Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wakacje z Marytą. Część 2 Drukuj
Kaja Malanowska   
12.08.2010
Wieczorem dotarliśmy do Briançon, a stamtąd taksówką dojechaliśmy kilkanaście kilometrów do maleńkiej górskiej miejscowości, w której wuj Olek, brat Maryty, kupił letni dom.

 – Będę spała z Kają – powiedziała ciotka – ty możesz się położyć w gabinecie.
Leon stał przez chwilę zmieszany, jakby nie wiedząc, co ma począć z rozkazem ciotki, a potem odwrócił się do mnie i uśmiechnął nieśmiało:
 – Dobranoc, mam nadzieję, że będzie wam wygodnie… Ja się jeszcze przejdę przed snem, dobrze mi to zrobi – pocałował Marytę w policzek i wyszedł.
 – Mam nadzieję, że wziął klucze – ciotka odłożyła kapelusz na łóżko, a potem zdjęła burzę swoich całkowicie sztucznych rudych loków i została łysa jak kolano. Straciła wszystkie włosy, łącznie z brwiami i rzęsami, w wyniku kuracji oczyszczającej, którą przeprowadziła kilka lat wcześniej. Kuracja, której, trzeba mu przyznać, wuj Leon stanowczo odmówił, polegała na nieustannym obmywaniu się od środka za pomocą lewatywy. Maryta oczyściła się całkowicie i wylądowała w szpitalu z objawami śmierci głodowej. Przeżyła, ale włosy nigdy jej nie odrosły. Wyglądała teraz pięknie, jak egipska rzeźba o ogromnych, kocich oczach. Byłam zdania, że powinna się pozbyć peruk na zawsze. Ciotka ziewnęła i opadła na łóżko, żeby zaraz potem odepchnąć się gwałtownie od materaca.
 – Idę wziąć prysznic, jestem wykończona – powiedziała. Wyjęła z walizki muślinowy szlafrok w niebieskie kwiaty i weszła po kamiennych schodkach do łazienki.

