|
Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego ciotka Maryta postanowiła zabrać mnie ze sobą na wycieczkę i tym samym uczynić bezsensownym świadkiem rozpadu swojego czwartego małżeństwa. Prawdopodobnie działała w porozumieniu z matką, bo ta zrezygnowawszy z pomysłów uleczenia mojej psychiki przy pomocy kuracji hormonalnej, bioenergoterapeuty oraz pigułek wzmacniających wątrobę, od dłuższego czasu wspominała, że przydałby mi się wyjazd, gdzieś daleko, najlepiej w nowym, ciekawym i miłym towarzystwie. Ciotka Maryta była poniekąd towarzystwem nowym. Nie mieszkała w Polsce, znałam ją tylko z krótkich wizyt we Francji. W rodzinie miała opinię postaci niezwykle ekscentrycznej, więc siłą rzeczy interesującej. Niemniej miałam niejasne poczucie, że towarzystwem miłym raczej nie można było jej nazwać. Sądzę, że ojciec podzielał moje obawy, bo kiedy matka wręczyła mi bilet na samolot w ramach prezentu urodzinowego, jęknął, schował twarz w dłoniach, a w następnej chwili poderwał się od stołu i wychodząc z pokoju trzasnął drzwiami.
- Maryta z Leonem będą na ciebie czekać na dworcu kolejowym w Paryżu, dalej pojedziecie pociągiem.
- Dziękuję mamo - powiedziałam, starając się brzmieć entuzjastycznie. Ostatnio zaniedbywałam rodziców. Kontakty z nimi stawały się coraz trudniejszy i ani psycholożka u której się leczyłam, ani tym bardziej ja sama, nie umiałam odnaleźć przyczyny lęku, który narósł we mnie w ciągu ostatnich dwóch lat. Próbowałam odwiedzać ich regularnie, raz w tygodniu, jeździłam kolejką na Ursynów, powtarzając sobie w rytmie kolejnych stacji, że nic mi nie grozi, spędzę trzy godziny wśród ludzi, którzy bardzo mnie kochają. Tyle, to chyba nic strasznego… Wychodziłam z metra zdrętwiała, na ugiętych nogach, z trudem udawało mi się dotrzeć na czwarte piętro. Siedziałam potem przy objedzie, pogrążona w tępym stuporze, nie mogąc otworzyć ust, uśmiechając się tylko cierpko i grzebiąc widelcem w nieskończonym drugim daniu. Irytowałam ich, irytowałam i martwiłam. Sztywna kukła co niedzielę, skupiająca wokół siebie uwagę, męcząca, budząca opiekuńcze odruchy i niepozwalająca do siebie podejść.
- Przyzwyczaiłam się już, że cię nie widuję – mówiła matka, żeby w następnej chwili grzęznąć w wyrzutach sumienia i podsuwać mi pod nos deser, którego nie potrafiłam tknąć. Matka jest osobą racjonalną, mocno stojącą na ziemi i praktyczną do bólu. Dla niej zawsze istnieje wyjście z sytuacji, należy tylko szukać odpowiednio długo i cierpliwie, pogrzebać w ciele, żeby znaleźć chore nerki albo śledzionę, psychika to jedynie odbicie stanów fizycznych, a te, jak wiadomo można łatwo uleczyć za pomocą pigułek, zastrzyków lub masaży. W zasadzie się z nią zgadzam, pozwoliłam więc wysyłać się do kolejnych specjalistów, uznałam też, że wyjazd do Francji w towarzystwie nowym, ciekawym i nie koniecznie miłym, może podziałać na mnie zbawiennie. Wzięłam bilet. Pocałowałam ją w miękki, pachnący ziemią policzek z poczuciem, że nie stać mnie na odpowiednią serdeczność i że znowu zrobiłam jej przykrość. Wyciągnęła swoją szczupłą, mocno opaloną dłoń, dłoń, którą tak ubóstwiałam oglądać w dzieciństwie, z wystającymi, błękitnymi żyłkami i jasnymi paznokciami, wzdłuż których biegły prawie niewidoczne, równolegle linie. Pogłaskała mnie po głowie. Dałam się pogłaskać, stojąc grzecznie, jak obca osoba wyrażająca w sposób skonwencjonalizowany głęboką wdzięczność. Znowu miałam sobie za złe.
