|
Odwilż. Mgła ścieli się nisko, tuż nad powierzchnią ulic, wpełza przez nieszczelne okienka, zawisa nad usypiskami węgla, który pozostał jeszcze z czasów, kiedy mieszkańcy Dąbrowskiego mogli palić nim w piecach. Śnieg stopniał, pozostały niewielkie, oblepione sadzą kopczyki, które kleją się do krawężników. Przenikliwy, wilgotny chłód wpełza pod kurtki, czepia się kostek u nóg. Przechodnie skuleni pod parasolami brną pośpiesznie w błotnistej mazi, omijając psie odchody, które wychynęły spod śniegu, prezentując wszystkie możliwe odcienie brązu. Niebo pochyla się nad dachami kamienic, prześwieca przez nie zimowe słońce, biała, odległa plamka. Opieram łokcie na parapecie, wyglądam przez okno. W tego rodzaju przedpołudnie mało się dzieje na mojej ulicy. Pani Iza z parteru karmi gołębie. Wyciąga pulchną, bladą rękę przez kraty i rzuca kawałki suchego chleba, wprost do kałuży. Ręka wygląda jak ulepiona z gliny, ciężka i pełna gruzełków. Ptaki sfruwają furkocząc na chodnik i wydłubują z niego okruchy, nim tamte zdążą rozmięknąć. Nie lubię gołębi, są niechlujne, tłuste i samolubne. Nie lubię, kiedy pani Iza karmi je przed moimi oknami, ale nie mogę narzekać, nic nie mogę jej powiedzieć, bo ona robi to przecież od dwudziestu lat, codziennie, zawsze o tej samej porze. Karmiła tak wcześniej dziadków, pradziadków i prapradziadków ptaków, które teraz drepczą niecierpliwie wokół kałuży. Patrzę na zegarek. O dwunastej pani Jadzia powinna wyjść na spacer ze swoim żółtym, jazgotliwym kundlem. Panowie spod solarium stoją jak zawsze na rogu, ale jakoś bardziej markotnie niż zwykle, przestępują z nogi na nogę, zerkają przez ramię i znowu kiwają się niechętnie, nudno, zimno, przydałoby się parę groszy na piwo. Stara, jedna z drugą, krzyczą w domu, żeby się do pracy zebrali. Myślą, że to takie łatwe, oni przecież zupełnie czasu nie mają, są bardzo zajęci tym rytualnym wystawaniem na rogu. Jakby sobie poszli, to kto za nich ulicy dopilnuje? One siedzą tam w domu, jak kury na grzędach i myślą, że to przyjemnie stać tak cały dzień na deszczu. Pan Zenek wyniósł właśnie ze spożywczaka paczkę makaronu, wyciąga ją spod kurtki i pokazuje kolegom ze sprytnym uśmiechem. Pozostali śmieją się z niego.
- Idiota, i na co ci ten makaron, flaszkę byś wyniósł?
- To dla Basi… - tłumaczy pan Zenek.
- Basi też wódka by się przydała, a nie kluski.
Pan Zenek markotnieje, spuszcza głowę i drepcze w miejscu, jak skonfundowany kaczor. Ma chudą, odsłoniętą szyję, która ginie w nieproporcjonalnie szerokim kołnierzu ortalionówki. Nie nosi czapki i wiatr rozdmuchuje lekkie jak ptasi puch kosmyki, którymi bezskutecznie próbuje zasłaniać łysinę. Wyniósłby flaszkę, gdyby mógł, ale nie ma takiej możliwości, alkohol stoi za ladą, strzeżony bacznie przez Alę- sklepową, nie można się do niego dostać. Wyniósłby wino Party, Odlot, albo to za 10.50, z gołą babą, wino marki Małgośka. Wyniósłby nawet 0, 75 wyborowej, albo i gorzką żołądkową, wszystko, wszystko, czego zapragnęłaby Basia, bo pan Zenek kocha się w pani Basi i jest to miłość wielka, wierna i nieodwzajemniona. Śmieją z niego się koledzy spod solarium, śmieje się Ala- sklepowa, pani Iza i pani Jadzia trzęsą się i zataczają z uciechy, cała ulica wyśmiewa się z pana Zenka, bo kto to widział, żeby kochać się tak beznadziejnie i tyle lat na dodatek.
