|
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Maryta oddychała równo i delikatnie, od czasu do czasu wydając z siebie głośne, niespodziewane chrapnięcie. Wstałam i poszłam do salonu. Nagła fala deszczu uderzyła o parapet. Ciężkie krople spadły na rozgrzane domy, góry zafalowały i znikły w ciemnych potokach. Siedziałam próbując nie zastanawiać się nad małżeństwem ciotki. Co mnie to obchodzi, myślałam? Obce życia, cudze komplikacje, ten cały kołowrót emocji, jaki sobie fundują… Niech robią, co chcą, niech się wykończą, jeżeli mają na to ochotę. Skończyłam wino, położyłam na kanapie i pozwoliłam monotonnym odgłosom ulewy ukołysać się do snu.
- Upiłaś się w nocy!
Doprawdy, nic nie mogło ujść uwagi ciotki. Jedliśmy śniadanie w dużej, jasnej kuchni wuja Olka.
Leon siedział na skraju krzesła, jakby bał się wykorzystać je w całości, pełen nieśmiałych, serdecznych uśmiechów, śledził najdrobniejsze zmiany na twarzy Maryty i reagował natychmiast, podsuwając jej cukier, albo sól dla odmiany, próbując zajrzeć jej w oczy i zwrócić na siebie uwagę. Ta jednak konsekwentnie go ignorowała.
- Strasznie gorąco - zwróciła się do mnie.
- Może chciałabyś napić się soku? - Zapytał Leon, zanim zdążyłam otworzyć usta.
- Nie - odpowiedziała krótko, nie spojrzawszy nawet w jego stronę.
Co ona wyprawia, zastanawiałam się? Do czego dąży? Co się stanie, jeżeli Leon nagle zerwie się i odejdzie, albo zacznie na nią krzyczeć? Czy bierze to pod uwagę? Ale wuj Leon nie mógł oczywiście zrobić nic podobnego.
- Przyniosę ci jednak soku z lodem – powiedział, wstał od stołu i wybiegł do sklepu.
Maryta przyciągała go jak magnes, im gorzej go traktowała, tym rozpaczliwiej starał się pozyskać jej względy. Nie było w ich zachowaniu już nic autentycznego. Tkwili uwięzieni w koleinach schematu, który z każdym dniem stawał się coraz bardziej wyraźny. Rzeczywistość wymknęła im się spod kontroli, a oni nawet tego nie zauważyli, zajęci przedstawieniem, jakie odgrywali na własny użytek. Przełknęłam z trudem kawałek bagietki i odłożyłam sztućce, uderzając nimi o zlew z nieukrywaną irytacją.
- Co ci jest? - Maryta spojrzała na mnie uważnie.
- Dlaczego mu to robisz? - Spytałam.
- Komu? Leonowi? Kochanie, on sobie doskonale beze mnie poradzi. Mam go serdecznie dość i staram się mu to uświadomić, im wcześniej się z tym pogodzi, tym lepiej.
Co ona wyrabia, zastanawiałam się? Dla kogo ta inscenizacja, ta absurdalna poza dojrzałej, niezależnej kobiety, która obserwuje świat z dystansu. Potrzebuje zapewnienia, że jest silna, mądra i panuje nad swoim życiem. Potrzebuje czegoś więcej, odgrywa tę skomplikowaną rolę, bo chce żebym ją podziwiała. Chce, żeby podziwiał ją Leon, potrzebuje go nie mniej niż on jej, jest od niego całkowicie zależna. To żałosne i ona zapewne zdaje sobie z tego sprawę i właśnie to tak bardzo ją dotyka. Balansuje na linie nad przepaścią, a wydaje jej się, że przechadza się szerokim trotuarem.
- Nudziarz, bezpłciowy mydłek. Jak byś spędziła z nim pięć lat, to też byś się go czepiała.
Maryta usiadła na kanapie, podkurczając pod siebie nagie, opalone nogi.
- Czy ty naprawdę myślisz o nim to wszystko? Czy uważasz, że jest taki słaby i beznadziejny? Może on jest po prostu dobry, nie bierzesz tego pod uwagę? - zapytałam.
Ona jest jak czołg, myślałam. Bezduszna, głupia maszyna o stalowej woli. Sponiewiera i zniszczy w nim wszystko, co wartościowe. Maryta zdjęła z nosa okulary i spojrzała na mnie smutno. Bywały chwile, kiedy potrafiła zdobyć się na autentyczność, kiedy pstra kotara, za którą się ukrywała odsłaniała się na krótką chwilę, ukazując całkiem normalne wnętrze.