I oto znalazłam w hali głównej paryskiego dworca, ściskając w ręku torbę pełną gotowanych jajek i pomidorów, w które zaopatrzyła mnie rodzina, i czekałam na ciotkę. Godzina, na którą byłyśmy umówione minęła dawno, postanowiłam więc wyjść na zewnątrz, żeby zapalić, chowając w duszy nadzieję, że Maryta nie pojawi się w ogóle, co zwolni mnie automatycznie z obowiązku „spędzania wakacji” w celach terapeutycznych bądź jakichkolwiek innych, że będę mogła zabrać gotowane jajka i pomidory do samolotu, a potem zawieść je taksówką na Mokotów, odłożyć do lodówki i zająć się leżeniem na kanapie w moim pozbawionym zarówno miłego, jak i ciekawego towarzystwa mieszkaniu. Następna godzina minęła mi na zastanawianiu się, ile kosztuje bilet powrotny do Warszawy i dopiero w chwili, kiedy ogłoszono odjazd pociągu, na który czekałam, zobaczyłam jasnozieloną suknię ciotki i jej japońską parasolkę w tym samym kolorze. Tłum rozstępował się przed nią pokornie i zamykał dokładnie na podążającym w pośpiechu za swoją żona wuju Leonie. Wuj lawirował między przechodniami, śląc słabe uśmiechy tym, którzy oberwali parasolką i powtarzając bez przerwy: pardon. Był wysoki, szczupły, o łagodnej, miękkiej twarzy i szerokich, kobiecych ustach. Na twarz opadały mu imponująco gęste, jasne włosy. Poruszał się w sposób właściwy osobom nieśmiałym, drętwo i rozpaczliwie niezgrabnie. Wyglądał, jak ktoś kto bardzo się stara, żeby było go mniej. Z niewiadomych przyczyn pchał przed sobą dwie ogromne walizki na kółkach, zamiast ciągnąć je z tyłu, jak każdy normalny człowiek. W pewnym momencie jedna z walizek zdobyła prowadzenie, przechyliła się na lewą stronę, wykonała półobrót i zamieniła z drugą miejscami. Leon zatrzymał się nagle ze skrzyżowanymi rękami, kompletnie bezradny, żałośnie uwięziony w splocie własnych ramion. Ciotka pędziła do przodu, nie oglądając się, upuścił więc bagaże i zmienił taktykę. Tym razem ciągnął walizki za sobą, przy czym szedł tyłem, co spowodowało, że cała operacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana… Natychmiast poczułam do niego sympatię.- Witaj kochanie - Maryta odbiła mi swoje malinowe usta na policzku, a następnie podała gigantycznych rozmiarów pudło na kapelusze. - Weź to ode mnie, dobrze?
Pociąg zagwizdał. Wsiadając do wagonu, zastanawiałam się, w jaki sposób uda mi się przetrwać nadchodzący tydzień. Ruszyliśmy. Leon umieszczał walizki na półkach, podczas gdy ciotka wsparta jedną ręką na biodrze przyglądała mu się przez chwile ze zmrużonymi oczami, po czym zdjęła z głowy słomkowy kapelusz, usiadła i zapaliła papierosa. Była niezwykle piękna. Po swoim ojcu, Argentyńczyku odziedziczyła egzotyczną urodę, ciemną karnację i ogromne, orzechowe oczy w kształcie migdałów. Ojciec przekazał jej również temperament, bo o matce Madryty, cioci Heli krążyły legendy rodzinne, wedle których odznaczała się anielskim charakterem.
- To było cudownie dobrane małżeństwo – mówiła babcia, wskazując palcem fotografię, na której duża kobieta o obfitym biuście i zaciętym wyrazie twarzy, siedziała sztywno wyprostowana w ogrodowej altanie. Tuż za nią, trzymając dłoń na ramieniu ciotki Heli stał ciemny, przystojny wuj Carlos. Ubrany w bryczesy, białą koszulę i wysokie buty do konnej jazdy, patrzył prosto w obiektyw z tym swoim nieprzeniknionym, uwodzicielskim uśmiechem, za którym wszyscy tak przepadali.