- Weź się przeprowadź, zostaw ją, olej, to sama przyjdzie i jeszcze będzie się prosić – radzą koledzy.
Ale pan Zenek nie może przecież zostawić Basi. Sprowadził się do niej piętnaście lat temu, w czasach, kiedy zdarzały jej się dłuższe okresy abstynencji. Pani Basia dostała zaległą wypłatę z fabryki i postanowiła odmienić swoje życie. Odmalowała mieszkanie, w „Gazecie Stołecznej” zamieściła ogłoszenie za pięć złotych od zdania: „Pokój do wynajęcia. Spokojna, cicha okolica. Sklep spożywczy w pobliżu.” Zgłosiło się kilku chętnych, ale jakoś dziwnie reagowali na jej widok, nie chcieli nawet obejrzeć mieszkania, dziękowali na progu i odchodzili pośpiesznie. I właśnie wtedy, kiedy Basia zupełnie zapomniała o nowych lokatorach, kiedy kupiła sobie cztery piwa i wracała do domu niosąc je w foliowej siatce i przeklinając własną głupotę, która kazała jej wydać pieniądz na farbę do ścian, pod drzwiami kamienicy zastała czekającego cierpliwie pana Zenka.
- Ja z ogłoszenia… – powiedział nieśmiało.- Co pan, z jakiego ogłoszenia?! – zezłościła się Basia, bo naprawdę nie miała wtedy głowy do tego, żeby z nim rozmawiać, śpieszyła się, żeby odkapslować te butelki, co to właśnie nabyła.- No z ogłoszenia o wynajmie, tego z gazety…
- Nic mi o tym nie wiadomo – burknęła Basia i chciała zamknąć drzwi od klatki, i pewnie by to zrobiła, gdyby pan Zenek nie zablokował ich nogą.
Pan Zenek zastanawia się czasem, czy już wtedy, od razu się zakochał. Zerka ukradkiem na panią Basię. Niewiele się zmieniła. Wódka zakonserwowała ją dokładnie jak formalina. Może schudła jeszcze bardziej, zapadły jej się policzki i straciła kilka zębów, ale poza tym wygląda dokładnie tak samo jak tego dnia, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy i stracił głowę dla tych drobnych ramion, włosów ściągniętych w kucyk, dla tych chudych pośladków i kościstych dłoni. Wprowadził się. Nie przeszkadzało mu ciche, blade dziecko, ani trzy psy włóczące się po domu. Nie przeszkadzało mu to, że Basia zerwała ostatecznie ze stanem trzeźwości, otworzyła melinę. Druga ciąża też go nie zraziła.
- To twoje dziecko, Zenek ? – pytali koledzy i zataczali się ze śmiechu.
- No wiesz, czy nie wiesz, gadaj tu nam zaraz?
Wzruszał ramionami. Co za różnica czyje dziecko i tak opieka społeczna zabrała je od razu, za jednym zamachem, starsze i młodsze, zostały tylko psy? Basia nie trzeźwiała przez kilka miesięcy. Wtedy zaczęła go bić, wtedy też znalazła, nie wiadomo skąd, klucz do jego pokoju i musiał całymi godzinami walić pięściami w drzwi, żeby go wypuściła.
- Po co ci to? Na co?- ci spod solarium nie dawali za wygraną.
- Nie wiem… – odpowiadał cicho pan Zenek i spuszcza głowę.
- Nie wiem – odpowiada i teraz, a potem niesie makaron na czwarte piętro, chociaż wie doskonale, że mu się za te kluski dostanie, że Basia zamknie go na klucz w pokoju na cały dzień, albo i do jutra rana, jeżeli o nim zapomni.
Późnym popołudniem widzę go, jak wyglądał przez okno i gada do psów siedzących na balkonie. Rzuca im od czasu do czasu kawałki pasztetowej, co zostały ze śniadania. Gołębie przysiadają na barierkach, przekrzywiają łebki. Też chciałyby spróbować pasztetówki.
- Baba znowu go zamknęła – koledzy machają spod solarium i wzruszają ramionami.
Ale pan Zenek się nie martwi. Makaron się przyda. Basia jest przecież taka chuda…
[fot. Tarkowski (cc) flickr.com]
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...