- Nie wiem - odpowiedziała. - Nie mam pojęcia. Co można powiedzieć na pewno o innym człowieku?
Kotara zafalowała i opadła ciężko. Ciotka wyprostowała się, poprawiła włosy i uniosła wysoko brodę.
- Tak to odbieram i tylko to się dla mnie liczy. Być może jestem niesprawiedliwa, tym bardziej powinniśmy się rozstać. Mam takie specjalne dyski, zapomniałam ci o tym powiedzieć – sięgnęła ręką do pudełka na stoliku. – Kupiłam je w Paryżu, w sklepie ze zdrową żywnością. Powinnaś przylepić je sobie do butów, albo do czapki i zawsze nosić przy sobie, odbijają szkodliwe promieniowanie o małym zasięgu fal.
Podała mi niewielki, plastikowy krążek, z kalkomanią, przedstawiającą statek UFO na tle rozgwieżdżonego nieba.
- Dziękuję – powiedziałam i zacisnęłam krążek w dłoni
Pozbierałam talerze ze stołu, a potem wyszłam i skierowałam się w stronę kawiarni. Miałam zamiar zostać tam przez cały dzień i czytać książkę. Przeszłam przez ulicę w ciężkim upale, który spływał z wysokiego, białego nieba. Powinnam się ruszyć, pomyślałam, powinnam wybrać się na wycieczkę. Ale nie lubię wysokich gór, nie podobają mi się nagie, monumentalne szczyty, przeraża ogrom nieregularnych, ponurych form. Tu jest bardzo pięknie, próbowałam się przekonać, dnem doliny płynie potok, na łące rosną zioła i kwitnące żółto, albo jaskrawo-fioletowo kwiaty. Nad kwiatami fruwają duże białe motyle o włochatych, grubych tułowiach, podobne do ciem, tłuste i solidne. Trudno uwierzyć w to, że żyją tak krótko, po dwóch dniach spadają na kamienie, brzeg jest usłany ich martwymi truchełkami; to dziwne, że wyglądają tak pięknie w locie i budzą tak wielkie obrzydzenie po śmierci.
- Bonjour madame – do stolika podeszła kelnerka, niska, energiczna kobieta o twardych rysach i wąskich ustach ujętych w dwa wyraźne nawiasy zmarszczek.
- Poproszę sok pomarańczowy – powiedziałam po angielsku.
- ?
Cholerni Francuzi, codziennie ta sama scena.
- Orange juice, please – powtórzyłam z uporem.
- A, „Orangina”?
Z rezygnacja skinęłam głową. Dostałam gazowaną oranżadę w malutkiej buteleczce z grubego szkła. Odkręciłam korek. Obok kręciła się druga kelnerka, o szerokich, przyjemnych ramionach i wystających pośladkach. Tamta zgadzała się przyjmować zamówienia po angielsku, ale była właśnie zajęta rozmową z właścicielem kawiarni.
- Hej - powiedział wuj Leon i usiadł obok.
- Hej - odpowiedziałam z trudem.
- Nie idziesz dzisiaj na spacer? – zapytał zakładając jedną ze swoich długich, chudych nóg na drugą. Nad blatem wystawało spiczaste, nagie kolano.
- Nie, wczoraj byłam na wycieczce – odpowiedziałam z wahaniem. Nie było to chyba wystarczająco dobre usprawiedliwienie mojego lenistwa.
- Dobrze…- chrząknął. – To świetnie - dodał.
