Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Przez okno Drukuj
Kaja Malanowska   
05.06.2010
Kiedy budzę się rano, otwieram oczy i leżę jeszcze przez chwilę na wznak, patrząc w okno, widzę nad sobą szare mury kamienic, powykrzywiane, zaśniedziałe balkoniki, drewniane okna strychów, a wyżej obite blachą dachy. Równo o siódmej trzydzieści na balkonie po lewej stronie domu numer trzydzieści pięć pojawia się staruszka. Z dołu widać jej nagie, pofałdowane kolana, ukryte pod zapinaną na ramiączka, rozkloszowaną sukienką małej dziewczynki. Staruszka potrząsa siwymi lokami, opiera się ciężko o przerdzewiałą balustradę. Teraz pokazuje mi zaczerwienione, spękane łokcie i luźną skórę zwisającą z ramion. Rozgląda się uważnie. Przekrzywia głowę w prawo, potem w lewo.  Poczynając od siódmej trzydzieści, aż do zmroku, będzie wychodzić na balkon co godzina, sprawdzać czy w jej świecie złożonym z dwóch krzyżujących się ulic, sklepu spożywczego, kwiaciarni i straganu z warzywami, wszystko układa się jak należy, toczy codziennym, właściwym rytmem. Bo to jest jeden z tych maleńkich, schowanych w mieście światów, odrębny, całkowity, ze swoją charakterystyczną architekturą, bardziej, bądź mniej przemyślaną urbanistyką, hierarchiczną społecznością, w której wszystkie miejsca są już dawno zajęte, pozycje obstawione. Ja odstaję, myślę podnosząc się z łóżka. Chociaż oni przecież bardzo się starają, próbują mnie dopasować, wcisnąć na siłę w jakąś wyrwę, przestrzeń która pozostała wolna. Nie mieszczę się, będą się musieli posunąć, mruczę nastawiając kawę. Posunąć albo przegrupować, a tego przecież bardzo nie lubią robić, więc na razie z trudem przyjmują do wiadomości fakt, że tu zamieszkałam. Myję zęby, zakładam buty i ruszam do sklepu po bułki. Na rogu, pod solarium stoi ich sześciu. Pasiaste swetry, sprane dżinsowe kurtki, opadające spodnie. Każdy ma w ręce plastikową torbę, w torbie chleb i mleko, bo stara kazała. Kazała, no to poszli do spożywczaka, ale żeby sobie przypadkiem za dużo nie myślała, to postoją potem pod solarium na rogu, tak żeby ich dobrze z okna zobaczyć mogła, postoją i pogadają, wypalą papierosa i potem jeszcze jednego. Niech czeka. Mierzymy się z daleka wzrokiem, uśmiechają się pod wąsem, podnoszą wargi, żeby pokazać swoje popsute zęby, swoje szczerby i te resztki pożółkłe od tytoniu. Nie przejdzie, myślą. A właśnie przejdę, odpowiadam im spojrzeniem i idę przez sam środek, żeby nie było, że się boję. Rozstępują się grzecznie, spuszczają głowy, jeden z nich rozdeptuje dokładnie niedopalonego papierosa, rozciera go o chodnik. Zostawiam za plecami milczącą, skonfundowaną grupkę. Kiedy wracam, już ich nie ma, za to z okna na parterze wychyla się kobieta w nylonowej sukience. Chwyta dłonią metalowe kraty, zawisa, poszarzałą, rozdętą twarzą tuż nad ulicą. 

- Sąsiadko - woła. - Sąsiadko!

- Tak? - Podnoszę głowę.

- A pani to się tu sprowadziła do tego mieszkania po Fijałkowskich? – pyta.

- Tak.

- A, no to dobrze, to bardzo dobrze. A poczęstuje mnie pani papierosem?

- Nie mam - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Zostawiłam w domu.

- To nie szkodzi - tamta uśmiecha się sprytnie zza swoich krat. - Nic nie szkodzi, ja zaraz zejdę, to mi pani przez okno rzuci.

