> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sprintem przez pokolenia Drukuj
Kaja Malanowska   
04.12.2010
Zimno. Siedzę owinięta w koc, z termoforem na brzuchu i się trzęsę. Ten nowy i jakże przyjemny zwyczaj obkładania się gumowym workiem z gorącą wodą przejęłam dwa lata temu od babci. Zapewne świadczy o tym, że się starzeję, myślę z rezygnacją i poprawiam termofor, który zsuwa mi się z kolan. W pokoju obok Mikołaj ubrany w poplamioną bluzę z kapturem, bojówki, nie zdjąwszy z nóg ubłoconych glanów, ulokował się na łóżku.
 – Nie pokładaj się w ubraniu na czystej pościeli – wołam do niego.
 – Fuck the system – odpowiada mi zza ściany.
 – Słuchaj – denerwuję się – posłuchaj mnie uważnie, ja tę pościel muszę prać i system nie ma tu nic do rzeczy!
A potem zaczynam się rozkręcać jak puszczone z górki kółko. Wrze we mnie bezsilna złość, że ten smarkacz przestał mnie słuchać, że jest gnuśny, uparty i w ogóle nie do wytrzymania. Obracam się coraz szybciej i szybciej, w końcu wybucham:
 – Mam dosyć sprzątania po tobie! – krzyczę spod koca. – Jak walisz system, to pierz po sobie sam.
Doskonale wiem, co mi odpowie, że jemu wcale, ale to wcale nie przeszkadza spanie w brudnym łóżku, że jak mam problem, to muszę sobie z nim radzić sama, więc zanim zdąży się odezwać, zaczynam wrzeszczeć jak opętana: – Posprzątaj w końcu swój pokój!
Zazwyczaj w takich wypadkach odpowiada, że to JEGO POKÓJ.
 – Nic mnie nie obchodzi, że to twój pokój, jak chcesz korzystać z komputera w mojej sypialni, to ja muszę mieć możliwość siedzenia u ciebie – dodaję jednym tchem, nabieram powietrza i ciągnę dalej: – Nie zgadzam się, żeby twoi koledzy przynosili tu piwo i jarali pety. Rozumiesz? To nie jest melina dla nastolatków. – Budzą się we mnie wyrzuty sumienia, bo sama palę w domu i ogarnia mnie szał spowodowany poczuciem całkowitej bezradności. – Umyłeś zęby? Czy ty w ogóle używasz dezodorantu? Nie zauważyłam, żebyś przez ostatni tydzień zajrzał do książki!
Tamy puszczają, zaczynam pochlipywać. – Ja nie wiem, co się z tobą dzieje… Trzeba czasem zadbać o siebie, pomyśleć o przyszłości. Ogarnij się trochę. Przecież nie będziemy utrzymywać cię z ojcem do końca życia…
Opadam bezwładnie na stół. Po chwili czuję, że ktoś dotyka mojego ramienia. Mikołaj pochyla się nade mną szczerze zatroskany.
 – Co się z tobą dzieje? – pyta. – Chora jesteś? Już pościeliłem to łóżko, nie denerwuj się.

Przyglądam się jego owalnej, chłopięcej twarzy, zaczerwienionym policzkom, które zaczął porastać miękki, jasny zarost, wydętej dolnej wardze. Ma nową fryzurę, sciął długie włosy i postawił irokeza. Na mikołajki zażądał zielonej farby. Na mikołajki, myślę z rozczuleniem, mój dorosły, zbuntowany punkowiec oczekuje prezentów od mamusi. Uśmiecham się do niego słabo. Znowu straciłam panowanie nad sobą, znowu go ochrzaniam, chociaż wiem doskonale, że z tych ciągłych krzyków, wiecznych awantur, jakie mu urządzam, nie wyniknie nic prócz tego, że będę się czuła coraz bardziej sfrustrowana. Martwię się o niego nieustannie, denerwuję się, że nie byłam dobrą matką, że urodziłam go za wcześnie, źle wychowałam, że nie dostał wystarczająco dużo miłości w życiu, a może właśnie za bardzo go rozpieściłam? Coś przecież musiałam zrobić nie tak, inaczej uczyłby się albo miał jakieś zainteresowania, albo chociaż mył zęby, sprzątał po sobie i golił od czasu do czasu…

