zrobili remont, założyli centralne ogrzewanie, wywiórkowali podłogi i sprowadzili z IKEA tekturowe paczki z meblami. Złodzieje, pomyślał. Złodzieje i kombinatorzy tak się urządzają.
- Jolka – krzykną. - Jolka, przynieś mi ze sklepu pół litra, suszy mnie. I dla matki kup coś do jedzenia, nic w domu nie ma.
Jolka pokręciła głową, wydobywając z siebie gardłowe, urywane „aa” i „gg”.
- No idź, kurwa – wrzasnął. - Weź na kredyt, Ala ci sprzeda przecież.
Zaczęła się ubierać, wymachując bez sensu tymi swoimi grubymi ramionami. Po ulicy szedł tymczasem mężczyzna w wysokich butach i błękitnej kurtce. Niósł choinkę. Prawda, jutro Wigilia, przypomniał sobie pan Janusz. Dlatego ci wszyscy nowi tak się ostatnio uaktywnili. Zwozili zakupy nowymi samochodami, żarcia nakupili chyba na dwa lata. Teraz będą bombki rozwieszać, razem z tymi swoimi czystymi, różowiutkimi dzieciaczkami. Niech ich szlag, splunął pod koła wózka. Matka zajęczała, próbowała przewrócić się na lewy bok. Niech się męczy, pomyślał pan Janusz, niech stęka, znaczy, że jeszcze żyje.
Jolka wróciła z zakupami. Odebrał od niej wódkę.
A następnego dnia pod nieczynnym solarium, od wewnętrznej strony podwórka zebrała się całkiem spora gromadka. Była pani Zosia z trzeciego, ta co lubi psy i nie pracuje, bo starcza jej z renty matki, Marcin, Władek i Krzysiek z naprzeciwka, Ola salowa i pani Basia, co ma melinę na czwartym.
- Wesołych Świąt – powiedziałam, przechodząc obok. Śpieszyłam się do domu pakować prezenty.
- A dzień dobry – odezwała się pani Ola. - A my tu tak stoimy, bo wie pani, ci spod dziewiątki się spalili. Jolka, ta niedorozwinięta dziewczyna zaprószyła ogień w kuchni. Ścierka jej się od gazu zapaliła, czy co? W każdym razie nie wyszła z tego żywa, a dwoje pozostałych odwieziono do szpitala. No, ale nie będziemy pani zatrzymywać. Najlepszego – pomachała do mnie ręką.
- Najlepszego – odpowiedziałam tępo i poszłam przygotowywać wigilię.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 02.01.2011 )
|
|
Felietony Kai Malanowskiej
|
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...