Zapadła cisza. Wuj popatrzył na mnie, a potem na blat stolika, obrócił w rękach filiżankę, zakaszlał sucho i przyjrzał mi się znowu, śląc przy tym przepraszający uśmiech. Nie mógł być wiele ode mnie starszy, może dziesięć, piętnaście lat. Gęsta, jasna grzywka spadała mu nieustannie na oczy. Poprawiał ją powolnym ruchem, unosząc i skręcając między długimi palcami, robiącymi wrażenie perwersyjnie ruchliwych. Ciekawe, czy farbuje włosy, zastanawiałam się. Może jest w rzeczywistości zupełnie siwy? Zaczęło mnie irytować to uparte milczenie, w które ubierał się jak w jakiś wyjątkowo atrakcyjny strój. Ludzie małomówni wydają mi się zawsze tajemniczy i tym samym pociągający. Nic bardziej mylnego, pomyślałam i spojrzałam na niego ciekawie. Nie znalazłam jednak w jego twarzy nic poza wymiętym, wypranym z silniejszych emocji zmęczeniem, pełnym graniczącego z obojętnością poczucia obowiązku. Odwróciliśmy głowy. Wpatrywaliśmy się w rozwieszoną pomiędzy szczytami przestrzeń, jakby wśród tych nagich gór, na tle jasnego, pozbawionego chmur nieba, mogłoby zdarzyć się nagle coś niespodziewanego, coś, co przykułoby naszą uwagę, zdejmując z nas jednocześnie nieznośny obowiązek podtrzymywania konwersacji. Niby niechcący kopnęłam nogą stolik i strąciłam z niego butelkę, która uderzyła o kamienną posadzkę i, jak na złość, nie rozbiła się. Wuj Leon schylił się natychmiast i wiedziałam, że mnie przejrzał, że wie, że zrobiłam to specjalnie i miota nim w tej chwili wściekłość, której nie może dać ujścia, bo w przeciwieństwie do mnie nie umie pozwolić sobie na ekstrawagancję bicia szkła. Wini mnie teraz za wszystko, co się zdarzyło od początku wyjazdu, zawsze musi być ktoś winny, bo przecież on zachowywał się bez zarzutu, a Maryta i tak jest na niego zła. Nadal łudzi się, że zdoła uzdrowić to małżeństwo. Jasna ściana domu odbiła światło tysiącem roziskrzonych igiełek, bolała mnie głowa. Zakłamany, fałszywy idiota. Megaloman z poczuciem misji. On ją przekona, że powinni być razem, otworzy nad nią czuły parasol i będzie jej na starość zmieniał pampersy. Wcale nie chce tu ze mną siedzieć, więc czego się boi, niech idzie, postąpi raz w życiu jak gbur i będzie mógł to sobie wyrzucać, mazać się w poczuciu winy. Przecież lubi cierpieć. Powietrze stężało i opadło ciężko na kawiarniane blaty. Nadal unikaliśmy się wzrokiem, śledząc po niebie lot nieistniejącego ptaka.
- W podstawówce pobili mnie silniejsi chłopcy – odezwał się niespodziewanie. - Włożyli mi na głowę torebkę foliowa, o mało się nie udusiłem, ale bałem się pójść na skargę do nauczyciela. Nie doniosłem nie z powodu lojalności, nie z dziecięcej solidarności, tylko ze strachu, rozumiesz?
Nagle znaleźliśmy się bardzo blisko i chociaż wiążąca nas nić była cienka jak babie lato, to przecież istniała i połączyła nasze myśli. Miałam ochotę go przytulić.
- Rozumiem – powiedziałam.
A potem nić zalśniła w słońcu, urwała się i odfrunęła unoszona wiatrem.
Rozumiem, że dopóki jesteś obok Maryty wierzysz, że się zmienisz, pomyślałam. Wierzysz, że staniesz się silniejszy, bardziej autentyczny, że w końcu zapomnisz, zaczniesz żyć. Maryta ma rację, jesteś tylko małym, drżącym, niepewnym chłopcem wykluczonym z grupy, tym, którego dręczą inne dzieci, istniejesz tylko przez nią, jej siła jest twoją siłą, boisz się ją stracić. Długie, niespokojne palce wuja błądziły wśród włosów. Wiedziałam, że żałuje tego, co mi powiedział. Poczułam się jakbym zakładała mu torbę na głowę. Uderzyłam nogą w stolik i zrzuciłam butelkę, która tym razem rozbiła się na szereg drobnych, połyskliwych okruchów. Leon wstał i pobiegł niezgrabnie do kontuaru poprosić o śmietniczkę. Lubiłam go. Chciałam go pocieszyć, powiedzieć coś miłego, nie odezwałam się jednak i zostawiłam go tam ze śmietniczką w ręce, zamiatającego potłuczone przeze mnie szkło.