 – Przepraszam – mówię. – To chyba zima tak na mnie działa. Zima i może starość, sama nie wiem…
 – Ty się naprawdę rozkładasz. Może zmierz gorączkę? Przynieść ci termometr?
 – Nie, nie, dziękuję. Muszę zaraz jechać do dziadków – tłumaczę, wysupłując się z koca. – Może pojedziemy razem, dawno ich nie widziałeś?
 – Nie mogę, już się umówiłem.
 – Z kim? – denerwuję się natychmiast.
 – Nie znasz.
 – No właśnie, powinieneś poznać mnie ze swoimi kolegami. Ja nie chcę, żebyś się włóczył nie wiadomo z kim.
 – Ale oni nie chcą cię poznać.
 – No to kto to jest, hę? Co to znaczy, że nie chcą? Nie mogą tu przyjść i przedstawić się, jak przyzwoici ludzie?
 – Słuchaj, nie zaczynaj znowu!
 – Co to znaczy „nie zaczynaj”? Co to znaczy „znowu”? Czy ty nie zrobiłeś się przypadkiem ciut za rozkoszny? Jestem twoją matką i nie mogę pozwolić, żebyś łaził z jakimiś lujami, kiedy ja nie wiem, co się z tobą dzieje!
 – Wychodzę.
 – Już? – jestem przerażona. – Ale kiedy wrócisz? – mamroczę niepewnie. – Załóż czapkę, jest bardzo zimno…
 – Nie wiem kiedy, wieczorem.
 – Zadzwoń do mnie – krzyczę za nim. A potem otwieram drzwi na klatkę. – Mikołaj! – wołam.
 – Co? – odpowiada mi z dołu.
 – Mikołaj, może poszlibyśmy na siódmą do kina?
 – Przecież mówiłem ci, że wychodzę.

Słyszę, jak trzaskają drzwi. Poszedł. O Boże, znowu zachowałam się jak idiotka, myślę z rozpaczą i zakładam buty. Przed wyjściem sprawdzam jeszcze pokój Mikołaja. Po biurku walają się ogryzki i skórki po bananach. Na podłodze stoi pięć kubków z herbacianymi fusami, jeden zaczął już gnić. Wcale nie pościelił łóżka, tylko okrył skołtunioną kołdrę kapą. Wzdycham i przekręcam klucz w zamku. Jadę na Ursynów odwiedzić rodziców. Kiedy wchodzę do ich mieszkania, zastaję mamę leżącą w wannie ze łzami w oczach.
 – Co się stało? – pytam.
 – Nic, możecie sobie wyrzucać prezenty, które ktoś wam daje. – Kiedy mama jest zła zawsze występujemy w liczbie mnogiej, mój brat i ja, jako zjednoczony front wrogich sił.
 – Możecie wyrzucać drogie prezenty – kontynuuje mama, zakręcając kurek z ciepłą wodą. – Tak, wyrzućcie je na śmietnik. Przez całe życie starałam się czegoś was nauczyć, chociażby szacunku do przeszłości, i co z tego wyszło?
 – Mamo – jęczę – przecież ja nie chcę wyrzucać prezentów od ciebie – i w tym momencie przypominam sobie, że owszem, wczoraj postanowiłam wywieźć zabytkową biblioteczkę po babci na działkę, bo nie mieściła się w żaden sposób u mnie w domu. Poinformowałam o tym ojca przez telefon, widocznie zdążył już donieść. – Mam chyba prawo do tego, żeby urządzić sobie mieszkanie, jak chce – dodaję natychmiast.
 – Masz prawo. Czy ja mówię, że nie masz prawa? Proszę bardzo, pozbądź się tej biblioteczki, ona ma przecież tylko dwieście lat. Czy ty wiesz, jak się nazywa to, co robisz? Nie wiesz? To się nazywa WANDALIZM.
 – Kituś… – ojciec zaczyna wzdychać i rzucać nerwowe spojrzenia na wannę i zanurzoną w pianie matkę. – Nie powinnaś się tak strasznie przejmować…
 – Ja się nie przejmuję, ja już NICZYM więcej przejmować się nie będę!

Próbuję jeszcze łagodzić, zwłaszcza że matka ma w sumie rację, nie wystawia się rodzinnych antyków na działki, tyle tylko, że ja tej biblioteczki nie mam naprawdę gdzie zmieścić.
 – Jak kupimy sobie większe mieszkanie, to przecież od razu ją tam wstawię – tłumaczę, rzucając ojcu wściekłe spojrzenia.
 – Jak sobie życzysz, ja w każdym razie nie będę się już więcej w nic wtrącać, a zwłaszcza nie będę się starać robić wam drogich prezentów – odpowiada matka. Najwyraźniej kwestia darowanej i porzuconej biblioteczki urosła do rangi sprawy zasadniczej.
Jak na złość odyzwa się dzwonek telefonu. Odbieram.
 – Możesz im powiedzieć, żeby tylko do mnie dzisiaj nie przychodzili! – brat wrzeszczy mi do ucha. – Nie mam siły na awantury, a mama jest przez ciebie w wyjątkowo podłym nastroju.
 – Powiedz mu, żeby się nas dzisiaj nie spodziewał! – odzywa się matka.
Ojciec jęcząc i drapiąc się po głowie usuwa się z pola rażenia. Słyszę, jak barykaduje się u siebie w pokoju.
 – Po prostu źle was wychowałam – matka ociera łzy mokrą ręką.
 – Wychodzę – odpowiadam przez zaciśnięte zęby.
 – A, więc nie zostaniesz na obiedzie? – patrzy na mnie z nagłym przestrachem. – Specjalnie upiekłam rybę…
 – Nie, umówiłam się ze znajomymi.
 – Jakimi znajomymi?
 – Nie znasz.
 – No to może kiedyś byś ich tu zaprosiła?