Zostałam sama. Dom był duży, piękny i całkowicie niepraktyczny. Składał się z szeregu połączonych ze sobą otwartych pomieszczeń. Jedyne drzwi prowadziły do łazienki, odgrodzonej od sypialni szklaną, przydymioną ścianą, na tyle przezroczystą, że mogłam widzieć zarys ciotki wchodzącej do wanny. Wszędzie panował dobrze zaplanowany chaos, na który mogą pozwolić sobie jedynie kawalerowie albo bezdzietne, zamożne pary po pięćdziesiątce. Każdy z pozostawionych w pozornym nieładzie, kosztownych sprzętów musiał mieć w rzeczywistości ściśle ustalone miejsce. Wymuszony, ceremonialny zamęt. Poczułam się niepewnie. Pogrzebałam w kuchennej szafce, wyjęłam z niej porcelanową popielniczkę i poszłam do dużego pokoju. Na szerokim kreślarskim biurku stały dobrze znane mi zdjęcia. Stare, przerabiane w Photoshopie odbitki. Zza okrągłych ramek wyglądała moja rodzina. W oddalającym wszystko kolorze sepii pomniejszone, nieruchome tabuny pracioć, wujków i stryjenek, dostojnie upozowanych na giętych krzesłach, ze strusimi piórami wpiętymi w kapelusze, podkręconym wąsem, w garniturze w prążki. Olkowi musiało bardzo zależeć na tym, żeby nikt, kto odwiedza go w alpejskiej rezydencji, nie miał wątpliwości, że posiada dobrze udokumentowaną przeszłość. Z papierosem w zębach, próbując choć trochę oswoić atmosferę, przyglądałam się fotografiom. Na jednej z nich starsza siostra mojej babci siedziała na ganku rodzinnego domu, trzymając w dłoniach złożoną książkę. Poznałam ją, kiedy byłam małą dziewczynką. Pewnego jesiennego popołudnia babcia zaprowadziła mnie do mieszkania na dalekim Żoliborzu. W ogromnym, jasnym pokoju na poddaszu, przykryta kocami, siedziała skurczona staruszka. Przyniosłyśmy ze sobą zakupy, biały ser, bułki i mielone mięso.
 – Przywitaj się – powiedziała babcia. – To jest ciocia Lola.
Wyciągnęłam rękę. Musiałam się nachylić i pocałować opadający, porosły długimi włosami policzek. Lola pachniała dymem i przesuszonym papierem. Miała rzadkie tłuste włoski, związane na karku w rozlatujący się koczek. Jej skroń wydała mi się całkiem przezroczysta, pulsowała na niej jasnoniebieska, kręta żyłka i bałam się, że tętno krwi rozsadzi cieniusieńką skórę, która podrze się i opadnie z twarzy jak jaszczurza wylinka. Odsuwając się, zobaczyłam brązowe, grube znamię u nasady jej szyi. Starałam się zachowywać spokojnie, miałam nadzieję, że ta dziwna starka nie zauważy, jak bardzo się jej brzydzę. A ona siedziała tam, patrząc na mnie z jakąś przedziwną, zwierzęcą intensywnością, oczami niepasującymi do wychudzonej twarzy. Pomiędzy skórą a czaszką od dawna nie było już żadnego ciała, które mogłoby nadać jej chociażby cień świeżości albo przynajmniej pozór życia. Przewiercała mnie tym swoim intensywnym wzrokiem, zaglądając do środka, żeby poznać najskrytsze, najbardziej wstydliwe myśli, i w końcu uśmiechnęła się z satysfakcją.
 – Ty mnie chyba bardzo nie lubisz? – zapytała i było to jedyne zdanie, jakie padło z jej ust podczas naszej wizyty. Ogarnęło mnie takie przerażenie i taka rozpacz, że wśród narastającego szlochu krzyknęłam:
 – Ty nie żyjesz, nie żyjesz! – i upadłam na podłogę, kopiąc nogami kaloryfer.
Babcia pozbierała mnie z ziemi i wyniosła na klatkę schodową. W drzwiach odwróciła się jeszcze:
 – Wrócę wieczorem, kochanie – powiedziała. – Tylko się nie zamartwiaj.

Nie sądzę, żeby ciocia Lola przejęła się szczególnie moim płaczem i tym, co powiedziałam. Może właśnie dlatego, że rzeczywiście od dawna nie żyła. Umarła na długo przed naszym spotkaniem, w wieku trzydziestu ośmiu lat, zaraz po tym, jak wyszła na próg domu, żeby wsiąść do linijki i odbyć dziewiętnastokilometrową drogę do Sandomierza, sama z dwójką dzieci. Obijając się i telepiąc na wybojach piaszczystej drogi, wytrzęsła z siebie całą witalność i z każdym polnym kamieniem, na którym podskakiwała, było jej coraz mniej, tak że kiedy w końcu dojechała do sandomierskiego rynku i wysiadła przed kamienicą, która nadal jeszcze należała do jej ojca, w ściągniętej nagłym przerażeniem twarzy żywe były już tylko oczy - i pozostały takimi przez następnych pięćdziesiąt lat, podczas gdy reszta ciała zaczęła od tego momentu powoli obumierać i usychać, jak świeżo ścięta gałąź, która zamienia się w kawałek twardego, martwego drewna. Czy nie można żyć poza światem, w którym się urodziło? Wszyscy oni – spojrzałam na biurko – nawet ci, którzy przyszli na świat zbyt późno, żeby dobrze pamiętać przedwojenne czasy, odmówili udziału w nowej rzeczywistości. Zagrzebywali się w swojej inności, w samym fakcie trwania upatrując aktu protestu. Przechowywali jak skarb zniekształconą pamięć o dawnych czasach. Wychowałam się na opowieściach o sielskiej atmosferze ziemiańskich dworków, spokojnych wieczorach, lampach naftowych i chłopach idących co rano ze śpiewem na ustach w pole, szczęśliwych, bo pan był ludzki i hojny.
 – Wuj Henryś – babcia uśmiechała się na jego wspomnienie – on to był świetnym gospodarzem i człowiekiem niezwykle szlachetnym. Mówiło się, że kłania się chłopom pierwszy i zdejmuje przy tym kapelusz. Jego brat Andrzej co niedziela rozdawał wiejskim dzieciom drobne pieniądze.