- Dobrze - odpowiadam z rezygnacją, bo wiem, że się już od niej nie odczepię, nie mam na to żadnych szans. 

Dzisiaj papieros, jutro dziesięć złotych, mruczę ze złością pod nosem. Sama się w to ładuję, sama, na własne życzenie. Wracam do domu, podnoszę ze stołu paczkę i wychylam się na zalaną słońcem ulicę. Tamta stoi na dole. Czeka. Teraz widzę, że włosy ma związane w dwa cieniutkie warkoczyki, które spadają na tłuste, obwisłe ramiona. Pod sukienką oddychają wielkie piersi. Ogromny, falujący brzuch unosi się i opada w takt urywanego oddechu, nagie, blade łydki są nieproporcjonalnie szczupłe w stosunku do reszty ciała. Kloc na dwóch, cienkich słupkach. Rzucam jej papierosa.

- O, dzięki - uśmiecha się. - A jak masz na imię?

- Kaja - odpowiadam.

- A ja Jola. - Przypala papierosa, mrużąc jedno ze swoich maleńkich oczek i wykrzywiając wąskie usta w zaciśniętą podkówkę. 

I już opiera się wygodnie o słup latarni, już ma zamiar rozpocząć przyjacielską pogawędkę, ale rzuca jeszcze na wszelki wypadek czujne spojrzenie w głąb ulicy, niespodziewanie tężeje w sobie i odchodzi, pozdrawiając mnie tylko konspiracyjnym kiwnięciem głowy. Od strony Dąbrowskiego sunie królowa Anka i wszyscy ci, którzy do tej pory grzali się spokojnie w słońcu, przycupnięci na kamiennych schodkach przed drzwiami klatek schodowych, na ławeczce pod śmietnikiem i na skwerku, prostują się sztywno i nerwowo. Królowa Anka idzie w otoczeniu świty. Jest ich pewno czterech, może pięciu, maszerują tuż za nią, z szacunkiem zachowując odpowiedni dystans, wyliniali, niedomyci panowie pod pięćdziesiątkę. Anka ma dziś na sobie dżinsy i dżinsową kurtkę. Anka zawsze chodzi w dżinsach, innych materiałów nie uznaje, wynosi je z używek na rogu Puławskiej. Tam jest łatwo coś zakosić. Jak się z dzieckiem w wózku wejdzie, nikt za tobą nie łazi. Idzie więc w tych swoich kradzionych dżinsach, z tymi związanymi w kucyk włosami, co to jej Agnieszka fryzjerka wczoraj po pracy dofarbowała, idzie szczupła, szybka, zirytowana mocno, bo ma przecież straszny ból głowy, od tego wczorajszego farbowania chyba, czy co? Piwa by się przydało napić. Więc pędzi ulicą i patrzy kogo by tu zaczepić, z kogo ściągnąć dwa złote. Na schodkach przed klatką siedzi łysy pan Marian ze swoim czarnym niby-pitbulem, wzdycha, już wie, że dzisiaj na niego padło, grzebie więc, nie proszony nawet, w swoich brudnych kieszeniach i wyjmuje garść drobnych.

- Masz Anka. Byś dziecku coś kupiła…

- Sam kup dziecku, dziadu jeden. Jaki mądry się zrobił! - chrypi Anka, wrzuca drobne do torebki i podnosi głowę. 

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, przez chwilę ona chce powiedzieć: “Co się gapisz?”, ale zaraz potem przypomina sobie, że jestem w końcu sąsiadką i nie wiadomo właściwie czym się zajmuję, znikam na całe dnie, może w banku pracuję, albo w reklamie na przykład, może ze mną nie dobrze zadzierać? A ja przez chwilę chcę się cofnąć w głąb mieszkania, ale przypominam sobie, że nie wolno się bać, a już na pewno nie można tego strachu okazywać. Zresztą czego ja właściwie się boję? Tych zapadniętych, żółtych policzków, opuchniętych oczu i brakujących zębów? Ile ona może mieć lat, zastanawiam się. Z daleka nie wygląda na więcej niż trzydzieści, za to jej twarzy dałabym spokojnie pięćdziesiąt.