- Świetne małżeństwo – powtórzyła babcia. – Mimo że mieszane i początkowo byliśmy mu przeciwni. Bardzo się kochali. Takie małżeństwa teraz się już nie zdarzają…. Carlos popełnił niestety samobójstwo w połowie lat pięćdziesiątych – dodała płynnie. Westchnęłam.
Leon odebrał ode mnie plecak, położył go obok walizek ciotki a potem usiadł przy oknie, odgarną włosy i zapatrzył się w przestrzeń. Wyglądał na zmęczonego. Uświadomiłam sobie, że nie odezwał się jeszcze ani słowem, nawet się ze mną nie przywitał.
- Jesteś strasznie chuda – powiedziała Maryta, która w przeciwieństwie do swojej matki, aniołem na pewno nie była.
– Chuda i źle ostrzyżona – dodała. - Powinnaś przejść na dietę bogatą w tłuszcze, to może cię ochronić przed stwardnieniem rozsianym.
- Nie mam stwardnienia rozsianego – powiedziałam i przez chwilę zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie zacząć jeść bekonu.
- Nieważne, zawsze możesz zachorować. Matka mówi, że siedzisz całymi dniami przed komputerem, napromieniowywujesz się systematycznie… Masz telefon komórkowy?
- Mam – odpowiedziałam z wahaniem.
- A mikrofalówkę.
- Mam… - przyznałam się.
- To masz też niewątpliwie raka! – wykrzyknęła ciotka z nieskrywaną satysfakcją.
- Proszę pani, tu nie wolno palić – konduktor zatrzymał się przy naszych siedzeniach.
- O, a czy pan wie, że to ostatnia przyjemności, jaka pozostała mi w życiu? – wykrzyknęła ciotka.
Poszłam do restauracyjnego. Nie działała klimatyzacja, upał był nie do zniesienia, ale wolałam umrzeć z przegrzana niż znosić ciotkę Marytę. Za oknami falował południowy krajobraz, ciepłe, brązowiejące pola, ciemne drzewa znaczące perspektywę i dalekie miasteczka przysiadłe w zielonych, ocienionych nieckach. Na horyzoncie pojawiła się błękitna linia wzgórz. Poczułam, jak w brzuchu pęcznieje mi kula twarda i ciężka. Nie chcę, pomyślałam, nie chcę… Po raz kolejny uciekam przed goniącym mnie nieubłaganie poczuciem winy. Obce miejsca, obce kraje, po których wałęsam się w nadziei, że odnajdę moje alternatywne ja, inną, przyjemną rzeczywistość, którą żyję w jakimś nie znanym zakątku świata, spokojna i nieświadoma. Pociąg zahamował gwałtownie, uderzyłam głową o ścianę i ostry ból w prawej skroni otrzeźwił mnie natychmiast. Przynajmniej nie mam na razie raka, pomyślałam, zapłaciłam za kawę i wróciłam na swoje miejsce.
Opowieści Kai Malanowskiej publikujemy w niedziele.
Czytaj też: Drobne szaleństwa - powieść Kai Malanowskiej w promocyjnej cenie w sklepie internetowym KP!
Zobacz:
Wprost o „Drobnych szaleństwach”
Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”
Drobne szaleństwa” nominowane!
„Polityka” poleca „Drobne szaleństwa”
Szczuka o „Drobnych szaleństwach”: Hit
„Splot” o „Drobnych szaleństwach”
Uczucia są sprawą wstydliwą. Rozmowa z Kają Malanowską
Darska o Malanowskiej: Świetny debiut!
O „Drobnych szaleństwach”: Cierpię, więc jestem
„Dwutygodnik” o „Drobnych szaleństwach”
Anna Dziewit poleca „Drobne szaleństwa”
Drobne szaleństwa: Pierwsze recenzje
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...