Moi krewni zasiedlający biurko wuja Olka stali rzędem, pogrążeni w zastrzeżonej jedynie dla wtajemniczonych nostalgii, uczepieni skrawka nieistniejącego świata. Ciągnęli za sobą Marytę i mnie, odpady ich nieudanej produkcji.
 – A, Lola…
Przestraszona odstawiłam zdjęcie na biurko. Ciotka stała tuż za moimi plecami. Programowo niezrównoważona Maryta, z zasady inna, ze swoim złym, krzykliwym gustem wyrabianym pracowicie latami na złość rodzinie, ze skłonnością do przystojnych skurwysynów i nieudanymi trzema małżeństwami, stała tam, ubrana w absurdalny muślinowy szlafrok i czepek kąpielowy w róże. Przyglądała się fotografiom.
 – Nieszczęsna wariatka, po wojnie spędziła pół życia w szpitalu. Tak kończą ludzie, którzy nie mogą się pogodzić z odchodzącą przeszłością – dodała, przeglądając się w okiennej szybie.
 – Słyszałam, że miała schizofrenię – zauważyłam nieśmiało.
 – Coś tam miała. W każdym razie twoja babcia nieźle się z nią namęczyła. Wiecznie się nad nią rozczulała. Wszyscy obchodzili się z tą wariatka jak ze zgniłym jajem. Pewnie właśnie dlatego nigdy nie doszła do siebie, było jej tak wygodniej – potrząsnęła głową. – Nienawidzę tej rodziny, zawsze jej nienawidziłam – dodała z mocą. – Wszyscy albo zwariowali, albo umartwili się na śmierć. Nie pojmuję, dlaczego Olek hoduje tu te zdjęcia… Chodźmy w końcu spać.

