|
To zostaje, tego nie da się usunąć. Nic nie mogę poradzić na to, że noszę w sobie te kawałki, ciemne i chropowate, o ostrych, raniących krawędziach. Grzechoczą, jeśli poruszam się zbyt gwałtownie, uderzają boleśnie o dno żołądka.
- Nie mogę, już nie mogę! – płaczę.
- Jak mam ci pomóc?
- Nie wiem – złoszczę się. - Zrób coś!
Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że on nie może mi pomóc. Wzbiera we mnie rozpacz, że to już będzie tak zawsze, do końca. Nigdy się tego nie pozbędę, muszę z tym żyć, a nie chce. Dlaczego? Za co? Potem przychodzi złość. To nie moja wina, to wina tej, albo tamtego. Nienawidzę. Moja nienawiść jest głęboka, mój gniew zimny i pozbawiony rozumu. Liczę na palcach ludzi, którzy zrobili mi krzywdę. Podły, podły, mamroczę do siebie.
- Uspokój się, tak nie można.
- Ty jesteś podły – krzyczę. – Nie będziesz mi mówił, co można, a czego nie!
- Przecież ja cię nie krytykuję, boję się tylko, że znowu zrobisz sobie coś złego.
On też ma swoje granice, znam je doskonale i chcę je przekroczyć, chcę, żeby akceptował mnie taką, jaka jestem: złą. Docisnę do końca.
- Nie jesteś zła.
Nie? A to jeszcze zobaczymy. Ja ci pokażę, jaka jestem. Wyobrażam sobie, że mdleję.
- Może kupić ci lody?
- Nie jem lodów, kiedy mdleję.
Poza tym nie lubię lodów. Kiedy miałam pięć, może sześć lat bałam się tulipanów, bałam się też róż zasadzonych na Polu Mokotowskim, obwiedzionych krawężnikiem malowanym żółta farbą, bielonych pni jabłonek na działkach pracowniczych, bałam się niedziel i lodów na patyku. Od tej pory niczego takiego nie jadam. A na wiosnę było jeszcze gorzej. Na wiosnę był koktajl truskawkowy. Nie cierpię truskawek. Tego wszystkiego nie mówię, tylko myślę w mózgu, który jest zemdlony i leży, dlatego reszta ciała czuje się niepewnie. Kładę ciało na kanapie, żeby dalej przeżywać swoją złość. Boli, nie mogę się uwolnić. Nadchodzi faza działania. W fazie działania robię coś głupiego, coś co nie było nikomu potrzebne, co nie przynosi ulgi.
- Słuchaj, czy ty wyjdziesz z pokoju?
- Nie.
- Wyjdź proszę.
- Oglądam film.
- Oglądasz filmy od dziewiątej rano. Jest już szósta popołudniu.
- Mogę.
- Możesz, przecież nie mówię, że nie.
- Myślisz.
- Nic nie myślę, chcę żebyś wyszła.
Na tapczanie tłumaczę, że nie powiem, że mi nie przejdzie przez gardło, bo kiedy się temu wszystkiemu przyjrzeć z bliska, kiedy ubrać to w słowa, okazuje się, że mam w głowie tylko trociny, albo porwane kawałki papieru. Nic ważnego, nic co dawałoby mi usprawiedliwienie. Składam je mozolnie w łańcuszek, jeden papierek obok drugiego. Na końcu zawsze jest śmierć i kiedy do niej dochodzę, w mózgu, nie na głos, to chce mi się płakać, bo nie można wymyślić nic bardziej banalnego niż śmierć na samym końcu. Więc mu nie powiem. Faza działania przeszła. Zrobiłam. Powiedziałam. Teraz jest już tylko gorzej, bo mam dowód winy. Boże, po co? Jak to się stało? Czy tego nie da się cofnąć? Odszczekać jakoś? Czy teraz jestem już zła?
- Nie jesteś zła. Nie ma nic złego w wypowiadaniu gniewu. Powinnaś nauczyć się to robić.
Zaczynam od początku: twarde ostre przedmioty w moim brzuchu. Teraz jest ich znacznie więcej. Kwiaty i lody, koktajl truskawkowy. Czy komuś coś się przeze mnie stanie? Boję się.
- Nie masz takiej mocy.
- A jak się stanie? Jak się stanie, to co?
- Nie wyolbrzymiaj sytuacji. Nie przesadzaj.
Za późno. Wiem, że weszłam w spiralę. Teraz to będzie trwać całymi tygodniami. Szybciej i szybciej, po zakrętach w dół.
- Chcesz, to zrobię coś dla ciebie? Zwymiotuję, albo dostanę ataku lęku i będę płakać? Albo rozbiję filiżankę o ścianę? Wybierz, co wolisz.
Nie, nie wolno mi działać, muszę poczekać. Dopóki trzymam to w środku, na zewnątrz nikt nie zauważy.
- Wyjdziesz z pokoju?
- Jutro.
Moja mama ma doświadczenie z chorymi. Dużo ich wokół niej. Tylko syn jej się udał, zdołała przekazać mu zdrowe geny. Jak tego syna nie ma obok zbyt długo, to mama się denerwuje.
- Za dużo myślicie o sobie. Ta choroba nazywa się egocentryzm – mówi, a potem robi się jej przykro i przeprasza.
Mama ma rację. Mój mąż myśli, że to kwestia wrażliwości. Jestem mu za to wdzięczna. Znajomi są ciekawi.
- Dlaczego - pytają?
- Nie wiem – odpowiadam.
Czasem odzywają się do mnie obcy ludzie, którzy też źle się czują. Piszą, że łykają prochy, nie mogą spać, że mają w głowie papierowe wióry. Nie potrafię im pomóc. Czasem dzwoni ciotka, że córka znajomej się rozchorowała. Może gdybym z nią pogadała, to poczułaby się lepiej?
- Nie sądzę – odpowiadam. Ona, ta Marysia, czy Kasia, córka twojej znajomej, jest z tym zupełnie sama. Tak myślę. Wiem to na pewno.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...