|
Zaczynam dzień jak zawsze od nałogów. Parzę kawę, zapalam papierosa i zaraz potem, nie myjąc twarzy i nie czesząc włosów, siadam przed komputerem. W rankingu moich uzależnień Internet zajmuje jedno z pierwszych miejsc, konkurując tym samym z kawą i papierosami. Zaczynam od Facebooka.
„Rano, bułka z masłem i awokado”, pisze koleżanka Justyna, która ma chyba zbyt dużo pieniędzy. Awokado, też sobie fanaberię wymyśliła… Zaraz pod tym post kolegi Łukasza. Zdjęcie kota na klawiaturze i że Łukasz nie może w związku z zaistniałą sytuacją pracować. Ten Łukasz to zawsze o kotach, ma ich chyba ze cztery. Dobrze, że mam psa, myślę i przesuwam myszką w dół. Dalej Iza, że boli ją głowa i Franek, że myje okna. Ci przynajmniej nadają proste komunikaty, bo jeszcze niżej informacja od Magdy o trędowatych cieniach na ścianie. Nic, cholera, nie rozumiem z tych jej wpisów, albo chorobliwe cienie, albo zezowate kaloryfery, co ona chce przez to powiedzieć, zastanawiam się i sprawa zaczyna wydawać mi się podejrzana. Tak zwraca na siebie uwagę? Zależy jej na tym, żebyśmy się wszyscy próbowali domyślać? Zatrzymuję się na chwilę, bo Magda przecież tego nie widzi, uwięziona po drugiej stronie ekranu nie domyśla się nawet, że czytam jej post, że mnie on zainteresował, mogę sobie pozwolić na niezdrową ciekawość. Magda to moja stara, dobra znajoma i kiedy tak siedzę, popijając kawę, wgapiając się w jej profilowe zdjęcie, uświadamiam sobie, że w tych publikowanych na stronie, enigmatycznych, niezrozumiałych wpisach jest bardzo dużo z prawdziwej Magdy, może nawet więcej niż pokazuje mi w rzeczywistości. Milcząca, zdystansowana Magda, która przysiada się do stolika kawiarnianego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, nie mogłaby przecież wejść do knajpy i oświadczyć, że dryfuje w oparach smutku albo utożsamia się z teraźniejszością. Sądzę, że wszyscy obecni uznaliby ją za idiotkę, to samo zresztą musi myśleć Magda, bo nie słyszałam, żeby wyrwało jej się podobne zdanie. Słowa wyświetlone na monitorze komputera brzmią inaczej, są bezpieczne. Zapominam o Magdzie, bo na stronie ukazuje się notka Wojtka o tym, że pokłócił się właśnie z ojcem. Bacznie obserwuję facebookowe poczynania kolegi Wojtka. Fascynuje mnie niespodziewany internetowy rozwój, jaki ostatnio przechodzi. Wojtek jest osobą pilnie strzegącą prywatności. Nigdy nie mówi o sobie, ostro piętnuje wszelkie przejawy ekshibicjonizmu wśród przyjaciół. Tymczasem na Facebooku rozwinął skrzydła. Komentuje cudze posty, wrzuca niezliczoną ilość zdjęć, informuje świat o własnych porażkach i sukcesach. Uśmiecham się, a potem dumam przez chwilę, co tu ze swojej strony obwieścić znajomym. Może, że jestem wściekła? Nie to już było. Że jestem zmęczona, stara, rozżalona albo że czytam po raz kolejny Tyrmanda? Z tym Tyrmandem to będzie najlepsze. Brzmi intrygująco, decyduję i wstawiam cytat. Przedstawiam się, odkrywam swoje głęboko skrywane pragnienie, że chciałabym wydać się interesująca, mogę to spokojnie zrobić, bo na stronie internetowej uchodzi to, co w rzeczywistości wydałoby się śmieszne, głupie albo niestosowne. Fakt, że siedzimy schowani za monitorem pozwala nam na obnażenie, na jakie nigdy nie zdobylibyśmy się w rzeczywistości.
Zaczepiam M., który właśnie mija mnie w drodze do kuchni. Pokazuję mu ostatnie wpisy.
- Dlaczego tak jest, jak myślisz? – pytam. - Dlaczego stajemy się bardziej autentyczni przed komputerem niż w rzeczywistości?
- Bo Internet jest jak peep-show – odpowiada M., który zawsze umie celnie spuentować moje przemyślenia. – To tak jakbyś obnażała się za lustrem weneckim, nie widzisz reakcji tych, którzy cię oglądają i to daje ci poczucie bezpieczeństwa.