Następnego dnia obudził mnie gniewny głos ciotki:
 – Uspokój się! – krzyczała. – Jeżeli nie przestaniesz, wyjdę stąd i nie będziemy więcej rozmawiać.
 – Przepraszam.
 – Nie przepraszaj, tylko powiedz, co się stało.
 – Miała znowu atak… Jest bardzo chora.
 – Nic jej nie będzie, weź się w garść. Nie jest tam przecież sama, ma męża.
Zakryłam głowę poduszką. Chwilę później Maryta weszła do sypialni i usiadła na łóżku. Wyglądała dziwnie łagodnie, nieumalowana, w prostej brązowej sukience. Przetarła ręką czoło.
 – Obudziliśmy cię?
 – Nic nie szkodzi… – powiedziałam, siadając.
 – Widzisz, siostra Leona jest chora, dzwonili dzisiaj rano, że jej się pogorszyło – zawiesiła głos.
 – A co jej jest?
 – Jakieś problemy z woreczkiem żółciowym. A mówiłam, żeby zmieniła dietę.
Maryta potrząsnęła sztucznymi włosami.
 – W każdym razie to bardzo boli, Leon się zamartwia.
 – Nakrzyczałaś na niego… – wyrwało mi się, ale ciotka spojrzała tylko na mnie uważnie i opuściła wzrok.
 – Nie znoszę, kiedy Leon wpada w tę swoją egzaltację – powiedziała cicho. – Zawsze chodzi o cudzy ból, on zawsze rozczula się nad innymi. Irytują mnie te ostentacyjne wyrazy czułości, ta wrażliwość na pokaz, żeby przypadkiem nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, jak bardzo przejmuje go cudzy los. Już go lubisz, prawda?
Skinęłam głową
 – Widzisz, jemu na niczym innym nie zależy. Czasem myślę, że nie ma żadnych ambicji ani potrzeb. Jest tylko doklejonym do mnie, młodszym, idealnym, wiecznie zakochanym mężem. Zastanawiam się, czy istnieje gdzieś sam, niezależny, oderwany od ludzi, którzy go otaczają? On, Leon, a nie czuły mąż, kochający brat albo wierny przyjaciel. On osobny, on niezależny, on jedyny w swoim rodzaju, a nie papierowy ideał nie do zniesienia. To pewno moja wina, ale nie mogę tego dłużej wytrzymać. Rozwiodę się z nim i zostanę na starość zupełnie sama…
 – To dlaczego za niego wyszłaś?
Ciotka zastanowiła się przez chwilę.
 – Był taki łagodny – uśmiechnęła się. – Uroczy jak małe dziecko, no i podobny do nich – wyciągnęła rękę w kierunku rodzinnych fotografii. – W każdym razie skutek tego jest taki, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat zostałam matką, a ja nigdy nie chciałam mieć dzieci.
Wyprostowała się nagle, a potem przejechała kilka razy dłonią po ramieniu suchym, energicznym gestem, jakby chciała strzepnąć niechciane wspomnienia.
 – A teraz chodź i wybierz sobie kapelusz – powiedziała. – Absolutnie nie zgadzam się, żebyś wychodziła na dwór z gołą głową. Promieniowanie kosmiczne jest zbyt niebezpieczne.
Spojrzałam z rozpaczą na stos nakryć głowy. Wyobraziłam sobie siebie w czarnym kapelusiku z pawimi piórami, a potem w tym z szerokim rondem w kwiaty, w pistacjowo-zielonym z płaskim dnem, w pomarańczowym i w końcu w beżowym, z wypchanym ptaszkiem na samym czubku – i zapytałam, czy mogę kupić sobie czapkę.
 – Od biedy – zgodziła się Maryta. – Chcesz kawy?
Wciągnęłam spodnie i powlokłam się do kuchni. Jeżeli to będzie dalej tak wyglądać, pomyślałam, nie dożyję powrotu do Warszawy. Zajrzałam do lodówki w poszukiwaniu mleka, a potem do zamrażalnika w poszukiwaniu wódki.
 – Możesz sobie darować, moja droga – usłyszałam za plecami. – Tu jest tylko mrożony groszek.
 – Skąd wiesz, czego szukam? – oburzyłam się natychmiast.
 – Oleś jest alkoholikiem – odpowiedziała. - Wino znajdziesz w szafce na buty, a dwie butelki szkockiej pod łóżkiem, gdybyś miała ochotę się stłumić… Dmuchnęła mi dymem papierosowym w twarz i strzepnęła popiół na nieskazitelnie czystą podłogę. Odetchnęłam głęboko i nalałam kawy do filiżanek.

Cały czas spędzaliśmy we trójkę, Maryta, Leon i ja. Miejscowość, w której mieszkaliśmy, składała się w zasadzie z trzech hoteli, poza tym stało tam jeszcze kilka domów letniskowych, dwa otwierane tylko w sezonie sklepy spożywcze, kiosk z pamiątkami dla turystów i niewielki, zamknięty na głucho, pozbawiony okien kościółek. Na wystawionych przed hotelami leżakach siedzieli zadbani, dobrze odżywieni emeryci i obserwowali ciotkę, która niewątpliwie odniosła pełny sukces. Stanowiła zadziwiający kontrast dla tego nieciekawego miejsca i bezbarwnych, ubranych w lekkie T-shirty i krótkie spodnie letników. Paradując szosą jak po Champs-Élysées, w długej wzorzystej sukni i czarnym kapeluszu, stukając nieprawdopodobnie wysokimi szpilkami i nieustannie wypuszczając dym z płuc, zwracała powszechną uwagę. Zaczęło mnie męczyć jej przerysowanie, ten absurdalny, karykaturalny wizerunek, jaki prezentowała światu, mając zapewne nadzieję, że sprawia mu tym przykrość. Biegłam za jej zamaszystymi kroczkami, ostentacyjnymi stuknięciami obcasów o miękki, rozgrzany asfalt. Zostawiała za sobą ślady kwadratowych kopytek, które śledziłam, starając się za nią nadążyć. Byłam zmęczona, przygnieciona ciężarem upału i narastającego napięcia, które wytworzyło się pomiędzy wujostwem i naprężyło jak ciągnięty z dwóch stron, gotowy w każdym momencie pęknąć sznur.