Chcę odpowiedzieć, że moi znajomi wcale nie maja ochoty na to, żeby ją poznać, siedzieć na rodzinnym obiedzie i wysłuchiwać niekończących się kłótni rodzinnych, ale nagle zaczynam się śmiać i śmieję się tak długo, aż matce też udziela się dobry nastrój, więc zdejmuję płaszcz, ściągam mokre od śniegu buty i grzecznie zjadam pieczonego pstrąga. A o dziewiątej stoję w oknie swojego mieszkania i z niepokojem wyglądam na ulicę. Wyciągam z kieszeni komórkę, wykręcam numer.
 – Mikołaj! – wrzeszczę do słuchawki. – Mikołaj, wracaj natychmiast do domu! Czy ty wiesz, która godzina?!

 
Komentarze
Dodaj nowy
Brat   |05.12.2010 17:09:03
Jakto wywaliłaś na działkę bibliteczkę Babci?!!?
Tomassini  - Świetny tekst   |05.12.2010 21:16:01
Dobry tekst - myślę że poruszana jest kwestia którą chyba, a przynajmniej ja tak
sobie wyobrażam, no może nie w całkiem pejoratywnym znaczeniu, ale utożsamiam
się nią. To przyjemne, a zarazem odrażające, jak człowiek potrafi po latach
odnaleźć w sobie Mikołaja. Ale w tej życiowej obłudzie jest aspekt poznawczy, bo
podzielę się z wami tezą, poniekąd zapewne w w tym gremium znaną, iż człowiek z
natury rzeczy jest dobry - a to wpływ i podatność na otoczenie często go zmienia
i może warto w życiu zaznać goryczy aby potem cieszyć się z prawdziwego
szczęścia. Ot takie moje dyrdymały mało wnoszące, ale jakoś musiałem to napisać
- pozdrawiam.
Vincent Rousseau  - :)   |05.12.2010 22:22:20
Urocze :) wszystko zatacza koło, każdy wiek ma swoje prawa, dzieci zawsze
zostają dziećmi, a rodzice rodzicami. Czy nam się to czasem podoba czy nie,
patrząc z dystansu jest to jakiś optymistyczny pierwiastek stałości w
dzisiejszym zwariowanym świecie. Nie ma jak rodzinka :)
Kaja Malanowska  - @ Brat   |06.12.2010 09:37:50
Czy ty widziałeś kiedyś u mnie jakąś działkę? Nic nigdzie nie wywiozłam, ale
ostatnio o nic akurat się z mamą nie kłóciłyśmy, musiałam coś wymyślić.
Bożeszszsz, człowiek nie może nawet spokojnie felietonu napisać, bo zawsze ktoś
ma o coś pretensje…
Biblioteczka stoi na miejscu i nikomu jej nie oddaję,
możesz przestać mieć nadzieję ;))
Brat   |07.12.2010 19:08:33
Nie wiem czy mam się cieszyć czy żałować :D
nutria  - krótko i na temat   |10.01.2011 18:15:23
Życie jak koń,każdy widzi jakie jest, nie każdy potrafi je opisać(bez popadania
w bełkot).
Czekam na następną książkę.
Felietony umilają oczekiwanie.
komentarz
od;
Lat 30, płeć żeńska.
rućka  - no i poryczałam się znów…   |18.01.2011 14:15:22
….tym razem ze śmiechu. Właściwie to nic konkretnego mnie nie rozbawiło ale
tak jakoś reaguję emocjonalnie na Twoje pisanie. Poza tym mam zapalenie
spojówek. Moja córka ma 14 lat ;) i mnóstwo tajemnic, o które jestem tragicznie
zazdrosna. I aż mnie skręca. Wiem, że to żałosne…
Czekam na drobne szaleństwa
2.
pozdrawiam Cię Kaju i cieszę się, że Cię znów spotkałam :)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.98948 Seconds