Przeskoczyłam strumień. Czułam się uwięziona w tej dolinie, pośród gór, zamknięta wśród wyszczerbionych skał. Stąd nie ma wyjścia, pomyślałam. Jednak z każdym krokiem rozwijał się przede mną krajobraz, tworząc wciąż nowe obrazy, których nie mogłam dotknąć, ani na które nie mogłam wpłynąć, nieistotna kropka, przypadkowy odprysk farby z pędzla na tle monumentalnej panoramy. W rosnących nad brzegiem owocowych drzewkach mieszkały pszczoły Niebieskie muszki podniosły się rozedrganą chmurą, kiedy mijałam krzak głogu. Na gałązkach siedziały duże, brązowe chrabąszcze. Były ciężkie i powolne, ale kiedy brałam je do ręki i rzucałam w powietrze, natychmiast rozwijały skrzydła i odlatywały, lekkie i wolne jak popychane wiatrem parasolki dmuchawca. Pogłaskałam żuka po pancerzyku. Senny, pełen bezpieczeństwa mikroświat rozłożył się u podnóża gór, jakby wznoszące się nad nim, ponure szczyty były jedynie kiczowatą, chorą wizją malarza i schylając się nad dojrzewającym jabłkiem uwierzyłam nieomal, że nie istnieją. A jednak istniały, były tam, kiedy podniosłam głowę…
Następnego dnia udało mi się wstać przed Marytą. Umyłam zęby i nie jedząc śniadania pobiegłam do kawiarni. Nad doliną wisiała szara, pełna deszczu chmura. Powietrze było gęste od narastającego napięcia. Zamówiłam kawę i usiadłam na zewnątrz, patrząc na wyblakły krajobraz, przyczajony i niepewny w oczekiwaniu burzy. Burza jednak nie nadchodziła. Upał wzmógł się, zawiesisty i lepki, spowalniający wszystko wokół. Kelnerki siedziały przy barze opierając głowy na łokciach, jedna machała rytmicznie nogą w powietrzu. Ktoś puścił muzykę. Edith Piaf zaśpiewała: „Non, je Ne regrette rien”. Jezu, pomyślałam, nie zniosę tego dłużej, tej ciężkiej atmosfery. Oszaleję. Niech się w końcu coś zdarzy, niech spadnie deszcz i niech ci zastygli nad kawą klienci pójdą sobie do domu. Otworzyłam książkę. Czytanie sprawiało mi ulgę. Jeszcze tylko dwa dni, pomyślałam, płacąc rachunek, jeszcze tylko dziś i jutro, i będę mogła wrócić do domu i uwolnić się od tej niezrównoważonej pary, którą analizowałam od tygodnia, nie mając nic lepszego, czym mogłabym zająć myśli. Przeszłam po kamieniach na drugą stronę potoku, a potem dotarłam żwirowaną alejką do furtki i pchnęłam ją silnie, zdecydowana, że dam sobie radę z ostatnimi dniami wakacji. Ogród był cichy i pusty, co mnie zaskoczyło, tamci zazwyczaj siedzieli do południa na tarasie czytając gazety. Nastawiłam wody na herbatę, a potem położyłam się w sypialni i zakryłam głowę prześcieradłem. Zasypiałam właśnie, kiedy usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych. Do pokoju weszła ciotka. Położyła kapelusz na krześle i pochyliła się wolno, żeby rozpiąć sandały. Przestraszyłam się, kiedy na nią spojrzałam. Nagle uleciała z niej cała magiczna energia. Usiadła obok, drobna i skurczona, postarzała niespodziewanie w swojej zbyt bujnej peruce, ze zbyt krzykliwym makijażem na twarzy, przyklapła jak szmaciana lalka z opuszczonymi ramionami i przekrzywioną na lewe ramie, zwisającą bezwładnie głową.
- Co się stało? - zapytałam.