 – Nie jesteś zmęczona? Może chcesz odpocząć i napić się czegoś? – zapytał Leon.
 – Gdybym była zmęczona, tobym ci powiedziała. Bardzo cię proszę, nie traktuj mnie jak niedołężnej staruszki – Maryta odzywała się do niego z trudem hamowaną pasją.
 – To może miałabyś ochotę przejść się na spacer?
 – Nie.
 – A po obiedzie?
 – Po obiedzie pójdziemy, jeżeli Kaja też się z nami wybierze.
Leon posyłał mi smutne spojrzenia, jakby chciał zapytać, czy widzę, jak bardzo cierpi, a ja kurczyłam się w sobie i malałam z zażenowania.
 – Oczywiście, kochanie.
 – „Oczywiście, kochanie”. Czy ty umiesz powiedzieć coś więcej?
On jest w stanie znieść dosłownie wszystko, pomyślalam. Uprzedzająca grzeczność Leona wytrącała mnie z równowagi. Poruszał się jak nakręcona marionetka po szynach dobrego wychowania. Bezpieczny w objęciach znanych, rytualnych form. Panował nad sytuacją, powtarzając swoje „dziękuję”, „proszę” i „przepraszam”, rzucając się do przodu, żeby otworzyć przed nami drzwi, podrywając z krzesła, wyrywając Marycie torbę z jedną cytryną, której nie powinna w żadnym wypadku dźwigać. Chował się za zasłoną żałosnego, pełnego cierpienia milczenia i chociaż zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że działa świadomie, było mi go żal. Za każdym razem, kiedy Maryta go upokarzała, odpowiadał: „Kocham cię, nie mogę bez ciebie żyć” – i to doprowadzało ją do rozpaczy. Tych dwoje walczyło ze sobą. Walczyło nie wprost, w złowrogim zacięciu, jakąś przedziwną, pokrętną metodą. Każde używało w tym celu własnych, od lat sprawdzonych sposobów.
Pod wymiętą koszulką spływały mi strużki potu, z trudem łapałam oddech. Musiałam włożyć kupioną przez Marytę czapkę z daszkiem, na której widniał obrazek przedstawiający wesołego kapitana ściskającego w dłoniach czerwone koło ratunkowe. Napis nad kapitanem głosił: „Take a break in Alp mountains”.

 – Podać herbatę? – Leon odkaszlnął.
Odpoczywaliśmy po obiedzie, siedząc w wystawionych na werandę pluszowych fotelach. Zaczął wiać lekki, przynoszący ulgę wiatr i miałam nadzieję, że ciotka zaśnie i będę mogła uwolnić się od niej chociaż na jedno popołudnie.
 – Nie kaszl.
Maryta podniosła się z fotela. – Już ci mówiłam, nie musisz kaszleć, to jest nerwowe, powinieneś panować nad odruchami. Poszedłeś z tym do lekarza?
 – Nie, zapomniałem.
 – Chyba nie mogłeś zapomnieć, skoro przypominałam ci o tym tyle razy!
 – To nie jest taki wielki problem…
 – Może nie jest to problem dla ciebie, ale innym przeszkadza, jak ciągle prychasz i rzęzisz, nie przyszło ci to do głowy?
 – Marytko, proszę cię…
 – Pytam się o coś!
 – Proszę…
 – No pytam się!
Wiedziałam, że żadne z nich nie pozwoli się wybić ze swojej pozycji. Ona będzie naciskać i traktować go w okrutny, pozbawiony skrupułów sposób. On nie da się sprowokować, przeprosi i zamknie w swoim bolesnym milczeniu, którego ona z kolei nie będzie potrafiła znieść.
 – Pójdę na spacer – powiedziałam.
 – O nie, zostań z nami – Maryta zaprotestowała gwałtownie. – Nie możesz mnie tu zostawiać!
 – Wrócę niedługo – powiedziałam i nie odwracając się, zeszłam po drewnianych schodach na wysypaną żwirem alejkę, a potem ruszyłam pod górę w stronę lasu. Chciałam od razu wyjść na łąkę, ale bałam się minąć robotników, którzy rozstawiali właśnie namiot w czerwono-zielone pasy. Jeszcze bardziej bałam się turystów siedzących tuż obok, przy drewnianym stole. Trzyosobowa rodzina, zdominowana przez muskularną postać mężczyzny, który ubrany tylko w obcisłe spodenki i okulary słoneczne, popijał piwo ze zroszonej szklanki i perorował głośno, mając w swej maleńkiej, kompletnie ubranej żonie i jeszcze mniejszej córeczce wiernych słuchaczy. Docierały do mnie pojedyncze, urywane słowa w kanciastym języku, którego ku własnemu wstydowi nie znałam.