- Ej, ej, Anka! - W oknie kamienicy naprzeciwko ukazuje się królowa numer dwa, królowa Monika. Monika jest bardzo wysoka i bardzo chuda. Z wycięcia zielonego szlafroka wystaje długa, szczupła szyja wciśnięta pomiędzy dwa sterczące obojczyki.- Anka, chodź tu kurwa, do mnie pod ten balkon!

- Sama chodź - mruczy Anka, zapomina o mnie i przechodzi powoli i gniewnie na drugą stronę. 

Teraz będą tak stały przez dłuższy czas, jedna na chodniku, druga na balkonie i krzyczały do siebie. Teraz mają obie zajęcie, więc ulica oddycha z ulgą. Pan Marian wyciąga przed siebie stopy w samych skarpetkach i drapie psa za uchem, Jola otwiera szerzej okna, stawia na parapecie doniczki z kikutami zeszłorocznych pelargonii. Z klatki obok wychodzi pani Małgosia ciągnąc za sobą trzy jazgocące kundle. Znowu boli ją kręgosłup, nawet z łóżka z trudem się zwleka. Na koszulę nocną zarzuciła płaszcz, szura przydeptanymi kapciami po chodniku, jęczy. Pan Michał hydraulik i pan Tomek od dorabiana kluczy, siadają ciężko i niezgrabnie na metalowej barierce koło warzywniaka, otwierają słoik ze śledziem, wyjmują kajzerki i ogórki małosolne. Środkiem ulicy przejeżdża rowerzysta. Tuż za rogiem otworzono nową knajpkę, to tam jedzie. Za rogiem kończy się świat królowej Anki i królowej Moniki. Za rogiem zatrzymują się rowery za pięć tysięcy. Z rowerów zeskakują zgrabni chłopcy, zdejmują z głów kaski, wyjmują z plecaków laptopy. Za rogiem można wypić dobrą kawę i zjeść czekoladowe ciastko. W wiklinowych fotelach siadają dziewczyny z dredami, w luźnych, kolorowych spodniach i lnianych koszulach, czytają gazety albo rozmawiają ze sobą przyciszonym głosem. 

Panowie spod solarium, którzy zebrali się na popołudniowa pogawędkę, patrzą niechętnie w stronę kawiarni. Anka i Monika idą razem z dziećmi, już pogodzone, po porannej kłótni. Spuszczają głowy, zerkają spode łba na tych ładnych, tych przylizanych obcych. Anka garbi się, chowa w sobie, stara usilnie wyglądać na niższą, Monika szuka w torebce chustki do nosa. Oni się tu wpychają, są jak narośl, której nie można się pozbyć, która z każdym tygodniem, każdym nadchodzącym miesiącem rozrasta się coraz bardziej. Wprowadzają się do świeżo odnowionych, przerobionych przez architektów mieszkań, parkują swoje drogie samochody przed drzwiami kamienic. Z samochodów wyciągają torby zakupów z napisem ‘Auchan’, wynoszą z nich swoje ślicznie ubrane dzieci, w ślicznych, bezpiecznych fotelikach… 

Zamawiam mięte i ciasteczka owsiane, przez szybę widzę, jak Anka i Monika pchają przed sobą naburmuszone, umorusane dzieci, jak szarpią je za rączki, krzykiem zmuszają do pośpiechu. Siadają potem na skwerku pod drzewami, wyciągają puszki z piwem. Pozwalają dzieciom grzebać kijem w psich kupach. No, ni jak się nie zmieszczę, myślę, rozkładając na kolanach gazetę. Ani się tu urodziłam, ani wychowałam, ani ze mnie królowa ulicy, ani koleżanka od browara. Należę do tych lalusiów, do tych cholernych przybłędów i mogę sobie udawać, i nie wiem jak bardzo się starać, i tak wszyscy wiedzą, że jestem obca. 
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.06.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.84510 Seconds