- Leon mnie zostawił – odpowiedziała tępo i spojrzała na mnie ze zdumieniem, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą sama powiedziała. – Spakował się i wyjechał. Tak po prostu, chociaż błagałam, żeby tego nie robił…
Siedziała tam płacząc. Moja ciotka, ta silna, bezkompromisowa Maryta, która ujarzmiła świat i zmusiła go do posłuchu. Maryta, która trzymała rzeczywistość w szachu, posunęła się o krok za daleko. Z żelazna konsekwencją przeprowadziła swój plan i teraz mogła tylko szlochać bezgłośnie, siedząc na łóżku w swojej przekrzywionej peruce. Więc on się jednak na to zdobył, pomyślałam. On Leon, on oddzielny i autentyczny podjął w końcu decyzję. Była to ostatnia rzecz, jakiej chciała nauczyć go ciotka. I nauczyła, mimo, że oddała w zamian swój największy skarb, własną niezależność. Pomogłam jej wstać i zaprowadziłam ją do łazienki. Z kosmetyczki wyjęłam puderniczkę. Przetarłam czerwone, podpuchnięte oczy wacikiem, poprawiłam usta koralową szminką, a potem posadziłam ją na leżaku w ogrodzie, a sama zajęłam się gotowaniem obiadu. Kiedy wróciłam siedziała w tej samej pozycji, w jakiej ją zostawiłam, zgarbiona i drżąca, przerzucając bezmyślnie strony książki. Pozwoliła nakarmić się spaghetti z sosem pomidorowym. Wciągała posłusznie długie makaronowe nitki, nie zaprotestowała, kiedy wytarłam jej twarz serwetką. Leżałyśmy potem długo, patrząc na pogrążone we mgle, odległe szczyty. Były wielkie i całkowicie obojętne, odległe, milczące ponuro nad równo przystrzyżonym trawnikiem, nad jasnymi główkami mleczy i rosnącym w rogu krzakiem porzeczek. Na brzegu szklanki usiadła osa, zabzyczała gniewnie i przegięła się w swojej zastraszająco wąskiej tali, próbując dostać się do soku. Jaskrawo-pomarańczowy motyl rozłożył skrzydła na kapeluszu ciotki, trwał tam przez chwilę bez ruchu, a potem odleciał lekko w stronę czereśni. Biały, połyskliwy krążek przeświecał przez chmury. Krajobraz zadrżał lekko i stracił realność kształtów. Zamknęłam oczy. W powietrzu rozszedł się zapach dojrzałych owoców.
- Będzie padać - powiedziała Maryta, patrząc z dziecięcym przerażeniem na ciemniejącą chmurę. -Jestem już stara - dodała niespodziewanie.
Złożyłyśmy leżaki, pozbierały gazety i wróciły do domu. W gabinecie, na biurku wuja Olka stali nasi krewni i przyglądali się, kiedy otwierałam butelkę wina.
- Ciotka Lola - westchnęła Maryta. - Masz rację, ona miała schizofrenię, trzy razy próbowała popełnić samobójstwo, ale jej się to nie udało. Dożyła dziewięćdziesięciu ośmiu lat.
Dopiłyśmy wino. Pozmywałam i pościeliłam łóżko. Położyłam w nim Marytę, przebraną w jedwabną koszulę nocną.
- Dobranoc, Marytko – pocałowałam ją w czoło.
- Dobranoc, kochanie – odpowiedziała.
Leżała pod prześcieradłem zupełnie spokojnie, miałam nadzieję, że zaśnie szybko. Więc jednak zwyciężyła, pomyślałam znowu patrząc na drobne ciało, unoszące się w rytm przerywanego szlochem oddechu. Ale czy było to prawdziwe zwycięstwo? Czy nauczyła Leona odwagi, czy też złamała jeszcze jeden raz i on powtórzył tylko to, co robił wcześniej, przez pięć lat ich wspólnego życia? Po raz kolejny odgadł i spełnił jej życzenie, a ona została sama i tylko jej ślepy, bezmyślny upór będzie jej dalej towarzyszył? Zgasiłam lampkę.
Nocą chmura błąkała się po niebie, opierała o góry, zahacza drzewa i w końcu, nie wypuszczając z siebie ani kropli odpłynęła na północ, popychana wiatrem. Rano, kiedy wyszłam przed dom, ciągnąc za sobą spakowane walizki, zobaczyłam wyraźnie ośnieżone szczyty na tle jasnego nieba, od których słońce odbijało się tysiącem połyskliwych refleksów.
Opowieści Kai Malanowskiej publikujemy w sobote.
Czytaj też: Drobne szaleństwa - powieść Kai Malanowskiej w promocyjnej cenie w sklepie internetowym KP!
Zobacz:
Wprost o „Drobnych szaleństwach”
Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”
Drobne szaleństwa” nominowane!
„Polityka” poleca „Drobne szaleństwa”
Szczuka o „Drobnych szaleństwach”: Hit
„Splot” o „Drobnych szaleństwach”
Uczucia są sprawą wstydliwą. Rozmowa z Kają Malanowską
Darska o Malanowskiej: Świetny debiut!
O „Drobnych szaleństwach”: Cierpię, więc jestem
„Dwutygodnik” o „Drobnych szaleństwach”
Anna Dziewit poleca „Drobne szaleństwa”
Drobne szaleństwa: Pierwsze recenzje
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...