Za drogą objęła mnie cisza i głęboki, zielony oddech lasu. Szłam wąską, wydeptaną w trawie ścieżynką, w stronę jasno-błękitnego okna między jarzębinami. Zatrzymałam się, zanurzając stopy w chłodne krzaczki jagód. Czy w jagodach mieszkają kleszcze? Czy wpiją mi się w stopę? Kiedyś nie bałam się chodzić boso i nigdy nic złego mnie nie spotkało… Łąka była pełna kwitnącej koniczyny, delikatnych, drżących jaskrów, niebieskich dzwonków i przylaszczek. Po niebie przesunął się cień obłoczka i żółta zieleń zbladła, przeszła w stłumiony fiolet, żeby już w następnej chwili rozświetlić się znowu tysiącem intensywnych barw. Pobiegłam w dół, w rude łodygi szczawiu i siwe łopiany, i dalej jeszcze, w stronę krzewów dzikiej róży. Przesunęłam dłonią po trawach, wypuszczając spod palców chmurkę żółtego pyłu. Pod krzewem rósł miękki, wilgotny mech. Powietrze pełne było słodkiego zapachu macierzanki i rozgrzanej mięty. Wysoko nad doliną zawisł w powietrzu ptak i napiął w słońcu połyskliwe skrzydła. Niosła go przestrzeń, daleko w górę, w stronę przełęczy i nagich górskich szczytów. Przez chwilę goniłam wzrokiem szybujący czarny przecinek, a potem siadłam po turecku i odetchnęłam głęboko. I co ja zrobię z tym wszystkim, pomyślałam? Co mam właściwie zrobić z tą pełnią lata i z tym, że znalazłam się zupełnie przypadkowo w kadrze cudzego życia? Czułam się jak szpieg, ohydny, perwersyjny zboczeniec, czerpiący przyjemność z przeżywania cudzych emocji.


Opowieści Kai Malanowskiej publikujemy w niedziele.
Czytaj teżDrobne szaleństwa - powieść Kai Malanowskiej w promocyjnej cenie w sklepie internetowym KP!

szalenstwa_okladka_100px.jpgZobacz:
Wprost o „Drobnych szaleństwach”
Opowieści o zwyczajnym szaleństwie

Drobne szaleństwa” nominowane!

„Polityka” poleca „Drobne szaleństwa”
Szczuka o „Drobnych szaleństwach”: Hit 
„Splot” o „Drobnych szaleństwach”
Uczucia są sprawą wstydliwą. Rozmowa z Kają Malanowską

Darska o Malanowskiej: Świetny debiut!
O „Drobnych szaleństwach”: Cierpię, więc jestem
„Dwutygodnik” o „Drobnych szaleństwach”
Anna Dziewit poleca „Drobne szaleństwa”
 
Drobne szaleństwa: Pierwsze recenzje

Komentarze
Dodaj nowy
antenka_beretowa   |15.08.2010 18:06:17
Sorry, za chamskiego posta.Cierpię na pewną dosadność w kontaktach ,bo zakładam
bezpodstawnie,że wszyscy mają tak toporną wrażliwośc jak moja.
Limba   |17.08.2010 18:21:51
abrdzo fajna historia- czakam na ciag dalszy….. ciekawe co sie wydarzy?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.09372 Seconds