Wychodzę z Facebooka, żeby oddać się swojej kolejnej namiętności i sprawdzam znajome blogi. Od dwóch lat łażę godzinami po różnych stronach. Zmarnowałam w ten sposób dziesiątki, a może nawet setki dni. Głęboko w żołądku odczuwam lekki skurcz, gdzieś pod przeponą formuje mi się zimna, twarda kula obrzydzenia do samej siebie. Bezwstydnie podglądam intymne szczegóły cudzych żyć. I która z nas dwóch jest bardziej godną pogardy, zastanawiam się, czytając o kolejnych porażkach życiowych koleżanki Filifionki? Ja, dlatego że ją obserwuję, czy ona, że się tak publicznie rozbebesza, rozbiera kilka razy w tygodniu przed monitorem, mając nadzieję, że tam, po drugiej stronie siedzi ktoś, kogo zainteresują jej mało oryginalne dramaty i zawody miłosne?
„Kupiłam śliwki” - pisze tymczasem koleżanka Neurotyczka. „Sama nie wiem, po co. Śliwek nie lubię. Żadnych owoców z pestką w środku nie uznaję. Pestkami można się zakrztusić, ja tego krztuszenia się mam już wystarczająco dużo. Krztuszę się każdym kolejnym dniem, żeby wieczorem odkaszlnąć i wypluć go do kosza”.
„Siedzę i nic nie robię. NIC”- informuje kolega Niezupełnie Jasne „Niedługo na twarzy zacznie odkładać mi się warstwa kurzu, bo zrezygnowałem również z codziennego mycia się. Ten męczący obowiązek wydał mi się niespodziewanie całkiem pozbawiony sensu. Przyjaciółka Żołądkowa Gorzka mnie rozumie. Razem tak sobie siedzimy i rozmawiamy, cali brudni”.
Jak tak można, zastanawiam się? Co za bełkot? Jak im nie wstyd? Jak MI nie wstyd, że to czytam? Wzdycham i otwieram nowe okno.
- Słuchaj - krzyczę do M., który położył się znowu w łóżku zły i pozbawiony dojścia do komputera. – Te wszystkie blogi są w zasadzie identyczne. Takie same pierdolenie o sobie. Czasem dowcipne, czasem mniej, zazwyczaj straszliwie nudne. No i po co oni to wypisują? Po co my to wypisujemy? – dodaję skruszona.
- Wiesz jak to jest – M. odkrzykuje mi z sypialni - Ludzi, którzy piszą blogi są miliony. Każdemu wydaje się, że robi coś wyjątkowego, tymczasem ci, co się tam w Internecie produkują, rzadko czytają cudze wpisy albo ograniczają się jedynie do wchodzenia na strony bliskich znajomych, nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, że nie wyróżniają się niczym oryginalnym. W ogóle z tym Internetem jest jakoś śmiesznie, bo daje takie wielkie możliwości kontaktu z obcymi ludźmi, a internauci robią w świecie wirtualnym dokładnie to samo, co w rzeczywistości, łączą się w kliki, kółka wzajemnej adoracji i wyobrażając sobie, że prowadzą działalność literacką, prowadząc jedynie działalność towarzyską. Pierdolą przed ekranem, zamiast pierdolić w knajpie przy piwie.
O, ja to doskonale rozumiem, każdy potrzebuje adoracji, myślę, czytając kolejny post, tylko że w realnym świecie nie można się do tej potrzeby przyznawać, nie wypada. I natychmiast rośnie we mnie ogromna chęć, żeby znowu założyć bloga, pisać wieczorami i rano sprawdzać, ile osób weszło na moją stronę, zastanawiać się, kto to mógł być i co sobie o mnie myśli? Po co mi to? Przecież piszę felietony, też są publikowane w necie? Czemu mi nie wystarczają? Nie, odpowiadam sobie od razu, felietony to zupełnie co innego, nie mogą być zbyt osobiste. Nie ma w nich nic podniecającego, podczas gdy blogi niosą w sobie ten intymny, intensywny element, posmak łamania tabu. W większości z nas drzemie głęboko skrywana, obwarowana ograniczeniami kulturowymi, prosta i silna potrzeba mówienia o sobie, która teraz właśnie została niespodziewanie uwolniona. Nawet ci, którzy nigdy nie przyznaliby się do tego, chcą rozbierać się przed ekranem, marzą o tym, żeby inni obejrzeli i ocenili ich nagie, chętne ciała. Internet przyzwala na emocjonalny ekshibicjonizm. Czy to dobrze? Być może ograniczenia kulturowe mają swój głęboki sens? Być może, z jakiś niezrozumiałych dla mnie względów mówienie o sobie jest szkodliwe i niebezpieczne? Nie sądzę jednak żeby tak było. Myślę, że mamy to niezwykłe szczęście, że kultura internetowa nie jest jeszcze skrępowana nawarstwionymi przez lata obostrzeniami. Stoimy, więc przed monitorem rozczulająco szczerzy, dokładnie tacy, jacy jesteśmy w rzeczywistości: nadzy i autentyczni.
—
Czytaj też rozmowę z Kają Malanowską, autorką książki Drobne szaleństwa w „Wysokich Obcasach” z 30-31 października 2010.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...